Ten, kto powie, że był on największą gwiazdą w historii światowego kina – nie skłamie. Bo Marlon Brando naprawdę zasłużył na miano giganta, nawet jeśli miał na swoim koncie także kiepskie role, a tych naprawdę wielkich – może kilkanaście. Rzecz w tym, że osoba Brando wymyka się jakimkolwiek ocenom znawców tematu – okazał się jednym z tych artystów, którzy nie musieli misternie budować wizerunku postaci. Wystarczyło jedno posępne spojrzenie, jedno złowieszcze zdanie, by widzów przeszywał dreszcz. A to nie każdy aktor potrafi. Często nie pamiętamy tytułów czy treści filmów (a było ich wiele), w których grał Brando, ale wryły nam się w pamięć jego role: Don Vita Corleone z „Ojca chrzestnego”, pułkownika Waltera Kurtza z „Czasu Apokalipsy” czy Stanleya Kowalskiego z „Tramwaju zwanego pożądaniem”.

SYN BRUTALA

Urodzony w 1924 roku w Omaha (Nebraska), Brando szybko stał się głosem pokolenia, liderem jego buntu i symbolem czasu, gdy stare wartości straciły znaczenie. Ameryka wychodziła z drugiej wojny światowej, zamieniając ją na kolejny konflikt – tym razem w Korei. Ale młodzi Amerykanie – choć do hippisowskiego pacyfizmu było jeszcze daleko – nie chcieli żyć w poczuciu zagrożenia, nie garnęli się do armii i pragnęli realizować się w zupełnie innych dziedzinach. Życie oferowało wiele możliwości. W Stanach szalała zaraza popkultury – z każdego lokalu płynął jazz i rodzący się rock and roll, w gazetach pojawiły się manifesty beatników, na ulice wyjechały gangi motocyklowe, terroryzujące amerykańską prowicję.

Motory Harleya Davidsona, którymi poruszali się „Hell’s Angels”, stały się uosobieniem wszelkiego zła. Kino, zawsze gotowe komentować rzeczywistość, nie mogło pozostać obojętne wobec obyczajowych zmian. A młody gniewny Marlon był idealnym kandydatem do zagrania roli motocyklowego gangstera, Johnny’ego – tak powstał głośny film „Dziki”, porównywalny z innym obrazem o młodzieżowych desperados: „Buntownikiem bez powodu” (z Jamesem Deanem w roli głównej). Obydwu idoli – wszak Dean także był bohaterem zbiorowej wyobraźni młodych Amerykanów, a legendę swą utrwalił, ginąc w wypadku samochodowym – uważano za autentycznych, skłóconych z życiem rebeliantów. Dziś z perspektywy czasu wiemy, że byli jedynie produktami doskonale funkcjonującej hollywoodzkiej machiny promocyjnej, że zostali wykreowani na buntowników, bo buntownicy akurat „świetnie się sprzedawali”. Wydaje się, że na filmowo-towarzyski wizerunek Brando wpłynęło dzieciństwo u boku agresywnego ojca. Aktor wspominał: „Ojciec potrafił bardzo szybko wejść w rolę barowego zabijaki. Wyobrażam go sobie jako faceta w knajpie, który, gdy ktoś na niego patrzy, mówi: – Na co, do kurwy nędzy, tak się gapisz? Już wcześniejsza kreacja – Kowalskiego w „Tramwaju zwanym pożądaniem” – wyniosła Brando na szczyt.

Kluczem do kariery okazała się rola brutalnego samca, czerpiącego satysfakcję z poniżania kobiet. Im dłużej wcielał się w takie postacie, tym bardziej świat uważał, że Brando niewiele się różni od swych kreacji. A Ameryka, po okresie słodkich amantów kina lat 30. oraz przesadnie pozytywnych twardzieli w stylu Humphreya Bogarta, wręcz czekała na swego Złego. Tym samym artysta skazał się na pewien wizerunek, z którym rozstał się dopiero pod koniec swej aktorskiej drogi (choćby w filmie „Don Juan de Marco”).

Na szczęście twórcy kina zdawali sobie sprawę, że buntownik–prostak to inwestycja na krótką metę. A Brando, obdarzony wspaniałą intuicją aktorską i wyczuciem psychologicznym, potrafił oddać złożoność swych bohaterów, ich niejednoznaczność. Zatem obsadzanie go w rolach prymitywów mijało się z celem – bądź co bądź mowa o naprawdę wielkim artyście. Nikt nie oddałby lepiej dwuznaczności bezwzględnego pułkownika Waltera Kurtza z „Czasu Apokalipsy” – dowódcy oddziału, który zdezerterował z armii amerykańskiej w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie. To był tylko epizod, ale jaki! Niejednowymiarowy jest także legendarny Don Corleone z „Ojca chrzestnego” Francisa F. Coppoli – być może najsłynniejsza rola Brando, za którą otrzymał on Oscara.

W tym filmie o nowojorskiej mafii, importowanej z Italii, aktor przeobraził się z przystojnego młodzieńca o sportowej sylwetce w dość odpychającego, podstarzałego, stukilogramowego bandytę. I takim już pozostał do końca swej kariery. Warto zaznaczyć, że do roli Vita Corleone zachował zdrowy dystans, co pokazał w filmie „Nowicjusz” z 1990 roku. Sparodiował wówczas siebie samego z „Ojca chrzestnego” i to w sposób mistrzowski – udowodnił, że świetnie nadaje się do roli komediowych, z czego jednak świat filmu nie zdążył już skorzystać.

SZTUKA MAŚLANA