Jarosław S. “Masa”: Byliśmy lepiej uzbrojeni niż policja

Pruszków, jeśli chodzi o uzbrojenie, miał zawsze przewagę – i nad konkurencyjnymi grupami przestępczymi, i nad policją. Przynajmniej w połowie lat 90.

Podczas gdy mundurowi latali po mieście ze swoimi wysłużonymi pistoletami P-64, a tylko elita miała w kaburze walthera, my już dysponowaliśmy glockami, czyli bronią, którą tak naprawdę to oni powinni mieć. Właściwie trudno wymienić jakąś liczącą się markę, której brakowałoby w naszych arsenałach. Jedni doskonale czuli się ze skorpionami (legendarny pistolet maszynowy produkcji czeskiej) w rękach, inni zaś uważali, że nie ma to jak micro-uzi. Jedni prowadzili ostrzał tylko z kałasznikowa, inni załatwiali sprawę loftkami, czyli masakrującymi kulami na grubego zwierza. Jednym wystarczał rodzimy produkt typu pistolet P 86, inni nie ruszali się z domu bez wojskowej beretty 92.

Co kto lubi. Ważne, że my to wszystko mieliśmy. Z jednej bowiem strony dysponowaliśmy takimi pieniędzmi, że mogliśmy sobie pozwolić na każde cacko, z drugiej zaś – sami mundurowi (nie tylko policjanci) bardzo nam pomagali wzbogacać nasze zbiory. Ostatecznie jednym z tych, którzy zrobili bardzo wiele i dla uzbrojenia, i dla wyszkolenia strzeleckiego polskich gangsterów, był K. – major Wojska Polskiego. On nam nie tylko załatwiał broń z wojskowych magazynów, ale także zapraszał nas na strzelnicę, gdzie podnosiliśmy swoje umiejętności. W czasie gdy strzelaliśmy do tarcz, młodzi żołnierze piekli nam mięso na grillu, ale to już temat na inną opowieść.

Kiedy na przełomie lat 80. i 90. stało się jasne, że grupa pruszkowska nie jest zbieraniną złodziei mieszkaniowych, ale wielką formacją o charakterze zbrojnym, zaczęliśmy szukać handlarzy, którzy byliby w stanie zapewnić nam odpowiedni oręż. Wprawdzie popularne było wówczas kupowanie kałasznikowów na Stadionie Dziesięciolecia od „turystów” zza Buga, ale my podchodziliśmy do sprawy bardziej poważnie.

Kupowaliśmy gdzie indziej. Jednym z takich „magików” był niejaki Rudy – handlarz, którego magazyn znajdował się w okolicach podwarszawskich Babic. On miał naprawdę fajny sprzęt, tyle że trochę trefny – trafiał do nas z Zachodu, gdzie był używany w gangsterskich porachunkach i mógłby posłużyć jako dowód przeciwko temu czy innemu przestępcy.

Rudy wiedział, że nam nie opchnie byle czego – mój przyjaciel Wojciech K. Kiełbacha był wielkim ekspertem od uzbrojenia i doskonale wiedział, co ile jest warte. Oczywiście jeden Rudy nie był w stanie zbudować militarnej potęgi Pruszkowa, dlatego wciąż szukaliśmy nowych dostawców – tak trafiliśmy do Krzyśka Sz., który handlem bronią zajął się podczas emigracji w Niemczech. Trafił do Reichu w połowie lat 80., jak zresztą wielu przyszłych polskich gangsterów, choćby Nikoś, i stworzył świetnie prosperujące, acz nie do końca legalne, konsorcjum. On zawsze dysponował najnowszą bronią, a sprzedawał ją w dobrych cenach. Przynajmniej nam.

 

 

Skąd brał „sprzęt”? Z różnych źródeł, ale głównie z targów broni we francuskim Strasburgu. Oczywiście, na takich targach nie można kupić sobie broni, nie mając odpowiedniego pozwolenia, ale producenci oferowali egzemplarze demonstracyjne. Były to zupełnie normalne sztuki broni, tyle że pozbawione albo zamka, albo z zaspawanymi lufami. Ale od czego polska pomysłowość? Sz. pakował do bagażnika zakupione demówki i jechał z nimi do Szwajcarii, gdzie w sklepie z bronią kupował brakujące bądź niesprawne części.  A potem gotowe do użycia pistolety i karabiny maszynowe, a nawet snajperskie, trafiały nad Wisłę. I odegrały wielką rolę w rozmaitych mafijnych konfliktach, na czele z wojną z braćmi N. z Ząbek.

Wprawdzie broń grupy pruszkowskiej była przechowywana w różnych miejscach, jednak największy arsenał znajdował się w… jednym z garaży w centrum Warszawy. Wynajęliśmy go od pewnego faceta za 500 dolarów miesięcznie i w trzech pokaźnych beczkach trzymaliśmy nasz arsenał. Nikt nigdy nie zorientował się, że garaż był – w sensie niemal dosłownym – bombą z opóźnionym zapłonem.

Nawiasem mówiąc, materiały wybuchowe także były częścią naszej zbrojowni – ostatecznie nasz wróg, czyli Czesław K. Ceber, zginął od bomby, która została zainstalowana na drzwiach jego willi w marcu 1995. Zamachów bombowych było oczywiście o wiele więcej – na mnie też przeprowadzono taki zamach. Ładunek został podłożony na parkingu w pobliżu mojego mercedesa i tylko cudowi zawdzięczam, że jedyne, co straciłem, to… zakupy, które miałem w ręku. Rok po Cebrze zginął – zastrzelony z kałasznikowa – Kiełbasa. Poszło o… arsenał, tyle że już inny. W połowie lat 90. wielką karierę w grupie pruszkowskiej zrobił Marek Cz. Rympałek. Jego ekipa miała charakter wybitnie zbrojny i dysponowała własnym magazynem broni. Między Rympałkiem a Kiełbasą nigdy nie było dobrej chemii, ale w ostatnich miesiącach panowie szczerzyli na siebie kły.

Kiedy pewnego dnia do domu Wojtka wjechała policja, stało się jasne, że następny będzie Rympałek. Kiełbasa o tym wiedział, ale nie dał cynku Markowi Cz. W efekcie policja zajęła cały arsenał jego grupy, a jeden z jego ludzi trafił do puszki. W taki oto sposób Kiełbasa wydał na siebie wyrok śmierci – zastrzelił go były antyterrorysta, znajdujący się w szeregach grupy Rympałka, a w akcji brał udział jeszcze jeden gangster, który strzelał z pistoletu na wiwat.

Z kolei najgrubszy kaliber, jakim dysponowaliśmy, to był radziecki granatnik RPG, bodaj siódemka, ale tego nie jestem pewien. Użyliśmy jej tylko jeden raz, w czasie wojny z Dziadem. Pocisk z granatnika miał rozstrzygnąć losy tego konfliktu w sposób spektakularny. Skończyło się na parodii kina akcji – ten, kto strzelał, zapomniał uzbroić pocisk. W efekcie wleciał on przez jedną ścianę, wyleciał przez drugą i zakończył lot gdzieś w polu, nie czyniąc nikomu krzywdy. Tak więc
wojna trwała dalej i zakończyła ją dopiero egzekucja na bracie Dziada, Wiesławie N., zwanym Wariatem, w lutym 1998 roku. Tym razem kiler, który zaczaił się na swą ofiarę pod sklepem spożywczym na Pradze Południe, strzelał ze zwykłego pistoletu maszynowego. Czasami najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze.