Takie misje - jak europejska ExoMars czy inne, wcześniejsze misje na Marsa - wiążą się z gigantycznym ryzykiem i ogromnymi trudnościami – mówi popularyzator astronomii Karol Wójcicki, komentując manewry sondy Schiaparelli. 

Jak dodał, w momencie lądowania sondy są zdane na siebie; naukowcy nie mają nad nimi kontroli, bo odległość od Ziemi do Marsa jest tak duża, że sygnał radiowy pokonuje ją w ok. 9 min.

W środę przed godz. 17.00 na Marsie miał się odbyć bardzo ważny test ESA: lądowanie sondy Schiaparelli. "Schiaparelli to europejska platforma, która miała spełniać dwa zadania. Po pierwsze, przeprowadzić probę lądowania, stanowiącą test przed wysłaniem za cztery lata na Czerwoną Planetę europejskiego łazika marsjańskiego ExoMars. Gdyby to lądowanie się udało, przez kilka kolejnych dni sonda zasilana rosyjskim, radioizotopowym generatorem termoelektrycznym przeprowadzałaby serię badań, które mogłyby dać informacje o przeszłości Czerwonej Planety, m.in. w nowy sposób potwierdzić, czy na Marsie istniała woda w stanie ciekłym" – opowiada Karol Wójcicki.

Przeprowadzenie testu lądowania było głównym zadaniem środowego manewru. "Po 16.40, kiedy lądowanie się rozpoczęło, informacje o nim były przesyłane na Ziemię za pośrednictwem sondy kosmicznej Trace Gas Orbiter - tej samej, z którą Schapiarelli doleciał do Marsa. Te dwie konstrukcje były ze sobą połączone jeszcze trzy dni temu, choć potem doszło do ich separacji: Schiaparelii ruszył w kierunku Marsa, a Trace Gas Orbiter rozpoczął manewr wchodzenia na orbitę Marsa, skąd ma w najbliższych latach prowadzić badania atmosfery tej planety" – przypomniał Wójcicki, prowadzący portal "Z głową w gwiazdach".

"I tu zaczęły się schody" – powiedział dodając, że Trace Gas Orbiter miał być czymś w rodzaju centrali telefonicznej - stanowić pośrednik pomiędzy lądownikiem a Ziemią. Taka komunikacja w pewnym momencie okazała się jednak zawodna. "Trace Gas Orbiter odbierał od sondy Schiaparelli sygnały dotyczące rozpoczęcia manewru lądowania. Najpierw odebrał słaby sygnał świadczący o tym, że Schiaparelli wybudził się z hibernacji i rozpoczął całą procedurę. Potem - że wszedł w marsjańską atmosferę i rozpoczął hamowanie. Później przyszła informacja, że rozłożył się spadochron; a następnie - że po rozłożeniu spadochronu Schiaparelli odrzucił osłonę termiczną, która pomagała mu wejść w atmosferę. I to było wszystko. Więcej informacji nie odebrano" – mówi Wójcicki.

Według popularyzatora nie musi to jednak świadczyć o niepowodzeniu misji: mogło się bowiem wydarzyć tak, że sygnał od sondy - i tak słaby, nie był możliwy do odebrania przez Trace Gas Orbiter.

Na szczęście dookoła Marsa krążą jeszcze inni: lądowania nasłuchiwała też sonda Mars Express, która nie mogła nadawać na żywo, ale swoje informacje przekazała na Ziemię – i jak się okazało, zarejestrowała to samo, co Trace Gas Orbiter. Na Ziemię powinny też spłynąć dane od sondy amerykańskiej Mars Reconaissance Orbiter. "Być może potwierdzi się, czy sonda nadaje już z Marsa, i czy problemy nastąpiły podczas samego procesu lądowania i dlatego żadna z dwóch sond nie mogła się z nią skomunikować" - dodaje.

"Nie możemy jednak mówić o nieudanej misji" – ocenia Karol Wójcicki. – "Naukowcy chcieli przetestować procedurę lądowania. I wiemy, że Trace Gas Orbiter odebrał później bardzo szczegółowe informacje przesyłane przez sondę, świadczące o pracy poszczególnych zespołów, podzespołów, o danych – temperaturach, kątach nachylenia (tzw. telemetrię). Tych danych jest ponad 20 Mb, przesłanie ich w nocy na Ziemię pozwoli stwierdzić, co się działo w momencie lądowania".

Karol Wójcicki dodaje, że ważnym wydarzeniem było samo wejście sondy Schiaparelli na orbitę Marsa. "Po wyłonieniu się zza krawędzi Marsa nadszedł sygnał – dokładnie w tym samym miejscu, w którym spodziewali się tego naukowcy. To może świadczyć o tym, że sonda weszła na prawidłową orbitę – późniejsza analiza tego sygnału to potwierdziła. Ten element misji powiódł się w 100 procentach" - powiedział.

Wójcicki dodał, że do misji takiej jak ExoMars naukowcy przygotowują się (np. sprzętowo) po kilka lat. "Zawsze jednak istnieje element ryzyka, którego nie są w stanie przewidzieć. Połowa października na Marsie to moment dość intensywnych burz pyłowych. Sonda miała też za zadanie je zbadać. Ale tak samo ciężko, jak ląduje się samolotem w czasie burzy – tak zapewne zadaniem łatwym być nie musi lądowanie na Marsie w czasie burzy pyłowej. I choć lądowaliśmy już na Marsie kilkukrotnie – zawsze mogą się pojawić problemy, na które nie mamy wpływu".