Sabi chce usunąć z tego procesu kolejny kawałek, który wymaga naszego zaangażowania. Startup z Palo Alto pracuje nad czapką typu beanie, która ma odczytywać aktywność mózgu za pomocą sensorów EEG i zamieniać myśli w tekst na podłączonym urządzeniu. Według zapowiedzi sprzęt ma pozwalać na pisanie z prędkością około 30 słów na minutę, bez mówienia i bez chirurgicznego implantu. W czapce mają znaleźć się nawet dziesiątki tysięcy miniaturowych biosensorów, każdy mniejszy od soczewicy, a całość ma działać jako nieinwazyjny interfejs mózg-komputer. Premiera planowana jest na koniec 2026 roku, później ma pojawić się także wersja w formie czapki z daszkiem. Ceny na razie niestety nie podano.
Myślenie zamiast stukania. Kuszące, choć trochę niepokojące
Najłatwiej potraktować Sabi jak gadżet z działu „przyszłość, którą ktoś za wcześnie wyjął z laboratorium”. Czapka czytająca myśli aż prosi się o żart, zwłaszcza w świecie, w którym większość z nas nie zawsze chciałaby, by własne myśli trafiały gdziekolwiek poza głowę. Ale technicznie Sabi nie obiecuje telepati. Nie chodzi o wyciąganie z mózgu całego strumienia świadomości, razem z tym, że w trakcie pisania maila przypomniało nam się, co trzeba kupić na kolację. Mówimy o dekodowaniu wzorców aktywności związanych z zamierzonym pisaniem, czyli o czymś dużo bardziej ograniczonym.
Sabi twierdzi, że jego system ma radzić sobie z ciągłą mową wewnętrzną, a nie tylko z prostym zestawem komend znanym z wielu dotychczasowych urządzeń EEG. Pomóc ma w tym tzw. Brain Foundation Model, trenowany na bardzo dużym zbiorze danych neuronowych. Chodzi o około 100 tys. godzin danych zebranych od 100 ochotników, co ma pozwolić modelowi uczyć się, jak różne mózgi kodują podobne czynności i intencje. Dane użytkownika mają być szyfrowane przed wysłaniem do chmury, a model miał być trenowany na zaszyfrowanych sygnałach, nie na surowych, niezabezpieczonych zapisach.
Z jednej strony obietnica jest cudownie praktyczna. Wspólne biuro, pociąg, poczekalnia, dom, w którym ktoś śpi obok – dyktowanie głosowe w takich miejscach szybko zmienia człowieka w chodzący podcast. Pisanie myślami mogłoby być ciche, dyskretne i szybsze niż klepanie w ekran telefonu. Z drugiej strony trudno udawać, że urządzenie rejestrujące sygnały z mózgu to kolejna klawiatura Bluetooth. Przy każdej technologii, która zbliża się do głowy bardziej niż okulary albo słuchawki, prywatność przestaje być punktem w regulaminie, a zaczyna być głównym warunkiem zaufania.

Największa szansa jest tam, gdzie klawiatura naprawdę bywa barierą
Dla osób z ograniczeniami ruchowymi podobne rozwiązania mogą być czymś znacznie ważniejszym. Interfejsy mózg-komputer od lat budzą największą nadzieję właśnie w kontekście niepełnosprawności, urazów, chorób neurologicznych i sytuacji, w których człowiek ma myśl, język i intencję, ale ciało nie pozwala ich łatwo przekazać światu. Implanty, takie jak rozwiązania Neuralinka, próbują wejść w ten obszar od strony bardzo silnego sygnału, ale za cenę operacji i wszczepienia urządzenia. Sabi idzie inną drogą: zakładasz czapkę, zdejmujesz czapkę, sprawdzasz, czy to działa w twoim życiu.
To może być ogromna różnica psychologiczna. Implant jest decyzją medyczną i życiową. Czapka jest testem, narzędziem, przedmiotem do założenia. Oczywiście nie wiemy jeszcze, jak skuteczny będzie system poza prezentacjami i zapowiedziami, jak poradzi sobie z ruchem, włosami, różnymi kształtami głowy, hałasem elektrycznym, zmęczeniem, wielojęzycznością, błędami i zwykłym dniem, w którym człowiek nie siedzi jak model demonstracyjny w laboratorium. Ale nawet jeśli pierwsza wersja nie będzie idealna, sam kierunek jest moim zdaniem ciekawy.
Klawiatura może przetrwać
Nie wierzę, że klawiatura zniknie nagle tylko dlatego, że ktoś pokaże czapkę z EEG. Klawiatura jest zbyt tania, zbyt precyzyjna, zbyt przewidywalna i zbyt dobrze wrosła w nasze nawyki. Poza tym pisanie nie zawsze jest prostym przelewaniem myśli na ekran. Czasem dopiero palce porządkują zdanie. Czasem opór klawiszy pomaga myśleć. Czasem przerwa między jednym słowem a drugim ratuje nas przed wysłaniem czegoś, czego rano wolelibyśmy nie czytać.
Sabi nie musi więc zabijać klawiatur. Wystarczy, że otworzy kolejną ścieżkę komunikacji. Dla jednych będzie to ciche dyktowanie bez głosu. Dla innych narzędzie dostępności. Dla jeszcze innych pierwsza próba życia z komputerem, który reaguje nie na dotyk, lecz na zamiar. To brzmi jak science fiction, ale tak samo brzmiał kiedyś ekran dotykowy w kieszeni, zegarek mierzący saturację albo słuchawki, które w czasie rzeczywistym tłumaczą obcy język.
