Nasza cywilizacja wyglądałaby inaczej, gdyby nie Aleksander Wielki, Czyngis-chan, Napoleon Bonaparte czy królowa Wiktoria (tę postać dodałem, aby zachować tak modną obecnie zasadę parytetu w polityce). Nigdy jednak w historii tak wielu tytanów nie zgromadziło się w jednym stuleciu, a właściwie w jego pierwszej połowie. Zastanawiające jest również to, że czas tytanów, jak nożem uciął, zakończył się w 1945 roku, a jedynie Stalin, który stworzył największe imperium strachu i terroru, rządził i mordował kilka lat dłużej. Benito Mussolini, twórca faszyzmu, który zapuścił głębokie korzenie w wielu państwach Europy, nawet tych, które uważamy za opokę demokracji – jak Wielka Brytania i Francja – zginął przed partyzanckim plutonem egzekucyjnym 28 kwietnia 1945 roku...

Adolf Hitler, twórca niemieckiej odmiany faszyzmu, popełnił samobójstwo dwa dni później. Nie jest to zbieżność przypadkowa. Nadszedł kres ideologii, z którymi się utożsamili. Zastanawiające jest jednak, że w tym samym czasie odeszli dwaj inni tytani tamtego czasu. Z woli narodu stanowisko premiera opuścił Winston Churchill, co może wyglądać na dziejową niesprawiedliwość. Ten człowiek uratował honor Wielkiej Brytanii jako jedynego państwa, które nie ugięło się przed zjednoczonymi siłami faszyzmu, nazizmu i bolszewizmu. W krytycznym czasie, jak przystało politykowi wielkiej miary, potrafił zawrzeć sojusz ze Stalinem, łatwo zapominając, że był to poplecznik Hitlera. Zapomniał również o swoich konserwatywnych korzeniach i przekonaniach oraz zaciekłym antybolszewizmie, gdyż zdawał sobie sprawę, że bez połączenia sił demokratycznej Anglii i totalitarnej Rosji nie pokona nazizmu. Było to również wyrazem szczególnego pragmatyzmu; Churchill wolał, aby na bitewnych polach ginęli obywatele Związku Radzieckiego, a nie Wielkiej Brytanii. Tyle że ratując honor, zaprzepaścił imperium, które zaczęło rozpadać się w błyskawicznym (jak na historię imperiów) tempie, tracąc już w 1947 roku perłę z korony, czyli Indie. Churchill odzyskał urząd premiera w 1951 roku, ale w nowym powojennym świecie dwóch supermocarstw Wielkiej Brytanii przypadła jedynie rola lojalnego sojusznika Stanów Zjednoczonych.

Z woli Boga w 1945 roku odszedł inny gigant tamtego czasu, człowiek, który stworzył nowoczesny świat: prezydent Franklin Delano Roosevelt. Tak jak w 1933 roku wyprowadził Amerykę z wielkiego kryzysu, realizując program Nowego Ładu, tak w najtrudniejszych latach wojny konsekwentnie realizował podobny program porządkowania świata, jaki miał wyłonić się z wojennej pożogi. Uznając, że jedynie usunięcie kolonializmu i imperializmu zlikwiduje źródło zła, z którego wynikły dwie wojny światowe. Dlatego, tak jak Churchill, zaakceptował konieczność sojuszu ze Stalinem i zgodził się w Jałcie na oddanie pod radzieckie panowanie wielu państw, które wbrew woli swoich narodów stały się socjalistyczne. On doskonale rozumiał, że ta niesprawiedliwość będzie trwała krótko (jak na historię), gdyż bolszewizm przetrwa najwyżej kilkadziesiąt lat. I tak się stało. To Roosevelt dał się przekonać już w listopadzie 1939 roku, że możliwe jest skonstruowanie nowej broni nuklearnej i uruchomił ten program, przekraczający granicę wyobraźni współczesnych, co dało światu nową broń i nową energię. Nie on podjął decyzję o zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, choć zapewne zrobiłby to, wiedząc, że w ten sposób stworzy nową politykę. Żaden z jego następców w Białym Domu nie miał tyle energii i wizjonerstwa, co ten ciężko chory polityk, poruszający się na wózku inwalidzkim. Co więcej: każdy następny był gorszy od poprzednika.

W tym starciu tytanów XX wieku najsilniejszy okazał się Józef Stalin, który – odpowiedzialny za więcej zbrodni niż Hitler – nie został nigdy osądzony. Nawet Bóg, z nieznanych do dzisiaj powodów, zwlekał z zabraniem go z tego świata, co nastąpiło dopiero w 1953 roku. Jednak jego idee przetrwały dziesięciolecia, wdrażane w życie przez następców. Jedynie Chruszczow odważył się półgębkiem i potajemnie wspomnieć o pewnych wypaczeniach kursu leninowskiego, a to dlatego, że było mu to potrzebne w partyjnych rozgrywkach. Zyskał tyle, że obalono go w 1964 roku w cywilizowany sposób, gdyż nie zamknięto go w więzienu, nie wysłano do łagru ani nie rozstrzelano o świcie pod murem, choć z jego rozkazu tak właśnie rozprawiano się z Ławrentijem Berią, Wiktorem Abakumowem, Pawłem Sudopłatowem i innymi ludźmi Stalina.

W naszych czasach, gdy politycy już nawet nie próbują sięgać po miano ludzi zmieniających świat, ten laur przypadł jedynie papieżowi Janowi Pawłowi II. Zaś polityka przypomina cyrk. Władimir Putin pręży tors i tylko czekać, aż się Miedwiediew rozbierze. Berlusconi zdaje się kpić z wymiaru sprawiedliwości, który chyba ma dość powodów, aby posadzić go na ławie oskarżonych. Brytyjczycy zgrzytają zębami na widok swojego premiera. Polacy zdają się nie lubić, nie wiedzieć czemu, swojego prezydenta… I tak dalej. W ten sposób pierwsza dekada XXI w. zapowiada, że czas tytanów nieodwołalnie minął. Może to dobrze…