W „Widzeniu księdza Piotra” (scena piąta „Dziadów części III”) Mickiewicz zarysowuje ideę odrodzenia Polski po zaborach. To właśnie ta słynna scena, w której poeta pisze o Polsce jako o „Chrystusie narodów”. Opis jest oczywiście metaforyczny. Utrata niepodległości zostaje wpisana w wizerunek Golgoty oraz mękę Zbawiciela – podobnie jak Jego, tak i naszą ojczyznę czeka z czasem zmartwychwstanie. Ono zaś przyjdzie wraz z pojawieniem się tajemniczego „czterdzieści i cztery” – jak to ujął pisarz – „wskrzesiciela narodu”. Rzecz w tym, że nikt nie wiedział, o kogo czy o co chodzi.

Mickiewicz, pytany przez zaaferowanych czytelników, zwykł podobno odpowiadać: „Kiedym pisał – wiedziałem; a teraz już nie wiem”. Ciekawa i sprytna odpowiedź. Jest albo świadectwem romantycznej wiary w duchową iluminację artysty, albo też rodzajem uniku (w rodzaju „a odczepcie wy się wszyscy ode mnie…”).

Teksty próbujące interpretować tajemnicze słowa Mickiewicza to prawdziwe Archiwum X polskiej literatury. Istnieją, jak dotąd, dwie główne teorie próbujące rozszyfrować znaczenie owych „czterdziestu i czterech”, oraz wiele innych – bardziej lub mniej niepoważnych. A oto kilka z tych ostatnich: przed pałacem cesarskim w Pekinie stoją 44 lwy, więc wyzwolenie Polski łączy się z ekspansją Chińczyków na Europę… W PRL władza lansowała tezę, że chodzi o rok 1944, kiedy Armia Czerwona wyzwoliła Polskę od nazistowskiej okupacji, przynosząc wreszcie „wolność” związaną z przemianami ustrojowymi.

Natomiast Melchior Wańkowicz wspomina, że w 20-leciu międzywojennym odbył wielogodzinną rozmowę ze słynnym gen. Wieniawą-Długoszowskim, który przekonywał go, iż nie-zbicie idzie o Józefa Piłsudskiego jako owego mitycznego „czterdzieści i cztery”. Na uwagi pisarza, że koncepcję tę cechują liczne nieścisłości i przekłamania w stosunku do Marszałka, generał miał się zmieszać i wycedzić pod adresem Wieszcza z kresowym akcentem: „No cóż – poeta; musiał coś tam popieprzyć…”.

Co do poważniejszych teorii: pierwsza każe owo „czterdzieści i cztery” czytać jako odpowiednik zapisu w języku hebrajskim (Mickiewicz – w końcu wykształcony filolog klasyczny – miał podstawową orientację w tym języku), który nie uznaje samogłosek w zapisie graficznym oraz nie dysponuje autonomicznymi liczebnikami. Głoski mają tam wartość liczbową: każdą cyfrę można odczytać jako wyraz i odwrotnie. Suma „44” da się więc odczytać jako spółgłoskowy zapis „d” i „m”; a jeśli dodamy do tego najczęściej występującą samogłoskę „a” – to wynik jest jasny: „Adam”. Zatem to sam Wieszcz zaszyfrował siebie jako owego symbolicznego wskrzesiciela! To właśnie jego twórczość miała przynieść – z czasem – zmartwychwstanie narodu. W tym sensie zapewne, że jej lektura miałaby doprowadzić do działań owocujących przywróceniem niepodległości.

Druga z poważniejszych interpretacyjnych teorii powiada, że nie idzie o sumę – czyli „44”, tylko o niesumującą się koniunkcję: „40 i 4”. „Czterdzieści” miałoby wtedy wartość doraźną – odsyłałoby do rzeczywistości, do rachunku. Byłoby zatem znakiem rzeczywistego świata historycznego, w którym zachodzą konkretne fakty i zdarzenia. „Cztery” natomiast miałoby w sobie zaklętą wartość symboliczną, np. odnoszącą się do chrześcijańskiego kwadratu cnót (męstwo, sprawiedliwość, umiarkowanie, roztropność), obecnego chociażby w „Bogurodzicy”. „Czterdzieści i cztery” to zatem ideogram kogoś, kto łączy w sobie doczesność – której znakiem jest historia i polityka – z ponadczasowością zaznaczoną symbolicznie. Kogoś, kto pojmuje to, co skończone, i to, co nieskończone. Jest więc ziemskim odpowiednikiem „Alfy i Omegi”. To znaczy duchowym namiestnikiem Boga, który jest władcą historii. W tej wersji interpretacyjnej Mickiewicz jako Wieszcz narodu, który potrafi przewidzieć jego dalsze losy, także pasuje…

Ale może jest i tak, że słynne „czterdzieści i cztery” nic konkretnego nie znaczą?! Mickiewicz nie był wróżbitą – Nostradamusem czy Pytią – i zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń. Jego literacki symbol to zwyczajnie znak nadziei: kiedyś nadejdzie niepodległość, teraz zaszyfrowana jako „44”, i tej nadziei Polacy – ci na emigracji, cierpiący z powodu oddalenia od kraju, do jakiego nigdy nie przyjdzie im powrócić, a także ci w ojczyźnie, którzy muszą znosić represje zaborców – powinni się zwyczajnie trzymać.