Nagle zrobiło się niezbyt przyjemnie, a to za sprawą asteroidy Apophis, która przemierza przestrzeń kosmiczną - jak sie okazuje - lecąc kursem kolizyjnym z Ziemią. Prawdopodobieństwo zderzenia nie jest zbyt wielkie, ale jak na warunki kosmiczne ogromne. Apophis już raz przeleciała koło Ziemi w 2004 roku. Nic się nie stało, a prawdopodobieństwo trafienia wynosiło wtedy 2,7 procent. Kolejne spotkanie z kosmicznym gruzem ma nastąpić w 2029 roku. Przelot ma być jednak bezpieczny. Za to kolejny - już w 2036 roku - ma być nieco bardziej emocjonujący. Rosyjska agencja kosmiczna Roskosmos ni stąd ni zowąd ostrzegła, że tym razem nie będzie różowo (prawdopodobieństwo uderzenia ma być jak 1 do 250 tysięcy), a jedynym sposobem uniknięcia tragedii jest wysłanie statku kosmicznego, który zetknie się z powierzchnią asteroidy, a następnie zepchnie ją z kursu, który grozi Ziemi eksplozją o sile 880 megaton. Dla ułatwienia warto dodać, że cały nuklearny arsenał USA ma jakieś 1400 megaton. Rosjanie boją się, że asteroida o średnicy około 300 metrów uderzy w ich terytorium. Co prawda NASA podaje, że tak małe ciało kosmiczne nie zagraża globalnym kataklizmem, ale z kolei Rosjanie podkreślają, że jest trzy razy większe od tzw. meteorytu Tunguskiego, który spadł na Syberię w 1908 roku i wywołał ogromne zniszczenia (porównano go do wybuchu 1000 bomb atomowych). Inni eksperci uspokajają, że choć Apophis przeleci blisko, to jednak szansa trafienia w Ziemię jest minimalna i nie ma się czego bać. Dodają przy tym także, że wcześniej czy później coś w nas uderzy i lepiej, aby się do tego wspólnie przygotować opracowując wspólnie odpowiedni system. h.k.