
Roboty, które nas rozumieją, wspierają i nigdy nie oceniają, mogą stać się tak atrakcyjnymi towarzyszami, że prawdziwe relacje z ludźmi zaczną wydawać nam się zbyt trudne i męczące, bo będą wymagać od nas wysiłku, zaangażowania i prób zrozumienia drugiej osoby. Wchodzimy w erę, w której największym wyzwaniem inżynieryjnym nie będzie sprawienie, by roboty były bardziej ludzkie, ale by nie sprawiły, że my staniemy się wobec siebie bardziej obcy.
Dlaczego chcemy, by maszyna miała twarz?
Budowanie robotów o ludzkich kształtach ma dwa podłoża: praktyczne i emocjonalne. Z technicznego punktu widzenia nasz świat – od wysokości blatów w kuchni po klamki w drzwiach – został zaprojektowany pod ludzkie ciało. Humanoid z dłońmi i palcami może więc posprzątać stół, załadować zmywarkę czy nakarmić kota bez konieczności przebudowy całego domu. Jednak to warstwa emocjonalna jest tym, co naprawdę nas przyciąga. Maszyna z twarzą i kończynami niesie obietnicę empatii i zrozumienia, stając się kimś więcej niż tylko sprzętem AGD.
Taka obecność może być zbawienna, na przykład w opiece nad starszymi lub chorymi osobami, gdzie robot pomaga zachować godność i niezależność, nie osądzając przy tym słabości pacjenta. Z drugiej strony pojawia się niebezpieczeństwo „outsourcingu” naszych potrzeb społecznych. Jeśli robot zawsze będzie obok, by posprzątać bałagan – zarówno ten w kuchni, jak i ten emocjonalny, bo możemy stracić tolerancję i empatię, które wykształcamy tylko poprzez życie wśród prawdziwych, czasem trudnych ludzi.
Czytaj też: Od pływania po latanie. Chiński robot GrowHR potrafi niemal wszystko
Dystopijna wizja przyszłości to świat, w którym zamykamy się w domach, otoczeni przez maszyny, które są wiecznie wyrozumiałe i cicho nas uwielbiają. Wygoda zostaje zmaksymalizowana, ale tracimy coś fundamentalnego: umiejętność bycia człowiekiem wśród ludzi, która wymaga wysiłku i akceptacji niedoskonałości.

Kluczem do uniknięcia tej pułapki może być sposób, w jaki zaprojektujemy systemy komunikacji w maszynach
Zamiast tworzyć wszechobecnych, gadatliwych asystentów, którzy towarzyszą nam w każdej sekundzie życia, moglibyśmy ograniczyć ich sferę rozmów do konkretnych zadań. Pralka mogłaby dyskutować o praniu, a system nawigacji o trasie, podczas gdy otwarte rozmowy o wartościach, tożsamości i relacjach pozostałyby domeną ludzi.
Czytaj też: Niemiecka precyzja w ciele robota. Agile ONE wchodzi do fabryk
Dobry robot to taki, który zamiast nas izolować, „popycha” nas w stronę innych. Może to być maszyna, która podpowie starszej osobie: „W bibliotece za godzinę zaczyna się klub dyskusyjny, możemy tam pójść”. Zły robot to taki, który zostawia nas dokładnie tam, gdzie jesteśmy: coraz bardziej zadowolonych z towarzystwa maszyny i coraz mniej pewnych w kontaktach z drugim człowiekiem.
Czytaj też: Robot nie wejdzie bez przepustki. Związkowcy Hyundai stawiają twarde warunki
To już nie fabuła z filmu sci-fi, tylko rzeczywistość – roboty humanoidalne w końcu wejdą do naszych domów. Jasne, nie wszystkich, tak samo, jak teraz jest z robotami sprzątającymi i innymi gadżetami, zwłaszcza że ceny i tak będą relatywnie wysokie. Ale tak czy inaczej, roboty zmierzają pod strzechy. Jednak to od nas zależy, czy zaproszenie ich do naszych domów sprawi, że inni ludzie przestaną mieć dla nas znaczenie. Prawdziwym wyzwaniem nie jest już to, jak nauczyć robota parzyć kawę, ale jak sprawić, by zachęcił nas do wypicia jej z sąsiadem, zamiast tylko z nim samym. W świecie pełnym idealnych, zaprogramowanych towarzyszy, to właśnie ludzka niedoskonałość i nieprzewidywalność mogą stać się naszymi najcenniejszymi zasobami.