Zabrałam się za oglądanie - jak mi się wydawało - przygotowana na sentymentalne poruszenie. Po ponad dwóch godzinach okazało się, że byłam zupełnie bezbronna.

Lądujemy w północnych Włoszech w okolicach lata 1983 roku. Jest środek wakacji - w ogrodzie huczą świerszcze, a powietrze pachnie świeżym praniem i kwiatami. Rano - śniadanie pod drzewem, po południu - leniwe czytanie książek, wieczorem tańce i rozmowy. To piękny obraz sprzed ery, gdy w każdej scenie pojawia się telefon komórkowy (tu w każdej scenie pojawia się książka).

Jak dobrze rozumiałam tę rodzącą się powoli fascynację! Pożądanie. Intymność. Pomiędzy nim - Elio, ponadprzeciętnie inteligentnym nastolatkiem, a Oliverem - kilkanaście lat starszym doktorantem, który pracował z jego ojcem. Płeć nie ma tu żadnego znaczenia. To uniwersalny kod, system gestów, magicznego przyciągania i odciągania.

Znałam każdy ruch (Ty pewnie też). Każdy przypadkowy i nieprzypadkowy dotyk, dłuższe spojrzenia, uśmiechy, nagłe wycofanie się z gry, żeby nie zostać rozpoznanym, zagubienie, że już nie wiadomo, kto w tej grze prowadzi, strach że jest się wobec tego tak słabym, odwagę, żeby jednak spróbować i te najsłodsze momenty nagrody, gdy dwie strony chcą tego samego. Piękne.

Szczęśliwy kto to przeżył? Kto choć raz poczuł jak to jest żyć życiem, które dzieje się według scenariusza lepszego niż najciekawszy film? I tak i nie. Bo z prawdopodobieństwem większym niż przeziębienie w listopadzie takie historie kończą się zawodem. To może być konieczność rozłąki czy zderzenie z rzeczywistością. Czy zatem warto przeżyć coś, co wzruszy duszę, nawet jeśli tuż za rogiem czai się ból i strata?

Najpierw weszłam w fazę buntu. Po co tak narażać swoją wrażliwość? Co po tych pięknych chwilach, jeśli zostaje tylko rozbuchany apetyt, tęsknota i pustka? Przecież jeśli raz zaznasz piękna, dużo trudniej będzie ci się bez niego obejść? Co po soczystych wspomnieniach, skoro już nie ożyją? Zaczynasz odtwarzać w myślach to, co minęło i już naprawdę nie wiesz, czy te wspomnienia to dar czy przekleństwo...

Może jednak warto tego wszystkiego doświadczyć, by nie zostać kimś, kto nigdy nie żył? (Uwaga, spoiler):

"Wyrywamy z nas samych tak wiele, aby jak najszybciej się wyleczyć, że bankrutujemy w wieku 30 lat i mamy mniej i mniej do zaoferowania za każdym razem, gdy zaczynamy z kimś nowym. Ale żeby zmuszać się do braku uczuć, aby niczego nie czuć... cóż za wielka strata.

To jak żyjesz to twoja sprawa. Po prostu pamiętaj: nasze serca i ciała to jednorazowy podarunek. Zanim się zorientujesz twoje serce będzie zużyte. A Twoje ciało? Przychodzi taki moment, ze nikt na nie nie patrzy, a już na pewno nie chce się zbliżyć. W tej chwili czujesz ból i rozgoryczenie. Nie wyzbywaj się ich. Wraz z nimi jest radość, którą czułeś".

(Fragment "Tamte dni, tamte noce")

 

A może tak naprawdę nieważne jaką drogę wybierzesz, bo i tak możesz skończyć sfrustrowany? Albo dlatego że nie przeżyłeś czegoś tak pięknego, albo dlatego że przeżyłeś, a teraz pozostała pustka. Wszystko sprowadza się ostatecznie do… naszego podejścia. Do myśli, którymi się karmimy.

"Tamte dni, tamte noce" pozostawiły mnie z przekonaniem, że warto spróbować wszystkich smaków, jakie świat ma do zaoferowania. Smaku porażki i porzucenia też. Ten podany wybornie film wydaje się uczyć akceptacji swoich strat. Tego że smutek to odpowiednia cena za piękno w życiu, że tęsknota jest częścią doświadczenia, które nie zdarza się każdemu. Nie chodzi więc o to, by unikać tego co trudne, ale żeby umieć sobie z tym radzić. By wierzyć, że twarde lądowania mogą uczynić nas lepszymi ludźmi, którzy w pewnym momencie dostaną w zamian coś bardzo dobrego i będą już umieć się z tym obchodzić.

Choć czasem może wydawać się, że "serce zmęczyło się zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją" (niezawodny Miłosz!), warto doświadczać całego spektrum. By - kiedy już zapomnimy o bólu po kolejnej stracie - uśmiechnąć się z satysfakcją, że dobrze wykorzystaliśmy czas, a „Tamte dni, tamte noce” minęły z naszym udziałem.