Siedzimy z żoną przy stole i rozmawiamy o tym, jak zrobiło się trudno. O złych wiadomościach ze świata, kłopotach w pracy, chorobie bliskich. Pocieszamy się, że trzeba mieć nadzieję i że w końcu sytuacja wokół nas zmieni się na lepsze.

O nadziei rozmawiamy, gdy dzieje się źle. Gdy trzeba zmierzyć się z czymś, co zdaje się przekraczać
ludzkie siły. Doświadczamy wtedy własnej niemocy i kruchości życia. Brakuje nam słów, by powiedzieć sobie, jaki to wszystko ma sens. Nadzieja jawi się jako odruch odrzucenia złego świata, w którym przyszło nam żyć, i zapowiedź, że kiedyś los się odmieni.

Doświadczenie nadziei mieści w sobie zarówno ufność we własne siły (wbrew wszystkiemu dam sobie radę), jak i ufność w siłę większą ode mnie, która wybawi mnie z opresji. A przecież wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć, że wbrew różnym nadziejom wszystko może pójść źle. I że wszyscy uwikłani jesteśmy w proces życia zmierzający do tego jedynego punktu, w którym i szczęście, i nieszczęście ostatecznie się zdewaluują.

 

PUŁAPKA INNEGO ŻYCIA

Zawsze byli filozofowie, którzy mieli dystans do tego, co nazywamy nadzieją. „Podczas gdy my odkładamy życie na później, ono uchodzi” – przestrzegał Seneka swego ucznia Lucyliusza. Echo jego słów słychać w „Myślach” Pascala: „Tak więc nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć”. Komentując i rozwijając ten wątek, francuski filozof André Comte Sponville pisze w „Duchowości ateistycznej”: „gdy stajemy wobec »mrocznej głębi śmierci« wszystkie nasze najbardziej uprawnione nadzieje związane z tym życiem (…) potykają się o tę ostateczną nicość, która pochłania wszystko, także szczęście i nieszczęście”. Oczywiście uwodzi nas myśl, by odwołać się do czegoś absolutnego i wiecznego, wyobrazić sobie „życie po życiu” jako antidotum na porażkę doczesnych marzeń. Na tym właśnie polega pułapka, przed którą przestrzegał Seneka.

Pokładając nadzieję w innym życiu, człowiek tłumi lęk przed śmiercią, pociesza się w nieszczęściu, ale jednocześnie, odwracając oczy od życia, odbiera wartość temu, co w nim piękne i dobre. Dlatego, pisze Comte Sponville, tragedii nie warto unieważniać.

„Lepiej ją przyjąć, jeśli to możliwe, z radością. Mądrość tragiczna: mądrość szczęścia i skończoności, szczęścia i nietrwałości, szczęścia i rozpaczy (…) jeśli będziemy żywić wielką nadzieję na to, że jutro spotka nas szczęście, nie damy sobie szansy, żeby przeżyć je dziś”.

Nadzieja jest wprost związana z doświadczeniem niedostatku, niespełnienia, braku sensu, zagrożenia.
Tyle że unieważniając nieszczęście, unieważnia też szczęście. Bo czym byłaby nadzieja w przypadku kogoś, kto jest szczęśliwy? Zwątpieniem. Wyrazem strachu, że szczęście uleci. Paradoks nadziei ma jeszcze jeden wymiar: „pragnąć tego, co zależy od nas (chcieć), to dawać sobie środki do zrealizowania tego pragnienia. Pragnąć tego, co od nas nie zależy (mieć nadzieję), to poświecić się bezradności i resentymentowi”. W tym przekonaniu wyraża się duch starożytnej filozofii. „Mędrzec jest człowiekiem czynu, natomiast głupiec trzęsąc się ze strachu, zadowala się nadzieją”. Odwołując się do zbanalizowanego stwierdzenia, postawa nadziei nie pozwala być „tu i teraz”, podjąć wyzwania, dostrzec szansy.

 

OBRONA WARTOŚCI


Co pozostaje, jeśli porzucimy nadzieję? Sponville odwołuje się do Seneki: „Gdy się oduczysz mieć nadzieję, nauczę cię chcieć”. Ale idzie dalej. „To nie nadzieja – pisze – sprawia, że potrafimy działać (ilu ludzi ma nadzieję na sprawiedliwość nic dla niej nie robiąc?), lecz wola (…). To nie nadzieja
sprawia, że żyjemy pełnią życia, lecz miłość”. Kruchość życia, plany, z których nic nie wyszło, to nie powód, by nie kochać życia. Przeciwnie – to najmocniejszy argument za tym, by nie marnować ani chwili. Jak żyć? „Mieć nieco mniej nadziei, trochę bardziej kochać” – odpowie Luc Ferry, kolega
Sponville’a.

Czegoś jednak w tej zręcznej konstrukcji brakuje. Gdy myślimy o bliższych i dalszych nieszczęściach, doświadczamy ciemnej strony naszego kruchego życia. Wtedy trudno nie postawić sobie pytania o to, jaki to ma sens i czy jest jakaś nadzieja. Spójrzmy na to pytanie z innej perspektywy niż ta, którą pokazuje Comte Sponville. Wystarczy jeden wątek z rozważań ks. Józefa Tischnera zebranych w tomie „Świat ludzkiej nadziei”. Tischner, powołując się na francuskiego filozofa Gabriela Marcela, pisze, że „nadzieja wyrasta z »sytuacji próby« i stanowi odpowiedź, za pomocą której człowiek przezwycięża tę sytuację”. To przezwyciężenie nie polega na ucieczce w łatwe obietnice. Jest bowiem, pisze Tischner, nadzieja niedojrzała, oderwana od rzeczywistości, i nadzieja dojrzała.

Nadzieja dojrzała to heroiczna, bo bez obietnicy sukcesu, obrona własnych wartości przed unicestwieniem. „Nadzieja, czytamy, wyrasta z doświadczenia zmienności świata i zmienności człowieka (…) nie chodzi tu o zmianę stanu lub miejsca, lecz o zmienność powiązań świata
z wartościami, które urzeczywistniają się w świecie. Wartości mogą się nie urzeczywistnić (…) Przeciwko takiej perspektywie nadzieja podnosi swój protest”. O nadziei myślimy i mówimy, gdy odsłania się przed nami tragiczność życia, zaprzeczenia czegoś, co jest dla nas najważniejsze. Idąc
za myślą Tischnera, możemy powiedzieć, że doświadczenie nadziei odsłania wartości, które w świecie, w którym żyjemy, mogą zostać urzeczywistnione, ale mogą też być zagrożone. A przede wszystkim „doświadczając nadziei, człowiek doświadcza siebie jako wartości”. I właśnie to doświadczenie może przeciwstawić tragiczności życia.

Gdy pochylamy się nad nieszczęściem, jakie nas otacza, i tracimy poczucie oparcia i sensu, potrzebna jest nadzieja. Nie po to, by unosiła myśli ku lepszym czasom, które nadejdą, i ku lepszym światom, lecz po to, by w tym świecie, w którym przyszło nam żyć, siłom chaosu przeciwstawić świadomość własnej wartości i wartości tego, co możemy dać innym ludziom.

Nadzieję mogę pokładać tylko w tym, że ktoś będzie mógł mi zaufać, gdy wokół brak zaufania. Że zobaczy przyjazny gest, gdy triumfuje wrogość. Będzie mógł liczyć na wierność, gdy szerzy się zdrada.