I wymiatało, bo trwanie przy dogmatach socjalizmu czyniło niemożliwym wyjście z błędnego koła: żywność jest tania, więc znika z półek; równowagę na rynku może przywrócić urealnienie cen, ale to grozi wybuchem społecznego niezadowolenia; gwałtowne protesty to w komunizmie jedyny sposób wymiany ekip rządzących, więc rządzący robią, co mogą, by do nich nie dopuścić; detonatorem społecznego buntu zawsze są podwyżki cen artykułów pierwszej potrzeby, zatem władza ich nie podnosi; dotowana żywność pozostaje tania i coraz bardziej jej brakuje.

Produktem o szczególnym znaczeniu w tym błędnym kole było mięso. Ekipa Gierka trafnie zidentyfikowała najsłabszy punkt systemu i podjęła próbę jego wzmocnienia. Zaczęła tworzyć wielkie gospodarstwa hodowlane. Pomysł bez wątpienia sensowny, zapomniano jednak, że zwierzęta muszą jeść. Nie zadbano o zwiększenie produkcji zbóż i zabrakło paszy. Musiano ją importować ze strefy dolarowej, oczywiście na kredyt. Długi rosły jeszcze szybciej.

W grudniu 1975 r. na VII Zjeździe PZPR fetowano pięciolecie rządów Gierka. Nikt, z głównym bohaterem imprezy na czele, nie zdawał sobie sprawy, że jest to dokładnie półmetek jego panowania i od tego momentu zaczyna się już nie partyjny, lecz ekonomiczny i polityczny zjazd w stronę przepaści.

SPAŁOWANI KONSULTANCI

Właśnie w grudniu 1975 r. ambasada PRL w Waszyngtonie przekazała tajną depeszę z informacją, że amerykańskie agencje ratingowe obniżają ranking Polski i ostrzegają przed utratą przez nią płynności finansowej. Nasz dług wynosił wówczas niespełna 9 mld USD. Teoretycznie niewiele, ale jak oceniał zespół doradców kierowany przez prof. Pawła Bożyka, eksportowano zaledwie 2 proc. wyrobów produkowanych na zagranicznych licencjach. Import był dwa razy większy od eksportu i już tylko krok dzielił kraj od pułapki kredytowej.

Doraźne próby zmniejszenia siły nabywczej ludności, na przykład przez pięciokrotne podwyższenie mandatów, nie przynosiły efektów. Błędne koło socjalistycznej gospodarki zmieniało się w węża, który pożerał własny ogon. Jeśli nie miał się zadławić na śmierć, konieczna była terapia wstrząsowa. Ówczesny premier Piotr Jaroszewicz nie był Balcerowiczem i jedyne, co potrafił zaproponować, to drastyczna podwyżka cen.