Bóg obiecał Abrahamowi, że oszczędzi Sodomę, jeśli znajdzie się w niej chociaż dziesięciu sprawiedliwych. Mam nadzieję, że oszczędzi Niemcy ze względu na to, co my staraliśmy się zrobić – powiedział generał Henning von Tresckow do swego adiutanta. Kilka godzin później przyłożył sobie granat do głowy i wyciągnął zawleczkę…

Tresckow popełnił samobójstwo 21 lipca 1944 r., tuż po otrzymaniu wiadomości, że Hitler przeżył wybuch bomby podłożonej przez pułkownika von Stauffenberga. Nie miał złudzeń co do swojej przyszłości, ponieważ to właśnie on był kluczową postacią antyhitlerowskiej konspiracji w niemieckiej armii. Znał też na tyle dobrze metody gestapo, by obawiać się, że nie przetrzyma wyrafinowanych tortur i zdradzi innych spiskowców. „Hitler to szaleniec i szarlatan, który omamił naród. Trzeba go jak najszybciej usunąć” – mówił jeszcze przed inwazją Niemiec na Polskę. Nie należał więc do opozycjonistów „ostatniej godziny”, którzy dostrzegli prawdziwą twarz dyktatora dopiero w obliczu nieuchronnej klęski. Von Tresckow był w swych poglądach konsekwentny.

Ale był też zawodowym oficerem, wychowanym w cechującej niemiecką armię tradycji posłuszeństwa, bezwzględnej lojalności i apolityczności. Dlatego mimo jawnie okazywanej niechęci wobec Hitlera polityka, służył mu lojalnie jako naczelnemu wodzowi. Za zasługi podczas inwazji na Polskę i Francję został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Żelaznym.

Podczas operacji „Barbarossa” Henning von Tresckow znalazł się w sztabie Grupy Armii „Środek”, głównej siły uderzeniowej podczas ataku na ZSRR. Tam poznał dyrektywy dotyczące metod działania na zdobywanym terytorium. Uznał te metody za tak sprzeczne ze swoim rozumieniem honoru wojskowego, że poczuł się zwolniony z przysięgi wierności wobec führera. Wkraczające do ZSRR oddziały miały natychmiast rozstrzeliwać branych do niewoli jeńców wojennych pochodzenia żydowskiego i komisarzy politycznych. Żądano także pacyfikacji i mordowania wszystkich mieszkańców wsi podejrzewanych o współpracę z partyzantami. Von Tresckow wystosował oficjalny protest, na który nawet nie otrzymał odpowiedzi. W tej sytuacji zdecydował się przejść od słów do czynów. W swoje plany wtajemniczył adiutanta, prywatnie kuzyna, porucznika Fabiana von Schlabrendorffa.

PIERWSZA PRZYMIARKA


Ze ściśle tajnych depesz, do których von Tresckow jako oficer sztabowy miał dostęp, wynikało, że 4 sierpnia 1941 r. Hitler dokona osobistej inspekcji Grupy Armii „Środek”. To była wyjątkowa okazja, gdyż dostęp do berlińskiej kancelarii Rzeszy czy kwatery głównej w Kętrzynie pozostawał poza zasięgiem spiskowców. Teraz dyktator miał się znaleźć na ich terenie.

Tresckow i Schlabrendorff nie wyzbyli się jeszcze resztek wiary w niemiecką praworządność. Dlatego zamierzali zatrzymać samochód, aresztować Hitlera i postawić go przed sądem wojennym. Dopuszczali możliwość wydania wyroku śmierci, ale chcieli, żeby wszystko odbyło się zgodnie z zasadami prawa i kodeksu honorowego. Na miejsce akcji wybrali Borysów na Białorusi.

Hitler przyleciał punktualnie. Jego przejazd z lotniska do kwatery dowódcy Grupy feldmarszałka von Bocka wyglądał jednak zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażali spiskowcy. Skończyły się czasy, gdy pewny siebie dyktator paradował w odkrytym samochodzie i pozdrawiał salutujących żołnierzy. Teraz gnał w konwoju kilkunastu pojazdów, eskortowany przez doborowe oddziały esesmanów uzbrojonych w ckm-y i granatniki. Garstka żołnierzy, którymi dysponował von Tresckow, nie miałaby w starciu z nimi żadnych szans. Plany zatrzymania i uwięzienia Hitlera trzeba więc było uznać za niewykonalne. Zwłaszcza że Niemcy odnosili na froncie wschodnim zwycięstwo za zwycięstwem i nawet w razie powodzenia akcji zamachowcy nie mogli liczyć na zrozumienie ani w armii, ani w społeczeństwie.

„Dopóki wyśpiewują »Hosanna«, niczego nie osiągniemy – chrześcijan von Tresckow w rozmowach z von Schlabrendorffem często używał ewangelicznych porównań. – Musimy poczekać, aż zaczną krzyczeć: »Ukrzyżuj!«”. Dwa lata później nastroje były już inne, a w kręgu spiskowców znalazł się podpułkownik kawalerii zmotoryzowanej Georg von Boeselager. Dowodzona przez niego elitarna jednostka stanowiła siłę zdolną stawić czoła eskorcie führera.

„Tacy ludzie jak my muszą przywrócić porządek” – mówił nowy sprzymierzeniec von Tresckowa. Jego dotychczasowa kariera przebiegała imponująco. Za zasługi w czasie inwazji na Francję otrzymał Krzyż Rycerski, za męstwo w bitwie pod Moskwą – do krzyża dodano mu Liście Dębu. Tym najwyższym odznaczeniem legitymowało się wówczas niespełna 70 oficerów. Mimo że reżim tak bardzo go honorował, von Boeselager wypowiedział mu posłuszeństwo. Powodem stała się niemożność pogodzenia oficerskiego poczucia honoru z ludobójstwem. Masakrowanie cywilów i jeńców wojennych to nie był porządek, jaki w jego rozumieniu Niemcy miały zaprowadzić w Europie.

Boeselager nie należał do bujających w chmurach marzycieli, nie snuł naiwnych planów aresztowania Hitlera. Chciał go po prostu zabić. Wspólnie z von Tresckowem opracowali plan ataku na konwój podczas wizyty wodza w Smoleńsku. Ostatecznie jednak od tego planu odstąpili, gdyż pojawił się projekt mniej ryzykowny w wykonaniu, a pewniejszy w skutkach. Von Boeselager nadal działał w konspiracji, brał udział w przygotowaniach do zamachu Stauffenberga; prawdopodobnie zostałby aresztowany, ale 27 sierpnia 1944 r. zginął w bitwie z oddziałami radzieckimi pod Łomżą.

BOMBOWA PRZESYŁKA

 


Hitler zgodnie z zapowiedzią przyleciał do Smoleńska 13 marca 1943 r. Od klęski pod Stalingradem jeszcze wzmocniono jego ochronę. Przestał występować publicznie, coraz rzadziej opuszczał swe przekształcone w fortece kwatery. Bezpośredni dostęp do niego mieli jedynie najbardziej zaufani współpracownicy, wszyscy inni – nie wyłączając feldmarszałków i ministrów – musieli przechodzić przez kilka posterunków wartowniczych, pozostawić w nich pasy i broń. Nawet podczas tajnych narad nie odstępowali go świetnie wyszkoleni i uzbrojeni ochroniarze z SS. Sam führer również nosił przy sobie rewolwer. Do minimum ograniczył przejazdy samochodem, wolał samolot, w którym chroniła go opancerzona kabina i fotel-katapulta. Po wylądowaniu maszynę natychmiast otaczał kordon esesmanów. Nikt bez ich zgody nie mógł przedostać się na pokład, sabotaż czy podłożenie ładunku wybuchowego wydawały się niemożliwe.

Porucznik Schlabrendorff znalazł jednak sposób na ominięcie zabezpieczeń.
– Jesteś pewien, że powinniśmy to zrobić?
– zapytał von Tresckow.
– Nie mam żadnych wątpliwości – odpowiedział adiutant.
– W takim razie zróbmy to.

Po odprawie i obiedzie von Tresckow poprosił wchodzącego w skład najbliższej świty Hitlera pułkownika Heinza Brandta o drobną przysługę. „Czy mógłby pan zabrać ze sobą przesyłkę dla mojego przyjaciela, pułkownika Stieffa? – zapytał i dla rozwiania wątpliwości dodał poufale. – To dwie butelki dobrego cointreau”. Przepisy zabraniały wnoszenia czegokolwiek na pokład samolotu, ale Brandt należał do osób życzliwych, szczególnie wobec wyższych oficerów.

W butelkach zamiast likieru znajdował się materiał wybuchowy o dużej sile rażenia (jak na ironię był to przechwycony przez Niemców brytyjski plastik pochodzący ze zrzutu dla partyzantów). Na lotnisku porucznik Schlabrendorff dyskretnie uruchomił zapalnik i w imieniu swego dowódcy przekazał pakunek Brandtowi. Chwilę później bomba znalazła się na pokładzie samolotu Hitlera. Mechanizm zegarowy miał zadziałać za trzydzieści minut.

Przez dwie godziny zamachowcy czekali w niesłychanym napięciu na komunikat o katastrofie. Zamiast tego nadeszła depesza informująca, że führer zgodnie z planem wylądował w Kętrzynie. Było oczywiste, że do eksplozji nie doszło. Ale bomba wciąż znajdowała się w niepowołanych rękach, co stanowiło śmiertelne zagrożenie dla nadawców przesyłki.

Schlabrendorff ze stoickim spokojem zatelefonował do Brandta i zapytał, czy już przekazał przesyłkę. Gdy usłyszał, że nie, poprosił, by tego nie robił, gdyż przez pomyłkę wręczył mu niewłaściwą paczk

„Jutro będę w Kętrzynie i naprawię błąd, proszę nie informować o nieporozumieniu mojego szefa” – zakończył, dziękując z góry za pomoc i dyskrecję.

Następnego dnia zjawił się z dwiema butelkami prawdziwego likieru. Brandt przyniósł paczkę i, nie zdając sobie sprawy z tego, co trzyma w rękach, kilka razy nią potrząsnął. Przerażony Schlabrendorff wiedział, że w każdej chwili może nastąpić wybuch, ale zachował kamienną twarz. Wymienił pakunki, jeszcze raz podziękował i ruszył w dalszą drogę, do Berlina. W stolicy Rzeszy na bombę czekał już następny zamachowiec.

SAMOBÓJCA W ARSENALE


Rudolf Christoph von Gersdorff był oficerem wywiadu wojskowego (Abwehry) i jednym z konspiratorów skupionych w sztabie Grupy Armii „Środek”. Po nieudanym zamachu na samolot von Tresckow zaprosił go na spacer. W pewnym momencie zapytał bez ogródek, czy zgodziłby się zabić Hitlera nawet za cenę własnego życia.

– Bez wahania.
– Więc nadarza się dobra okazja.

Jeszcze tego samego dnia von Gersdorff odleciał do Berlina. Działający w stolicy członkowie sprzysiężenia przekazali bowiem do Smoleńska wiadomość, że Hitler pojawi się na zorganizowanej w gmachu Arsenału wielkiej wystawie sprzętu zdobytego na Armii Czerwonej.

W tym czasie porucznik Schlabrendorff sprawdzał w zamkniętym przedziale pociągu, dlaczego bomba nie eksplodowała. Stwierdził jedynie, że nie zadziałał zapalnik. Związani ze spiskiem specjaliści od materiałów wybuchowych doszli potem do wniosku, że przyczyną była zbyt niska temperatura. Okazało się, że akurat podczas tego lotu doszło do awarii systemu ogrzewania i na pokładzie panował lodowaty chłód. Hans Gisevius z Abwehry skonstatował z cierpkim humorem, że „nad Hitlerem czuwał diabeł stróż”.

Korzystając z uprawnień oficera wywiadu oraz przedstawiciela walczącej na Wschodzie Grupy Armii „Środek”, von Gersdorff wszedł do Arsenału i dokonał wizji lokalnej. We wszystkich newralgicznych punktach stali wartownicy, nie było mowy o podłożeniu bomby pod trybunę czy podest. Pozostawała tylko jedna możliwość – zamach samobójczy. Podczas spotkania ze Schlabrendorffem ustalili, że posłuży się zapalnikiem czasowym z 10-minutowym opóźnieniem. Hitler miał przebywać na terenie wystawy pół godziny.

Przez całą noc von Gersdorff nie zmrużył oka. Rankiem udał się do Arsenału, kilogramowy ładunek ukrył w kieszeniach munduru. Kilka godzin później zjawili się Göring, Himmler, Keitel… Von Gersdorff uświadomił sobie, że w razie powodzenia akcji może za jednym zamachem zlikwidować całe nazistowskie kierownictwo. Musiał się jedynie znaleźć odpowiednio blisko Hitlera i jego świty.

W czasie oficjalnej części imprezy było to niemożliwe, gdyż dyktator przemawiał z trybuny otoczonej kordonem esesmanów. Po zakończeniu mowy miał jednak przejść do sal wystawowych. Zamachowiec czekał w pobliżu wejścia. Uruchomił zapalnik i… znów dał o sobie znać „diabeł stróż”. Hitler zatrzymał się tuż za progiem, powiódł nieobecnym wzrokiem po eksponatach, odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z sali.

„Mein Führer, to jest sztandar Napoleona, który wydobyliśmy z…” – Gersdorff próbował go powstrzymać, wskazując na najbardziej atrakcyjny eksponat, ale Hitler nawet nie obejrzał się za siebie. Rozdygotany zamachowiec dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że bomba zaraz wybuchnie. Pobiegł do toalety i w ostatnim momencie ją rozbroił. Do końca wojny nie został zdemaskowany. Po jej zakończeniu służył w Bundeswehrze, współtworzył charytatywną organizację związaną z Zakonem Joannitów, napisał pamiętniki, stanowiące nieocenione źródło wiedzy o antyhitlerowskiej konspiracji w Wehrmachcie. Życie zawdzięczał bohaterstwu Fabiana von Schlabrendorffa, który w lipcu 1944 r. znalazł się w katowniach gestapo, ale mimo tortur i zawału serca nie wydał nikogo. Gdy dowiedział się o samobójstwie gen. von Tresckowa, zmaltretowany przyznał, że słyszał o jego intrygach, lecz nie brał w nich udziału. Przed Sądem Ludowym oświadczył jednak, że zeznania wymuszono na nim torturami i że je odwołuje. Był tak przekonujący, że nie posłano go na szafot, lecz osadzono w obozie koncentracyjnym. Von Schlabrendorff przeżył marsz śmierci więźniów przepędzanych z Dachau do Austrii, po wojnie wrócił do zawodu prawnika, został sędzią Trybunału Konstytucyjnego RFN, zmarł w 1980 roku. Dziwnym zrządzeniem losu w tym samym roku zmarł również Rudolf von Gersdorff.

GRANAT NA POKAZIE MODY

 

Niezmordowany von Tresckow podjął – już we współpracy z konspiratorami w Berlinie i Clausem von Stauffenbergiem – jeszcze co najmniej dwie próby zlikwidowania Hitlera. Obie o charakterze misji samobójczych. Do wykonania pierwszej zgłosił się 23-letni porucznik Axel von dem Bussche, który przeżył wstrząs moralny i psychiczny, gdy przypadkowo znalazł się w miejscu masowej egzekucji Żydów z miasteczka Dubna na Ukrainie. Nigdy nie otrząsnął się z widoku rodzin z małymi dziećmi, starców, młodych dziewcząt stojących w długiej kolejce po śmierć, zmuszanych do rozebrania się, położenia na stosie martwych ciał i zabijanych strzałami w tył głowy. Poczucie honoru i obowiązku nie pozwoliło mu na dezercję, zdecydował się na bunt i wymierzenie sprawiedliwości człowiekowi odpowiedzialnemu za zbrodnie.Axel von dem Bussche był wysokim niebieskookim blondynem, wręcz wzorcowym „Aryjczykiem”. Spiskowcy postanowili wykorzystać te walory i podsunęli jego kandydaturę na modela podczas prezentacji nowych wzorów płaszczy wojskowych. Obserwatorem pokazu miał być Hitler.Opracowali prosty i w pełni wykonalny plan. W obszernych kieszeniach płaszcza zamierzali ukryć ładunek wybuchowy odpalany za pomocą zapalnika, który nigdy nie zawodził – zawleczki od granatu. Dla uzyskania absolutnej pewności, że zamach będzie skuteczny, von Bussche miał się rzucić na Hitlera i utrzymać go w uścisku przez 2–3 sekundy. Wszystko zostało przygotowane perfekcyjnie, niestety, „diabeł stróż”, czy jak wolą sceptycy – nadzwyczajny pech, znów zadziałał.16 grudnia 1943 r., na kilka dni przed pokazem, Brytyjczycy dokonali nalotu na Berlin i magazyn, w którym przechowywano nowe szynele, spłonął. Prezentacja nigdy się nie odbyła, von dem Bussche wrócił na front wschodni, został ciężko ranny i doczekał końca wojny w szpitalu. Towarzysze z konspiracji nie wydali go, po wojnie ukończył studia prawnicze, został dyplomatą, członkiem Konsystorza Kościoła ewangelickiego. Zmarł w roku 1993.Niepowodzeniem zakończyła się też próba samobójczego zamachu, podjęta przez kapitana Eberharda von Breitenbucha, adiutanta nowo mianowanego dowódcy Grupy Armii „Środek” feldmarszałka Ernsta Buscha. Obaj mieli wziąć udział w naradzie u Hitlera w jego rezydencji w Berchtesgaden.Breitenbuch szedł już w korowodzie oficerów, wkraczających do sali odpraw, gdy zatrzymał go wartownik. Okazało się, że Hitler w ostatniej chwili podjął decyzję, że tym razem marszałkom i generałom nie będą towarzyszyli adiutanci. Nie pomogły protesty jego szefa, musiał pozostać pod drzwiami. Mimo że nadal działał w konspiracji, uniknął aresztowania. W maju 1945 r. znalazł się w niewoli brytyjskiej, szybko odzyskał wolność, do emerytury pracował jako leśnik, zmarł – podobnie jak Gersdorff i Schlabrendorff – w roku 1980.Wobec fiaska tylu prób zamach zdecydował się w końcu przeprowadzić osobiście jeden z przywódców konspiracji – szef sztabu Armii Rezerwowej graf Claus Schenk von Stauffenberg. Tym razem bomba wybuchła, trzech uczestników narady w kwaterze głównej w Kętrzynie zginęło, siedmiu zostało ciężko rannych, ale główny cel doznał jedynie lekkich obrażeń. Nikomu nie udało się przechytrzyć chroniącego Hitlera „diabła stróża”. Zrobił to dopiero on sam, zabijając się własną ręką, z własnej broni.

Oddajcie nam ziemie!


Wnuk jednego ze spiskowców, zamieszanego w zamach von stauffenberga, usiłuje odzyskac majatek stracony przez rodzine po zamachu

Sąd administracyjny w Poczdamie odrzucił na początku grudnia pozew o zwrot rodzinnych posiadłości, złożony przez księcia Friedricha zu Solms Barutha IV. Naziści zmusili jego dziadka (również Friedricha) do przekazania ziemi państwu, gdy ten siedział w więzieniu gestapo na Prinz Albrechtstrasse w Berlinie. Trafił tam za udział w konspiracji, której celem był zamach na Hitlera – uczestniczył bowiem w dyskusjach spiskowców i oddał dwie posiadłości na miejsca spotkań. Naziści nie dysponowali wystarczającymi dowodami, aby skazać księcia na śmierć, i pozwolili mu wyjechać z kraju. Po wojnie rodzina zu Solms Baruth nie mogłą podjąć żadnych kroków prawnych, gdyż utracone ziemie znalazły się za żelazną kurtyną. W 2003 r. potomkowie uzyskali od państwa niemieckiego odszkodowanie za część gruntów. Obecny proces dotyczył reszty – ok. 7000 ha wartych mniej więcej 6 mln funtów. Tereny te są własnością landu Brandenburgia, gmin i przedsiębiorstw, m.in. Deutsche Telekom. Przeciwnicy argumentowali, że rodzina zu Solm Baruth straciła posiadłości w rezultacie najazdu Armii Czerwonej – a w takim wypadku rekompensata nie przysługuje. „Wyrok zaskakuje nas, zadziwia i bardzo nas rozczarowuje” – powiedział książę Friedrich. Jednocześnie zapowiedział, że skieruje sprawę do Trybunału Europejskiego.