Kiedy natomiast ja, jako rodzic, mogę powiedzieć: „Ciężko mi w relacji z X. Czasami nie daję sobie rady, widzę swoje ograniczenia, dostrzegam, że nie potrafię akceptować go w całości” i zostanę wysłuchana bez oceniania, jest to proces, w którym relacja zaczyna się leczyć. Może być oczywiście i tak, że to nie wystarczy, że będę potrzebowała pomocy profesjonalisty, np. psychologa czy psychoterapeuty.

Wracając do dzieci – co sprzyja temu, żeby dzieci czuły się na równi kochane? Czy chodzi o to, by dzielić wszystko po równo?

- Wydawałoby się, że to logiczny wniosek i dlatego wielu rodziców się na to decyduje. Jednak rozdzielanie po równo nie sprawdza się jako strategia. Wróćmy do tego, o co chodzi w rywalizacji, o czym ona świadczy. Jeśli nie chodzi wcale o naleśnik, ale o coś, co leży o wiele głębiej, to rozdzielenie naleśników po równo nic nam nie pomoże, bo nie dotykamy sedna sprawy. Tak samo jest z dozowaniem dzieciom czasu z rodzicami po równo. Załóżmy, że postanawiam: żeby moje dzieci czuły się równo kochane, to każde z nich ma wieczorem piętnaście minut sam na sam ze mną.

Może się zdarzyć tak, że jedno z nich ma ze mną do omówienia bardzo ważną dla siebie sprawę albo przeżywa jakieś napięcie i potrzebuje więcej czasu, a ja mówię mu „nie” i po 15 minutach idę do drugiego. Tymczasem drugie dziecko wcale mnie w tym momencie nie potrzebuje albo po dziesięciu minutach zasypia.... Taka zasada często się nie sprawdza. Dzieci nie chcą być traktowane równo, tylko według potrzeb. Kiedy czują się kochane, przestają się oglądać na to, czy wszystkiego mają po równo, czy jest sprawiedliwie – chodzi właśnie o to, żeby było wyjątkowo.

Rodzice jako przejaw rywalizacji traktują często codzienne spory między dziećmi. Mówią na przykład: „Moje dzieci mówią, że każde ma swoje zabawki i nie pozwalają ich nikomu dotykać. Tym- czasem młodszy brat czy siostra chcą się bawić zabawkami starszego, co zawsze kończy się awanturą. Co ja mam wtedy robić?”

- Zanim wybierzemy strategię, warto zastanowić się nad tym, dlaczego uważam, że to takie ważne. Jeśli jest tylko jedna zabawka i potrzebuję praktycznego rozwiązania tej sytuacji, na pewno nie pomoże mi myśl: „Co za egoista. W ogóle nie chce się dzielić. Nie interesuje go brat i jego emocje”. Zanim zareagujemy, warto najpierw zastanowić się, jaki jest nasz cel.

Rodzice czasem mają przekonanie, że dzieci powinny się dzielić...

- Tak, za tym stoi obawa, że jeżeli tego nie robią, to znaczy, że relacja między rodzeństwem jest słaba, a przecież chodzi nam o to, by tę relację wspierać, by ona się budowała. Zmuszanie do dzielenia się, niestety, nas od tego celu oddala. Nikt z nas nie lubi, gdy się na niego naciska. Dzieci podobnie jak dorośli, a w niektórych momentach może jeszcze w większym stopniu, mają silne poczucie własności. Odmawiając dzielenia się, komunikują światu: „To jest moje”, „Ja chcę o tym decydować, ja chcę tym rozporządzać”. To niesamowite, ile sytuacji rozwiązuje się, kiedy jedno dziecko po prostu poprosi o coś drugie.

To drugie czuje wtedy, że ma moc zadecydowania, i bardzo często się zgadza. Bardzo często chodzi tylko o to, by ktoś dostrzegł, że jakaś rzecz ma właściciela i że to właściciel nią rozporządza. Wiele sporów o zabawki bierze się więc z takiej nieumiejętności komunikacyjnej. Jedno dziecko podchodzi i zabiera, a drugie mówi: „Zostaw, to moje”. Czasami wystarczy im pomóc i zapytać w imieniu tego, które nie umie jeszcze tego zrobić, bo ma dopiero trzynaście miesięcy.

A co, jeśli odmówi?

- To rzeczywiście trudne, by nie traktować strategii „Zapytam o zgodę” jako stuprocentowo działającej recepty. Zdecydowanie warto uszanować decyzję odmowną. Ta odmowa czemuś służy. Może wynikać z pewnego momentu rozwojowego, w którym znajduje się dziecko. Są takie okresy, w których dzieciom bardzo zależy na tym, by decydować o swoich rzeczach – mają tak np. dwulatki.