Rozumiem, że wybór: samotność albo bycie z facetem, którego trzeba rozpieszczać, czasami jest trudny. Jak pan przekonałby kobiety do tego, żeby jednak nie nadskakiwały mężczyznom?

- Dla wielu kobiet jest to w miarę świadoma decyzja i nie ma co się do tego mieszać. Są zyski i koszty. Gorzej przeżywają taką sytuację kobiety, których decyzje wynikają z przekonania, że są bezwartościowe i muszą płacić swoją ofiarnością za obecność mężczyzny. W niektórych środowiskach lepiej mieć byle jakiego męża niż żadnego. W takie scenariusze rzeczywiście często wpisana jest zdrada, ale niekoniecznie. Kryzys może objawić się kompletnym wyczerpaniem, poczuciem wyssania lub regularną depresją. Albo atakami wściekłości, której nie da się już powstrzymać przymilnym zachowaniem. Takie mogą być koszty hodowania w domu trutnia.

Wymaganie od mężczyzny, żeby był mężczyzną, a nie chłopcem może czasem się udać – choć trudno uwierzyć, że to w ogóle możliwe, szczególnie gdy się miało ojca-chłopca i nie zna się innych wzorców. Niemniej wtedy zamiast wątpliwej satysfakcji, że ktoś mnie w ogóle chciał, może pojawić się satysfakcja innego rodzaju. Jeśli kobieta jest z kimś, mając świadomość, że nie płaci za to dbaniem o jego wygody, wtedy jego obecność (wierność) umacnia ją w poczuciu własnej wartości jako kobiety. To naprawdę bardzo przyjemne, kluczowe przeżycie. Niespecjalnie zależy od urody, inteligencji czy innych, w pocie czoła doskonalonych cech – o naszym samopoczuciu (mężczyzny lub kobiety) decyduje siła pragnienia ze strony przeciwnej płci. Nie wiesz, jaką jesteś kobietą, dopóki nie staniesz przed mężczyzną w pełnym świetle, bez zasłaniania się ofiarnością lub czymś podobnym. Działa to w obie strony. Oferując komuś z góry usługi matki (czy ojca), pozbawiamy siebie tej szansy.