Zagadnienie to nieco wyjaśniają badania znanego biologa Tima Clutton-Brocka, który wiele lat poświęcił surykatkom. Słyną one z tego, że żyjąc w grupie, mają ściśle podzielone role. Tylko jedna samica rodzi młode, wszystkie pozostałe są niańkami i pomagają w odchowaniu młodych. Dominująca surykatka wydaje kilka miotów w ciągu roku. Rolę „dyżurnej matki” odgrywa nawet przez 10 lat. W tym czasie pozostałe samice rozmnażają się sporadycznie. Zasobypokarmu są zbyt ograniczone, aby każda z nich mogła sobie pozwolić na rozród. Jest to przykład wyższości współpracy nad konkurencją. Ale dominującej matce nieustająco zagrażają inne samice. Aby utrzymać swoje panowanie, dominantka musi być duża i bardzo agresywna. Jednak zgodnie ze sprawdzoną zasadą kija i marchewki jej agresja, a także względy muszą być rozdawane „poddanym” rozsądnie. Najtrudniejsze życie mają najstarsze samice, które w razie bezkrólewia byłyby naturalnymi kandydatkami do roli matki. Spośród młodszych szykanowane są te najdorodniejsze. Jeśli ich status w stadzie zaczyna zagrażać dominantce, zmusza je do opuszczenia grupy. Współpraca przy opiece nad potomstwem, ale zarazem większa konkurencja między samicami niż między samcami, popchnęła ewolucję cech płciowych surykatek na nietypowe tory: samice są większe i bardziej agresywne od samców. Podobna struktura rozrodcza charakteryzuje watahę wilków, od których ewolucyjnie pochodzą psy. Tylko jedna, dominująca samica przystępuje do rozrodu. Żeby zdobyć pozycję przywódczyni stada, trzeba się z pewnością nieźle napracować, i można ją łatwo stracić, jeśli zawiedzie czujność wobec rywalek.

Dlaczego samica czasem staje się samcem?

Zamiana ról płciowych dotyczy kilkunastu gatunków ptaków i kilku gatunków ryb. Samica zachowuje się u nich jak samiec – podczas godów uwodzi partnera, konkuruje o niego z innymi samicami, jest kolorowo ubarwiona. Po złożeniu jaj opuszcza samca, który przejmuje obowiązki „tradycyjnie” należące do samicy – sam karmi i chroni przychówek. Matka w tym czasie szuka kolejnego partnera, któremu będzie mogła zostawić młode. Zdarza się, że samiec ma pod swoją opieką jaja kilku partnerek, z którymi kopulował. U niektórych gatunków zamiana ról skutkuje również większą agresją u samic. Jeśli samiec odrzuca zaloty kolejnej partnerki, potrafi ona zniszczyć wszystkie dotychczas złożone jaja w jego gnieździe. Dużo mniejszy samiec musi wówczas zgodzić się na związek z nową partnerką i zaopiekować się złożonymi przez nią jajami. Badania wyjaśniające to   zjawisko polegają na porównaniu gatunku o ojcowskiej opiece rodzicielskiej z blisko spokrewnionym gatunkiem o macierzyńskiej opiece. Widać wtedy różnice w ekologii obu gatunków, które prowadzić mogą do różnic w zachowaniach rodzicielskich. Ian Owens, ornitolog z Imperial College w Silwood Park, przeanalizował dotychczasowe badania i zwrócił uwagę na fakt, że jedyną cechą wspólną wszystkich „ojcowskich” gatunków jest małe zagęszczenie ich populacji w porównaniu z gatunkami „macierzyńskimi”. Owens interpretuje to w ten sposób: jeśli do opieki nad potomstwem wystarczy jedno z rodziców, to zarówno matce, jak i ojcu opłaca się opuścić rodzinę, żeby założyć nową. Po kopulacji musi jednak minąć jakiś czas, nim samica złoży jaja. Ten czas przesądza o tym, że zazwyczaj to ojciec odchodzi. Samica musi się więc zająć jajami, jeśli chce w danym sezonie rozrodczym odnieść sukces. Sytuacja wygląda inaczej, jeśli zagęszczenie gniazd jest bardzo małe. Wtedy bowiem samiec nic nie zyska, porzucając partnerkę – prawdopodobnie nie znajdzie żadnej innej samicy, która akurat będzie gotowa do zapłodnienia. W takim przypadku dużo większy sukces odniesie samica, odchodząc od partnera, ponieważ ma ona dużo większe szanse na znalezienie zdolnego do jej zapłodnienia samca. Kolejny lęg może mu zostawić lub sama się nim zaopiekować. Odkryto również, że samice przechowują nasienie pierwszego samca na wypadek, gdyby jednak nie spotkały gotowego do rozrodu partnera.

Dlaczego samców jest zawsze tyle samo, co samic?

Na zdrowy rozum samców każdego gatunku powinno być tylko tylu, ilu potrzeba do zapłodnienia wszystkich samic. Mimo to – nawet u takich gatunków jak lwy morskie, gdzie jeden samiec kontroluje harem składający się z kilku do kilkunastu samic – rodzi się tyle samo osobników płci męskiej i żeńskiej. Dla dobra gatunku – samic powinno być więcej niż samców. A jednak tak nie jest. I to nie dlatego, że dobór darwinowski zawiódł. Mechanizm sterujący tym zadziwiającym parytetem jest prosty. Trzeba tylko pomyśleć nie o tym, co gatunek robi dla swojego dobra, lecz co osobnik robi dla zwiększenia swojego sukcesu reprodukcyjnego. Płeć potomstwa nie wpływa, rzecz jasna, na jego liczebność. Ale jest już nie bez znaczenia dla liczebności wnuków. Jeden samiec może teoretycznie codziennie zapładniać jedną samicę. Jeśli jednak nie znajdzie żadnej, to nie będzie miał ani jednego wnuka. Tymczasem samica może dać wprawdzie tylko ograniczoną liczbę potomstwa, ale za to zawsze znajdzie partnera. Mechanizm rządzący proporcjami płci przypomina prawo popytu i podaży na wolnym rynku. Jeśli sąsiedzi mają więcej synów, wówczas warto mieć więcej córek. Jeśli jednak w populacji więcej jest samic, wtedy lepiej inwestować w synów. Opłaca się płodzić potomstwo tej płci, na którą jest większy popyt. A jeśli proporcje są wyrównane, wtedy trzeba grać dwoma pionkami – i córką, i synem – i liczyć, że choć jeden z pionków dojdzie do mety.