Reguła jest zabójczo prosta – gdzie pojawia się Homo sapiens, tam giną duże zwierzęta. 30 tys. lat temu, gdy do Australii dotarli Aborygeni, zniknęły lwy workowate, 2,5-metrowe kangury i cała masa innych dużych torbaczy. Przed 10–12 tys. lat, wraz z ekspansją Indian w Ameryce, wyginęły potężne mamuty, naziemne leniwce oraz tygrysy szablastozębne. Ok. 500 r. n.e., w momencie opanowania Madagaskaru przez ludzi, wymarły trzymetrowe ptaki słoniowe (epiornisy) oraz największe spośród rdzennych gatunków lemurów. Tysiąc lat temu, gdy Maorysi zasiedlili Nową Zelandię, zniknęły olbrzymie ptaki moa. Większość naukowców sądzi, że to pradawni łowcy, uzbrojeni w dzidy i łuki, wybili miejscowe olbrzymy. Ale nie brak i takich badaczy, którzy sądzą, że zbieżność w czasie wcale nie musi oznaczać zależności przyczynowo- skutkowej. Część z nich winą za wymieranie megafauny obarcza ocieplenie klimatu związane z końcem zlodowacenia. Są uczeni, którzy przyczyny doszukują się w epidemii lub upadku wielkiej komety. Nawet jeśli mają rację, to człowiek musiał swoją cegiełkę do tej hekatomby dołożyć. Bo, jak pokazują ostatnie dane, jego niszczący wpływ na gigantów trwa nadal.

Choćby właśnie przez połowy i polowania. Rybacy i wędkarze preferują duże okazy. Przeżywają te osobniki, które do rozrodu przystępują jako małe. Eksperyment, który to udowodnił, przeprowadzili Peter Brio i John Post. Badacze najpierw intensywnie odławiali ryby z wybranego jeziora. Wkrótce potem odkryli, że przetrwały głównie osobniki wolno rosnące. Inny ekolog, David Coltman z Univeristy of Alberta w Kanadzie, analizował wpływ, jaki wywierają myśliwi na dzikie owce kanadyjskie. Nietrudno się domyślić, że zabijane były głównie duże zwierzęta o imponujących rogach. Z tego powodu w ciągu 30 lat średnia długość rogów samców i ich waga wyraźnie się zmniejszyły.

Również owce rasy Soay, dziko żyjące na szkockiej wyspie Hirta, zaczęły się ostatnio kurczyć. Ich średnia waga – jak ogłosił w „Science” zespół Arpata Ozgula z Imperial College w Londynie – spada z prędkością 81 gramów na rok. Tym razem jednak winne nie jest lobby łowieckie, lecz zmiany klimatyczne. Coraz łagodniejsze zimy pozwalają bowiem przetrwać również małym osobnikom, które wcześniej ginęły z głodu i chłodu. W dodatku „cieplarniane” warunki sprzyjają młodym, a więc małym matkom, które zaczynają rodzić już po ukończeniu pierwszego roku życia. Z racji swych niedużych rozmiarów wydają na świat drobniejsze potomstwo niż starsze i bardziej doświadczone owce.

Kolejna grupa badaczy – kierowana przez Martina Daufresne z Leibniz-Institut für Meerewissenschaften w Kilonii – udowadnia na łamach „PNAS”, że globalne ocieplenie sprzyja drobnym, a szkodzi rosłym mieszkańcom wód. Z analiz wynika, że zarówno w rzekach Francji, jak i w Morzu Północnym zwiększyła się liczebność małych gatunków, a zmniejszyła dużych. Jednocześnie w wielu populacjach wodnych zwierząt wyraźnie zmieniła się struktura wiekowa – na korzyść osobników młodych, a zatem i jednocześnie niedużych. Zespół Daufresnego dowodzi także, że w rzekach Francji generalnie spadła średnia wielkość ryb poszczególnych gatunków. A na dodatek, wraz z rosnącą temperaturą, zmniejszyły się nawet średnie rozmiary planktonu roślinnego oraz bakterii! Kurczenie się organizmów zatacza więc coraz szersze kręgi. Jedyną grupą, co do której można mieć pewność, że nie poddaje się temu zjawisku, pozostają ludzie. Średnie rozmiary naszego gatunku rosną. Ciekawe, jak długo jeszcze?