Kto by się dał namówić na seks, pocieszną, bądź co bądź, formę gimnastyki, gdyby nie dawał on tyle beztroskiej satysfakcji? Albo kto straciłby połowę pensji na francuski ser, jeśli nie czułby perwersyjnego pociągu do tego śmierdzącego produktu?

„Przyjemność to sposób, w jaki ewolucja zachęca nas do podejmowania działań, bez których jako jednostki i gatunek nie dalibyśmy rady przetrwać” – wyjaśnia Jerzy Vetulani, profesor nauk przyrodniczych i neurobiolog. Dodaje, że musimy egzystować na pewnym poziomie hedonizmu, bo fizyczna rozkosz – oprócz pragnienia uniknięcia bólu i niebezpieczeństwa – to dla ludzi najsilniejsza siła napędowa. A skoro satysfakcję odczuwamy przez zmysły, są one nie tylko bramą do poznania świata, ale też rodzajem dopalacza – źródłem motywacji i wzmocnieniem woli.

Powąchaj rozmaryn

Dla Aleksandry Potrykus-Winczy najważniejszym zmysłem jest powonienie. Nie powinno to dziwić, skoro zawodowo zajmuje się zapachami – stoi na czele firmy Mood: Poland & Baltics, dostawcy usług w dziedzinie marketingu sensorycznego. „Nie zdajemy sobie sprawy z wpływu woni na nasze samopoczucie” – zauważa Potrykus-Wincza. „Jedne uspokajają i relaksują, inne pobudzają. To nasz nos w dużym stopniu decyduje o tym, kto się nam podoba, a kogo omijamy szerokim łukiem”. Brak bodźców węchowych może prowadzić do silnego stresu. Doświadczyli tego uczestnicy jednego z amerykańskich badań kosmicznych – gdy zamknięto ich w izolowanym, niemal bezwonnym środowisku, puszczały im nerwy. W wyniku tego eksperymentu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, w trosce o kondycję załogi, zaczęto rozpylać domowe zapachy: rosołu, ciasta, prania. „Zapachy zwykle odsyłają nas do przyjemnych przeżyć o silnym ładunku emocjonalnym. Pamięć węchowa jest trwalsza od muzycznej. Dlatego szybciej się uśmiechniemy, czując znajomy zapach niż słysząc starą piosenkę” – zaznacza Potrykus-Wincza.

Nie zgadza się z tymi naukowcami, którzy powonienie uważają za najmniej przydatny z ludzkich zmysłów. Jej zdaniem przeczą temu sukcesy takich branż jak aromaterapia i aroma-marketing. „Profesjonalnie dobrane kombinacje zapachów zachęcają klientów do przedłużenia pobytu w restauracji, zakupu określonych produktów, a nawet gier hazardowych” – argumentuje specjalistka. „Niektóre kompozycje aromatyczne pobudzają wyobraźnię, przez co znajdują zastosowanie w muzeach, teatrach i salach kinowych. Są też takie, które rozpyla się w klasach i salach wykładowych, bo poprawiają koncentrację”.

Związaną z zapachami wiedzę ekspertka wykorzystuje na co dzień. „Po kawę, rozmaryn i bazylię sięgam w chwili zmęczenia fizycznego. Po czekoladę i cytrusy, kiedy trudno mi się skupić. Mięta zapewnia mi energię, a jałowiec ułatwia zasypianie” – zdradza Potrykus-Wincza.

Posłuchaj czegoś nowego

Za pomocą odpowiedniej mieszanki zapachów i aromatów lubi się też rozpieszczać Ferid Lakhdar, wokalista, instrumentalista, kompozytor i producent muzyczny. Ale w dobre samo-poczucie wprowadzają go przede wszystkim dźwięki. „Regulują nastrój, łagodzą ból, a czasem dają mocniejszego kopa niż napój energetyczny” – zachwala artysta. Sam niemal codziennie doświadcza tego, o czym można przeczytać w psychologicznych i medycznych czasopismach: że właściwie dobrana muzyka pobudza produkcję endorfin, hormonów szczęścia. 

Co to znaczy właściwie dobrana muzyka? „Lubię tylko te piosenki, które znam” – mówił inżynier Mamoń z filmu „Rejs”. Wystarczą pierwsze takty często puszczanego w radiu utworu, by noga sama zaczęła podrygiwać. „Powód jest prosty: nasz mózg kocha powtarzalność. Ale miłe są mu też niespodzianki” – zapewnia Ferid Lakhdar. Choćby wtedy, gdy kupujemy płytę, nie wiedząc, czy przypadnie nam do gustu.

 

„Dla mnie wynika z tego jeden podstawowy wniosek: aby sprawić przyjemność odbiorcom, staram się w swoich melodiach łączyć sprawdzone motywy z czymś absolutnie nowym, oryginalnym” – ujawnia Lakhdar. Najważniejsze są według niego emocje zaklęte w dźwiękach. Zaznacza: w dźwiękach, nie w nutach. Bo jeden artysta zagra „Autobiografię” Perfectu i będziemy nieporuszeni, drugi weźmie do ręki gitarę i przeniesie nas w takie rejony ducha, o których nie śniło się nawet filozofom. „Kluczem do sukcesu w tym przypadku jest umiejętność prze-filtrowania oklepanego szlagieru przez własną wrażliwość” – uważa Ferid Lakhdar.

Głaszcz i przytulaj

W zmysłowe odurzenie połączone z uczuciem szczęścia może wprawić nas także czuły dotyk. Pożądany kontakt cielesny powoduje wydzielanie się tzw. hormonów głaskania, m.in. oksytocyny. Dowiedziono, że dzięki tej substancji cierpiące na nerwicę lub depresję kobiety szybciej wracają do równowagi psychicznej. U mężczyzn zmniejsza się ciśnienie tętnicze i stres. Z kolei dzieci, które nigdy nie są głaskane, wzrastają z wysokim poziomem agresji. Jak podkreśla fizjoterapeuta Maciej Zieliński, oksytocyna zapewnia nie tylko ukojenie i radość, ale też poczucie bliskości i przynależności. Nic dziwnego, że wiele osób uzależnia się od masażu. „Podczas moich zabiegów wielu pacjentów odpręża się i rozluźnia na tyle, że rezygnują z mechanizmów obronnych” – mówi specjalista. „Otwierają się, wyjawiają osobiste sprawy. Także ci, których zwykle trudno namówić do zwierzeń”.

Dużo do myślenia daje eksperyment ze szczurami – poddawane łagodnemu masażowi uspokajały się do tego stopnia, że można było je operować bez znieczulenia. Co do ludzi – według naukowców szczególnie miłe doznania towarzyszą nam, gdy jesteśmy głaskani około 40 razy na minutę. Przy tej częstotliwości zalewają nas takie ilości hormonów dobrego nastroju, że zapominamy o świecie. W takim rytmie instynktownie gładzimy dzieci i zwierzęta. 

„Podobno wystarczy od czasu do czasu przytulić partnera na sześć sekund, aby ocalić związek. Ale kto patrzy na zegarek, kiedy okazuje czułość?” – uśmiecha się Zieliński. Równie zaskakujące jest odkrycie, że więcej przyjemności z dotyku czerpią dawcy niż biorcy.

Uczestnicy pewnego eksperymentu albo masowali kogoś, albo sami byli poddani temu zabiegowi. Niższy poziom hormonów stresu – kortyzolu i adrenaliny – stwierdzano głównie u tych pierwszych. „Ludzie nie byliby zdolni do łączenia się w grupy i współpracy, gdyby ich naturalnej ostrożności nie równoważyło poczucie bezpieczeństwa będące efektem działania oksytocyny, która uwalnia się podczas dotyku” – nie ma wątpliwości Maciej Zieliński.

Ugotuj sobie makaron

Gwoli ścisłości: są tacy, którzy nie potrzebują fizycznego kontaktu, a nawet go nie cierpią. Natomiast chyba nikt nie pogardzi dobrym posiłkiem. „Spożywanie niektórych potraw – pisze Marco Rauland w książce „Eksplozja hormonów” – może w naszym mózgu wywołać podobne uczucia jak wygrana na loterii albo świeżo rozgorzała szczęśliwa miłość”. Jeśli chcemy szybko poprawić sobie nastrój, warto np. ugotować sobie makaron – zawiera sporą dawkę węglowodanów, które sprawiają, że nasze szare komórki produkują więcej neuroprzekaźnika zwanego serotoniną. Działa on jak najlepszy antydepresant.

Andrzej Polan, szef kuchni, doskonale zdaje sobie sprawę, że kulinarną frajdę zawdzięczamy związkom organicznym, takim jak aldehydy, laktony czy maślany, które docierają do naszych receptorów i są zamieniane na impulsy nerwowe przekazywane do mózgu. Nie wnika jednak w biochemię, by nie zniechęcać do degustacji. Woli mówić o feerii smaków, aromatów i barw, która każdemu jest w stanie poprawić humor. „Jedzenie to znacznie więcej niż zdobywanie energii i przyjmowanie substancji odżywczych. Otoczka estetyczna, sensualna, która towarzyszy tej czynności, jest nie mniej ważna niż substancje rozpieszczające kubki smakowe” – wskazuje Polan. O radości ucztowania decyduje według niego głównie to, kiedy, gdzie i z kim siadamy do stołu.

Popatrz na słoneczniki

Filozof Michel de Montaigne nazwał umiarkowanie przyprawą rozkoszy. Dzisiaj lubimy mówić, że mniej znaczy więcej. Jest jednak pewna rozkosz, która bez względu na intensywność, z jaką ją przeżywamy, nie zamienia się w swoje przeciwieństwo: monotonię, nudę, przesyt. To przyjemność obcowania z pięknem. Bez względu na to, czy chodzi o wspaniały krajobraz, designerski gadżet czy odkrywcze dzieło sztuki.

 

Ośrodkiem piękna jest usytuowana z przodu mózgu kora oczodołowo-przedczołowa. Pełni ona rolę surowego jurora, który ocenia to, co jest ładne, a co brzydkie, a następnie werdykt przesyła m.in. do układu emocjonalnego i centrum nagrody. W efekcie na dzieło yan Gogha czy Warhola nie patrzymy beznamiętnie, lecz z poczuciem głębokiej przyjemności i spełnienia.

„Lepiej byłoby powiedzieć, że niektórym poprawia się humor na widok puszek Campbella, uwiecznionych przez jednego z głównych przedstawicieli pop-artu, a innym – gdy podziwiają słoneczniki, które holenderski postimpresjonista malował podczas pobytu w Drenthe. Innymi słowy, piękne jest to, co się komu podoba” – uściśla Artur Kos, artysta fotografik, uznany twórca aktów. Ale z drugiej strony – zaznacza – trwałą radość związaną z przeżyciami estetycznymi daje tylko to, co nas porusza, wybija z obojętności, wprowadza w stan kontemplacji. Takiej mocy jego zdaniem nie ma jeleń na rykowisku wydrukowany w milionach egzemplarzy. „Widzę, co dla większości odwiedzających wystawy jest najważniejsze. Przychodzą i zaraz biegną do baru po drinka” – ubolewa mistrz fotografii. Bliższy jest mu ktoś taki jak Robert Z., budowlaniec, który w 2000 r. ukradł i ukrył na 10 lat w szafie „Plażę w Pourville”, jedyne dzieło Claude’a Moneta w Polsce. Wartego milion do-larów obrazu nigdy nie miał zamiaru sprzedać. Chciał tylko od czasu do czasu na niego popa-trzeć, aby poczuć upragniony dreszcz rozkoszy.

Czy to dowód na to, że piękno – inaczej niż inne miłe doznania – to bezcelowa przyjemność? Bynajmniej. Satysfakcja estetyczna rodzi się w korze oczodołowo-przedczołowej, powiązanej z wyższymi funkcjami intelektualnymi. To oznacza, że im częściej mamy kontakt z intrygującym pejzażem, martwą naturą czy portretem, tym sprawniej myślimy i więcej zapamiętujemy. To zaś daje jednostkom i całemu gatunkowi większe szanse na przetrwanie i dobre życie.


Jak rozpieszczać się z głową

DOGADZAJ SOBIE MAŁO, ALE Z FANTAZJĄ

Trzy porcje tortu z bitą śmietaną nie sprawią ci więcej przyjemności niż jedna. Z tego wynika rada, żebyś – po pierwsze – dawkował sobie rozkosz, a po drugie – próbował co rusz czegoś innego: gdy jesteś przesłodzony, zamiast do kolejnej cukierni idź na masaż, siłownię lub do kina. Wyższa szkoła jazdy to chwilowe odmówienie sobie miłych doznań. Dobrze, gdy czasy beztroskich uciech przeplatają się z okresami wyrzeczeń, bo szczęście to doświadczenie kontrastu.

PRZEDKŁADAJ JAKOŚĆ NAD ILOŚĆ

Angielski pisarz C.S. Lewis uważał, że „obżarstwo delikatesowe” może być gorsze od „obżarstwa nadmiaru”. Chyba jednak lepiej wybierać i przebierać w przyjemnościach, niż bez skrępowania rzucać się na każdy smakołyk, trunek czy obiekt seksualny. Ilość rzadko przechodzi w jakość. Żarłok, pijak i erotoman zadowolenia już nie czują.

ZMĘCZ SIĘ TROCHĘ

Paradoksalnie warunkiem doznawania przyjemności jest wysiłek, przekroczenie swojej strefy komfortu. Łatwość, z jaką osiąga się satysfakcję, obniża jej wartość. Prof. Antoni Kępiński miał rację: „Większą radość daje zdobycie szczytu górskiego po kilkugodzinnej intensywnej wspinaczce niż po kilkuminutowej jeździe kolejką linową”.

KUPUJ PRZEŻYCIA, A NIE PRZEDMIOTY

Najnowszy model iPhone’a przestanie być atrakcją już dwa dni po jego zakupie. Co innego egzotyczna wycieczka – nawet po latach możesz wspominać ją z przyjemnością.

 

DZIEL SIĘ SWOJĄ RADOŚCIĄ

Według badań najwięcej zadowolenia dają czynności społeczne: uprawianie seksu, granie w kapeli rockowej, udział w rodzinnej biesiadzie. Bardziej będzie ci smakował skromny posiłek w dobrym towarzystwie niż wykwintne danie spożywane w samotności.

BĄDŹ SOBĄ

Nieważne, co uprawiasz: jogę, paralotniarstwo czy słodkie nicnierobienie. Ważne, aby wypływało to z ciebie, twoich potrzeb i upodobań. Co za przyjemność skakać z wieżowca na bungee tylko dlatego, że tak robią wszyscy twoi znajomi? Jeśli od sportów ekstremalnych wolisz dobrą książkę, zajmij się czytaniem.

LEPIEJ, ŻEBYŚ GONIŁ KRÓLICZKA, NIŻ GO ZŁAPAŁ

Już pewnie jako dziecko stwierdziłeś, że prezent najbardziej cieszy do momentu wyjęcia go z kolorowej paczki. Jest liczna grupa neurobiologów, którzy układ nagrody w mózgu, odpowiedzialny za powstawanie przyjemnych doznań, nazywają układem oczekiwania. Jak podkreślają, odpowiednie neurony reagują nie tyle na miły bodziec, ile na jego przedsmak. Potwierdzeniem może być doświadczenie z karmieniem małp. Swoista „dźwignia przyjemności” w głowach zwierzaków podnosi się w momencie, gdy sygnalizuje się im (choćby przez zapalenie lampki) szybkie dostarczenie pokarmu. Gdy kilka minut później dostają jabłko, pobudzenie w komórkach nerwowych opada.

PRAKTYKUJ WDZIĘCZNOŚĆ

Jeśli nic nie sprawia ci frajdy, zastanów się, czy umiesz docenić to, co daje ci los. Może zwyczajnie nie widzisz, ile masz powodów do zadowolenia. Rozwiązaniem może być wieczorne rozmyślanie o trzech dobrych rzeczach, które spotkały cię w ciągu dnia. To jedna z nielicznych metod na poprawę nastroju, które zostały potwierdzone naukowo.