Panie, złaź pan, daj pan spokój, w tej jesionce pan będziesz skakał? – strażnik na wieży Eiffla, który nie potrzebował empirycznych dowodów na istnienie prawa ciążenia, zdaje się powstrzymywać ubranego dziwnie – nawet jak na Paryż – mężczyznę. 33-latek z sumiastym wąsem, wyglądający jakby zaplątał się w namiot, nawet nie odpowiada. Stoi na krześle przy balustradzie, patrzy w dół. Tam w dole czekają ludzie. Czekają, jak my cztery lata temu na skok ze stratosfery innego Austriaka Felixa Baumgartnera. Franz robi krok. Mały krok dla niego, wielki krok dla ludzkości. Leci. Nie jak ptak, nie jak Felix. Jak kamień, jak torpeda. Wbija się w zamarzniętą ziemię Pól Marsowych. Ginie na miejscu.

 

MNIE INSPIRUJĄ NIETOPERZE

4 lutego 1912 roku Franz Reichelt miał zamiar przejść do historii w zupełnie inny sposób. Miesiącami doskonalił swój lekki spadochron, który – jak sądził – zrewolucjonizuje lotnictwo i da ludzkości coś, na co czeka od czasów mitycznego Ikara. Jego wyobraźnię rozpalił konkurs ogłoszony rok wcześniej jesienią przez francuski Aeroklub, który zaoferował 10 tysięcy franków nagrody dla konstruktora spadochronu ratowniczego (takiego, który umożliwiłby załodze aeroplanu bezpieczne lądowanie w przypadku awarii maszyny), mieszczącego się w kabinie samolotu i ważącego nie więcej niż 25 kg. Reichelt, który już wcześniej eksperymentował ze spadochronem, czuł, że jest blisko wygranej i jeszcze bliżej sławy. Od dawna wiedział, że do panteonu wynalazców nie wprowadzi go żaden z damskich kostiumów, które szył, nawet żaden z tych najlepiej skrojonych, którymi zachwycały się paryżanki i austriackie turystki chętnie odwiedzające francuską metropolię. Powtarzał sobie, że marnuje się w haute couture, a jego krawieckie oko, precyzja i wyobraźnia sięgają dalej niż koniec nogawki pantalonów. Dlatego tylko on mógł wymyślić latający płaszcz. Techniczną doskonałość. Mniej więcej od końca 1911 roku Reichelt walczył o pozwolenie na zaprezentowanie swojego wynalazku tam, gdzie zwrócona jest uwaga całego Paryża. Na wieży Eiffla.

Reichelt urodził się w 1878 roku w Wegstädtl, dzisiejszym czeskim Štěti, wtedy części monarchii austro-węgierskiej. Zanim jako 21-latek trafił do Paryża, przyuczał się do zawodu w Wiedniu. We Francji spodobało mu się tak bardzo, że w 1907 roku otworzył warsztat krawiecki i butik przy Avenue de Opera, a dwa lata później przyjął francuskie obywatelstwo i zmienił imię na François. Mierząc, krojąc i fastrygując, uważnie obserwował świat, pasjonował się doniesieniami na temat rozwoju awiacji. Przed końcem 1910 roku Franz vel François skonstruował prototyp swojej późniejszej fruwającej kapoty – wykonał ją z płótna i kilku gumek, którymi przymocował teoretyczną czaszę spadochronu do rąk, nóg i tułowia. Gdyby dwa lata później jakimś cudem udało mu się bezpiecznie wylądować, anglojęzyczna prasa pewnie nazwałaby go „batmanem” – inspirowała go bowiem budowa ciała nietoperzy.

Reichelt testował i udoskonalał swój wynalazek. Używał krawieckich manekinów – zamiast żakietów jak do tej pory, zaczął zakładać na nie swoją „nietoperzową” instalację, po czym zrzucał je z piątego piętra kamienicy. Jak donosił opisujący jego poczynania dziennik „Le Petit Journal”, wyniki eksperymentów były ponoć obiecujące: manekiny w miarę swobodnie opadały na chodnik. Znacznie trudniejsze okazało się opracowanie wersji spadochronu, którego rozmiary i waga umożliwiałyby zabranie go na pokład aeroplanu.

 

JAK SKAKAĆ, TO Z WYSOKOŚCI

Kilka dni po śmierci Reichelta dziennikarze „Le Matin” ustalili, że jeszcze w 1911 roku przedstawił swój spadochron jednej z lotniczych organizacji La Ligue Aérienne. Złożony wyglądał jak kombinezon – jego główna część znajdowała się w czymś na kształt plecaka. Po rozwinięciu oraz rozpostarciu rąk i nóg materiał opleciony linkami wokół całego ciała miał wytworzyć opór powietrza, zapewniając bezpieczne lądowanie. Brzmi dość kuriozalnie, ale mniej więcej tak wyobrażał to sobie wynalazca. W La Ligue Aérienne usłyszał, że jego dzieło nie nadaje się nawet do testów i Franz vel François powinien wrócić do szycia spódnic i garsonek, zanim zrobi sobie krzywdę.

Być może by wrócił. Ale w listopadzie 1911 roku usłyszał o konkursie francuskiego aeroklubu. A przecież ciągle wierzył, że tylko poprawki dzielą go od finalnego sukcesu. Po pierwsze więc użył znacznie lżejszej i cieńszej tkaniny (jego pierwszy model ważył ponad 70 kg). Po drugie niemal podwoił jej powierzchnię – do ok. 12 m kw. (w ostatecznej wersji – jak pisała prasa – Reichelt zużył jeszcze więcej, bo aż 30 m kw. materiału). Po trzecie przemodelował całość konstrukcji. Nad głową zwiększył powierzchnię nośną, mocując materiał na stelażu sięgającym pleców. Jak utrzymywał dziennik „L’Ouest-Éclair”, Reichelt pod koniec 1911 roku wy-konał parę próbnych skoków z wysokości ok. 8–10 metrów. Przed poważniejszą kontuzją wcale nie uchronił go jego płaszczo-spadochron, lecz kopa siana, na której pokracznie lądował.

Trudno doprawdy zrozumieć, dlaczego kolejne, niegroźne jeszcze wtedy niepowodzenia, nie były w stanie zawrócić go z prostej i krótkiej drogi ku zmarzlinie Pól Marsowych. Austriak wmówił sobie, że to nie jego wadliwy projekt jest problemem, lecz… zbyt mała wysokość, z której prze-prowadzał dotychczasowe doświadczenia. Twierdził, że tylko skok z większej wysokości będzie w stanie właściwie zademonstrować efektywność fruwającego kombinezonu. W pierwszych dniach lutego 1912 roku poinformował francuską prasę, że po kilkutygodniowych staraniach otrzymał wreszcie od paryskiej prefektury policji oficjalną zgodę na eksperyment z pierwszego tarasu wieży Eiffla, czyli z pułapu bliskiego 58 m. Zapowiedział, że w niedzielę, 4 lutego, „zaskoczy świat swoim skokiem”.

PRZEJDŹ DO HISTORII ALBO ZGIŃ, PRÓBUJĄC

Czyli inni konstruktorzy zabici przez własne wynalazki:

  • Otto Lilienthal

Niemiecki pionier lotnictwa – uważany za pierwszego człowieka, który wzbił się w powietrze przy użyciu szybowca własnej konstrukcji. To właśnie jego pomysły zostały wykorzystane i rozwinięte przez braci Wright. Podczas lotu 9 sierpnia 1896 roku Lilienthal wpadł w komin termiczny i runął na ziemię z około 15 metrów, doznając szeregu obrażeń, w tym złamania kręgosłupa. Zmarł dzień później. Przed śmiercią miał powiedzieć: „pewne niewielkie poświęcenia należy ponieść”.

  • Wan Hu

Legendarnemu chińskiemu urzędnikowi i wynalazcy żyjącemu na przełomie XV i XVI wieku przypisuje się próbę skonstru-owania wehikułu o… napędzie rakietowym. Do krzesła, na którym siedział, przymocowano 47 rakiet wypełnionych prochem oraz dwa latawce. Nietrudno się domyślić, że Wan Hu najpewniej zginął podczas eksplozji towarzyszącej odpalaniu swojego niecodziennego pojazdu latającego. Według przekazów Chińczyk wyobrażał sobie, że wyruszy nim w kosmos. Niezależnie od tego, czy cała historia jest tylko ludowym podaniem, czy zdarzyła się faktycznie, imieniem Wan Hu naprawdę nazwano jeden z kraterów na Księżycu.

  • Walerian Abakowski

Radziecki konstruktor pochodzący z Łotwy w 1921 roku stworzył aerowagon – dziwaczny pojazd szynowy napędzany samolotowym silnikiem śmigłowym. 24 lipca 1921 roku Abakowski ruszył w pierwszy testowy kurs z Moskwy do oddalonej o prawie 200 kilometrów Tuły... i razem z piątką pasażerów dotarł do celu. Pojazd wykoleił się z dużą prędkością w drodze powrotnej, zabijając wszystkich na pokładzie, łącznie z zaledwie 25-letnim wynalazcą.

  • Horace Lawson Hunley

Amerykański konstruktor z czasów wojny secesyjnej stworzył dla konfederatów jedną z pierw-szych łodzi podwodnych – napędzaną siłą ludzkich rąk. Choć okręt miał problemy z wypoziomowaniem podczas zanurzenia, a jego konstrukcja – sporo innych wad, 15 października 1863 roku Hunley wraz z załogą samowolnie ruszył nim w rejs szkoleniowy. Poszedł na dno wraz z ośmioma osobami.

  • Thomas Midgley

Amerykański samorodny geniusz: opatentował ponad sto wynalazków, a przede wszystkim – odkrył freon w 1930 roku, gdy pracował dla General Motors. Gdy 10 lat później do łóżka przykuła go postępująca choroba Heinego-Medina, skonstruował mechanizm, który pomagał mu w siadaniu. 2 listopada 1944 roku udusił się po zaplątaniu w linki swojego nowatorskiego wynalazku. 

 

ŚMIERĆ BEZ MACHLOJEK

To, co zdarzyło się później, dziś możemy wszyscy zobaczyć na własne oczy, bo zarówno na górze, jak i na dole Reicheltowi towarzyszyły kamery dziennikarzy zaproszonych, by udokumentować wiekopomny wyczyn latającego Austriaka. W pierwszym ujęciu pręży się i obraca przed obiektywem w złożonym kombinezonie jeszcze przed wjazdem na wieżę. W drugim jest już na tarasie – stoi przy balustradzie, ignoruje strażnika, który ostatni raz próbuje przemówić mu do rozsądku, a wcześniej, czego nie widać na filmie, nie chciał w ogóle wpuścić go na górę. Jest godzina 8.22, mróz ściska, każdy oddech zostawia w powietrzu smugę pary. Reichelt wypuszcza kawałek papieru, by sprawdzić siłę oraz kierunek wiatru. A potem czeka. Mija 10, 15, 30 sekund. Reichelt pozdrawia tłum na dole i mówi: „À bientôt”. „Do zobaczenia”. Po 25 kolejnych sekundach wychodzi za balustradę. Trzecie ujęcie, już spod wieży: Franz nie opada, pruje w dół jak strzała, a jego płaszczo-spadochron przez całe dwie sekundy powiewa niczym peleryna Clarka Kenta. Ziemia. Eksperyment nieudany. Widzowie wraz z policją zabierają zwłoki. Potem ktoś mierzy, jaki krater wyżłobił bezwładny upadek Reichelta. Dziura ma 15 cm głębokości. Paryż jest w szoku.

To, co zdarzyło się później, do dziś stanowi ciekawe studium medialnych widowisk oraz przedstawiania bohaterów jednego dnia w erze, która dysponowała jeszcze skromnym arsenałem narzędzi do upowszechniania i badania takich zjawisk. 5 lutego 1912 roku o śmierci latającego, czy raczej pikującego krawca, w szczegółach rozpisywały się chyba wszystkie francuskie gazety. Większość ich przedstawicieli oglądała śmierć Reichelta na własne oczy – może Franzowi nie udał się wynalazek, ale za to zdobył zainteresowanie mediów. „Le Figaro” donosił w nieco podkoloryzowanej narracji: „Skok był straszliwy, brutalny. Ciało spadło, odbiło się od ziemi i znowu upadło. Pobiegliśmy na ratunek. Czoło we krwi, oczy wytrzeszczone z przerażenia, nogi, ręce – połamane. Franz Reichelt nie dawał żadnych oznak życia. Ktoś pochylił się, by sprawdzić, czy bije serce… Śmiałek wynalazca zmarł, a jego ciało, chyba do szpitala, wywiozło taxi”. 

Gdy opadły emocje po wydarzeniu, które nazwano „expérience tragique” (tragiczny eksperyment), media zaczęły przytomnie zastana-wiać się, na jakiej podstawie Reicheltowi udzielono na niego zgody. Dziennik „Le Temps” oskarżył paryską policję, że ta pochopnie dała Austriakowi zezwolenie na popełnienie „najbardziej przerażającego samobójstwa w dziejach miasta”, w dodatku na oczach widzów. Samobójczy motyw podejrzewały też inne gazety, tym bardziej że – jak poinformował „Le Presse” – dzień przed skokiem Reichelt zameldował się u notariusza i spisał testament. „Le Matin” oraz „La Croix” pisały o nieroztropności, a nawet bezmyślności krawca, przypominano też jego wypowiedzi sprzed 4 lutego. Na pytanie dziennikarza z „Le Petit Journal”, czy Franz zabezpieczy się przed wypadkiem, na przykład liną, ten odpowiadał: „Pragnę wykonać to do-świadczenie po swojemu i bez machlojek. Tylko tak udowodnię wartość mojego wynalazku”.

Fala krytyki wobec policji, po części obwinianej za śmierć latającego Austriaka, narastała tak szybko, że jeszcze tego samego dnia paryska prefektura musiała wydać szczegółowe oświadczenie. Jej szef Louis Lépine, który przychylił się do wniosku Reichelta o eksperyment na wieży Eiffla, z całą stanowczością podkreślił, że owszem, zgody udzielił, ale na doświadczenie z udziałem manekinów. „Pod żadnym pozorem zezwolenia by nie było, gdybyśmy wiedzieli, że Reichelt zamierza skakać sam” – tłumaczył cytowany przez „Le Croix”. Z drugiej strony jednak żaden z przedstawicieli policji nie upilnował Franza i nie upewnił się, czy faktycznie posyła na Pola Marsowe fantoma.

 

TO REICHELT CZY STALIN?

W dalszej części dziennikarskich dochodzeń odkryto też szereg innych zaskakujących wydarzeń z życiorysu nieszczęśliwego wynalazcy. Oprócz opisu nieudanych skoków z mniejszych wysokości, przepytywani przez reporterów przyjaciele Reichelta zdradzili np., że Austriak wcześniej kilka razy bezskutecznie aplikował o lot z wieży Eiffla. Znajomi towarzyszący mu przed śmiercią utrzymywali też, że już na tarasie odwodzili go od szalonego pomysłu, wskazując np. na silny wiatr: „Był jednak nieprzejednany i całkowicie pewien, że jego aparat zadziała”. W ujawnionym testamencie Franz zapisał swój majątek przyjaciółce Luise Schillmann. Zastrzegł też, że jeśli eksperyment się nie uda, ale w przyszłości jego wynalazek zostanie wykorzystany np. w lotnictwie, madame Schillmann ma otrzymać roczny  dochód z tego tytułu sięgający połowy zysków z produkcji płaszczo-spadochronu.

Pani Luise nie dostała oczywiście ani franka, nawet jeśli replikę latającego kostiumu ktoś kiedykolwiek później wykorzystał na balu przebierańców. Co ciekawe, niewiele ponad miesiąc po śmierci Reichelta francuski urząd patentowy zarejestrował pierwszy model spadochronu plecakowego stworzonego przez Rosjanina Gleba Kotielnikowa. Wiele elementów tej konstrukcji stosowanych jest w produkcji współczesnych spadochronów. Wbrew swojemu przekonaniu i nadziei, brawurowy Austriak nie zapisał się ani w historii awiacji, ani w dziejach innych gałęzi techniki. Jego osobliwa sława szybko uleciała, dziś Reichelt pozostaje zapomnianą postacią. Franz zyskał jednak krótkie drugie życie w Stanach Zjednoczonych, do których jeszcze w 1912 roku prędko dotarły wieści o jego absurdalnej śmierci. W latach 30. na moment przypomniały sobie o nim środowiska amerykańskich artystów, dla których stanowił przykład romantycznego pragnienia wolności i dążenia do urzeczywistnienia marzeń. Reichelt stał się bohaterem słynnego muralu autorstwa Augusta Henkela namalowanego na terenie lotniska Floyd Bennett Field w Nowym Jorku. Tak przynajmniej utrzymywał sam artysta, oskarżany o to, że podobizna Reichelta niebezpiecznie przypomina twarz… Józefa Stalina.

Wybuchł skandal. Magazyn „Time” zarzucił Henkelowi, że „nieładnie bawi się w Diego Riverę”, który siedem lat wcześniej na zlecenie Rockefellerów stworzył mural z Leninem. Dzieło zostało zniszczone i taki sam los spotkał malowidło z Reicheltem. Dodajmy, że Henkel zestawił go z takimi herosami lotnictwa jak Charles Lindbergh i Amelia Earhart.

 

SZLABAN ZDJĘTY DLA BONDA

Dziś – przewrotnie – Reichelta można zestawić ze współczesnym innym śmiałym Austriakiem, skaczącym ze stratosfery Felixem Baumgartnerem – jako rodzaj jego tragicznego pierwowzoru (nawiasem mówiąc, niedawno rekord tego ostatniego został pobity przez wiceprezesa firmy Google Alana Eustace’a, który skoczył ze spadochronem z wysokości 42 kilometrów, podczas gdy Baumgartner rozpoczął swój lot ku ziemi na wysokości 39 kilometrów). Ktoś mógłby powiedzieć też, że krawiec zapisał się w historii mediów również jako pierwszy człowiek, który zrobił przed kamerą coś wyjątkowo lekkomyślnego lub idiotycznego. Prawie sto lat przed telewizyjną serią „Jackass”. Dodajmy, że Franz Reichelt dziś byłby pewnie na ustach wszystkich internautów jako laureat tzw. Nagrody Darwina przyznawanej ludziom, którzy zginęli w wyniku własnej głupoty.

I jeszcze jedno: Reichelt, a właściwie jego skok, doprowadził do tego, że władze Paryża wraz z policją zakazały jakichkolwiek skoków, lotów i eksperymentów z wieży Eiff-la. Szlaban zdjęto ponad 70 lat po nieszczęśliwym doświadczeniu Franza z fruwającym kombinezonem: w 1985 roku z paryskiej budowli za oficjalnym pozwoleniem skoczył kaskader biorący udział w zdjęciach do filmu „Zabójczy widok” (A view to a kill) z Jamesem Bondem. Lądował pomyślnie.