Przez siedem lat Sudhir Venkatesh prowadził podwójne życie. Na co dzień pracował jako socjolog na uniwersytecie w Chicago, po powrocie do mieszkania w najgorszej części miasta spędzał czas wśród gangsterów, dealerów i prostytutek. Niemal 90 proc. mieszkańców przepełnionego osiedla Robert Taylor Homes żyło z zasiłków, duża część – z nielegalnych interesów. Policja bała się zapuszczać w to miejsce. Na interwencje nie reagowała. Porządku pilnowały gangi. Przywódca największego z nich Black Kings (Venkatesh nazwał go J.T.) stał się przewodnikiem socjologa po tym mrocznym rewirze. I złożył mu propozycję życia, jakiej nie dostał nigdy żaden naukowiec. Przez jeden dzień mógł pokierować jego gangiem.

Socjologowie od prawie 90 lat próbują się dowiedzieć, skąd się bierze zorganizowana przestępczość. Jak duże są gangi i jak stabilne, jakie mają rytuały i sposoby identyfikacji, czy częściej ze sobą rywalizują, czy współpracują, na co przeznaczają pieniądze i wobec kogo używają przemocy? Taką wiedzą dysponuje czasem policja, ale niechętnie dzieli się nią z naukowcami, obawiając się „spalenia” swoich informatorów i działających „pod przykrywką” funkcjonariuszy. Badacze sami musieli wniknąć w środowiska przestępców.

NIEZNANY ŚWIAT ZBRODNI


Pierwszy duży projekt badawczy w historii socjologii prawa przeprowadzili w 1920 roku Roscoe Pound i Felix Frankfurter. Przyjrzeli się doniesieniom o przestępstwach w Cleveland, zamieszczanym w gazetach miejskich w styczniu 1919 roku. Stwierdzili, że w drugiej połowie miesiąca gazety poświęciły informacjom o przestępstwach aż siedem razy więcej miejsca niż w pierwszej, chociaż ich liczba wzrosła w tym czasie minimalnie – z 345 do 363. Stworzone przez prasę przekonanie o narastającej fali zbrodni miało niestety realne skutki. Opinia publiczna i lokalni politycy żądali natychmiastowej odpowiedzi na „epidemię zbrodni”. Konsekwencją był wzrost brutalności policji, rosnąca liczba błędów sądowych i surowsze wyroki. W odpowiedzi świat przestępczy zwarł szeregi – luźno funkcjonujące grupy przestępcze zaczęły zmieniać się w zorganizowane gangi. Pochopnie zaaplikowane lekarstwo okazało się gorsze niż sama choroba.

Sudhir Venkatesh wszedł w przestępczy świat Chicago, by poznać rządzące nim prawa. Na temat swojej pracy doktorskiej wybrał szczegółowe studium gangu kokainowego Black Kings oraz osobowości jego przywódcy J.T. Szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego młodzi ludzie wybrali tak ryzykowną drogę życia, jak inwestowali i wydawali zarobione pieniądze, jakie były ich relacje z mieszkańcami osiedla?

Pewnego dnia Venkatesh wybrał się na objazd terytorium gangu z bossem jego sportowym Mitsubishi 3000 GT. Był luty, dealerzy z Black Kings kryli się przed zimnem w sklepach i barach. J.T. rozmawiał z każdym z nich, motywował do pracy. Socjologowi codzienne życie gangu wydało się proste – jego członkowie spędzali czas, stojąc na ulicy, grając w kości, koszykówkę lub podrywając kobiety. „Nie rozumiem, co trudnego jest w twojej pracy. Jesteś poważnie przepłacany” – stwierdził Venkatesh, gdy skończyli objazd rewirów Black Kings.

„Teraz nie ma wojny, żadnych walk. Nie trzeba nawet dotykać broni. Ale skoro uważasz, że kierowanie gangiem to pestka, zostań jego szefem na jeden dzień” – zaproponował J.T.

PODZIEMNA KORPORACJA


Amerykański ekonomista Steven Levitt w swojej książce „Freakonomia. Świat od podszewki” napisanej na podstawie rozmów z przestępcami przeanalizował korupcję, oszustwa i handel narkotykami w ten sam sposób jak inne zjawiska ekonomiczne. Okazało się, że podziemny świat łudząco przypomina swój legalny odpowiednik. Szefowie gangów stosują podobne techniki zarządzania jak prezesi firm i korporacji. Inwestują w swoich ludzi, prowadzą działalność charytatywną. Pomagają finansowo rodzinom i krewnym. I podobnie jak biznesmeni dbają o swój wizerunek poprzez odpowiedni ubiór, sposób bycia, mówienia czy stan posiadania.

Pierwszy dzień pracy Sudhira Venkatesha jako szefa gangu nie różnił się od dnia menedżera, który rozpoczyna pracę w nowej korporacji. Najpierw poznał zarząd grupy przestępczej – skarbnika, szefa ochrony i „dyrektorów”, zarządzających sześcioosobowymi grupami dealerów. Członkowie zarządu jako jedyni mieli pensje – pozostali „pracownicy”, najczęściej 15-latkowie, żyli z prowizji od sprzedanych narkotyków. I to oni głównie ryzykowali – postrzał ze strony konkurencyjnego gangu, pobicie lub aresztowanie. Dlatego rolą szefa Black Kings było motywowanie młodych ludzi. Nie tylko codziennymi rozmowami, ale też pilnowaniem, by sami nie sięgali po narkotyki, pomocą w ukończeniu szkoły średniej czy organizowaniem rozrywki. Gang sporą część zarobionych pieniędzy przekazywał lokalnym centrom młodzieżowym na sprzęt sportowy i komputery, by także jego członkowie mieli możliwość ciekawego spędzania czasu.

 

Naukowiec na skuterze rozpracował kamorrę

Roberto Saviano, autor książki „Gomorra”, opisującej nielegalne interesy i zbrodnie neapolitańskiej mafii – kamorr y. Przez sześć lat krążył skuterem po przestępczych terytoriach, badając organizację handlu narkotykami i bronią, przemyt, składowanie toksycznych odpadów oraz rejestrując ofiar y zbrodni. Zatrudnił się w fałszującej towary firmie, wchodził do opuszczonych domów aresztowanych przestępców, a nawet – jako pomocnik fotografa – na rodzinne uroczystości członków kamorry. Badacz szybko zorientował się, że przestępcy rozróżniają dwa rodzaje ludzi: negatywnych (policjantów i członków konkurencyjnych grup przestępczych) oraz pozytywnych (klientów, chcących kupić narkotyki lub inny nielegalny towar). Saviano zaliczony został do kategorii neutralnych, którymi przestępcy się nie interesują. Książka, w której Saviano opisał podziemny system ekonomiczny neapolitańskiej mafii, łącznie z jej zagranicznymi odnogami, doprowadziła do procesów przestępczych bossów i dużego osłabienia organizacji. Kamorra wydała za to na pisarza wyrok śmierci – Roberto Saviano musi się ukrywać, pilnuje go policja.


Obserwacje Sudhira Venkatesha skłoniły władze Chicago do opracowania projektu przywrócenia osiedla Robert Taylor Homes do normalnego życia. Betonowe wieżowce wyglądające jak więzienia już wyburzono, a w ich miejscu powstaje przyjazne ludziom osiedle. Jedną trzecią nowych mieszkań przeznaczono dla dotychczasowych mieszkańców, pozostałe wynajęto lub sprzedano. Innymi słowy zlikwidowano getto, mieszając jego mieszkańców z innymi. Naukowcy ustalili już dawno, że bezpieczeństwo w miastach zależy w wielkim stopniu od sposobu ich budowania. Prof. Bill Hillier z University College w Londynie twierdzi wręcz, że kształt i rozmieszczenie domów i ulic ma decydujący wpływ na zachowanie się mieszkańców, a co za tym idzie – na ich bezpieczeństwo. Okazuje się, że nawet architektom potrzebna jest wiedza na temat codziennego życia przestępców, by móc projektować osiedla bardziej bezpieczne i przyjazne ludziom.

PRAWA MIEJSKIEJ DŻUNGLI


Kto jest bardziej narażony na włamanie – właściciel domu przy bocznej uliczce czy przy głównej, na której jest duży ruch? Z badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii wynika, że kryminaliści zwykle dokonują przestępstw blisko uczęszczanych przez siebie miejsc. Przemieszczają się do nich – tak jak większość ludzi – głównymi ulicami, więc mieszkańcy stojących przy nich domów są bardziej narażeni na włamania czy kradzieże samochodów. Boczne uliczki – wbrew obiegowej opinii – okazały się bezpieczniejsze.

Wiedza o stereotypach przestępczych zachowań, poparta policyjnymi statystykami, pozwoliła badaczom Kate Bowers i Shane Johnson z Jill Dando Institute of Crime Science w Londynie stworzyć program komputerowy, dzięki któremu z tygodniowym wyprzedzeniem udało się przewidzieć 80 proc. włamań w okolicach Merseyside w Wielkiej Brytanii. Przestępcy bowiem – zachęceni sukcesem i znajomością okolicy – kolejnych przestępstw dokonywali w pobliżu swoich poprzednich akcji. „Po udanym włamaniu znacznie wzrasta prawdopodobieństwo, że w ciągu następnych dwóch tygodni w odległości 200 metrów zostanie popełnione kolejne” – napisała Bowers na łamach „European Journal of Criminology”. Sugerowała, by policja zwiększyła ilość patroli wokół miejsc włamań. Badanie przeprowadzone w Londynie przez prof. Hilliera zburzyło jeszcze jedną obiegową opinię, jakoby zamknięte strzeżone osiedla dawały ich mieszkańcom większe poczucie bezpieczeństwa. Okazało się, że odcięcie mieszkańców od ruchu na sąsiednich ulicach wywołało wrażenie izolacji i większe poczucie zagrożenia niż u mieszkańców blokowisk. Brak ludzi i miejskiego gwaru zwłaszcza wieczorem okazywał się nie do zniesienia. Zamknięte osiedla szybko zyskiwały opinię niebezpiecznych, choć przestępczość na nich nie była wcale większa.

PRAWDZIWE ŻYCIE GANGU

 

Widoczny od 2005 roku wzrost liczby zabójstw, dokonywanych przez miejskich nożowników w Wielkiej Brytanii, spowodował, że gangi młodzieżowe stały się w tym kraju wrogiem publicznym numer jeden. W 2008 roku z rąk nożowników ginęło tam średnio już pięć osób na tydzień, a liczba morderstw z użyciem ostrego narzędzia wzrosła w porównaniu z poprzednim rokiem o 25 procent. Na fali strachu przed zabójcami mianem „gangu” zaczęto określać każdą nieformalną grupę młodzieżową, która ma na koncie jakiś występek, choćby było to robienie graffiti na murach.

Socjologowie z uniwersytetu w Manchesterze Judith Aldridge i Juanjo Medina, skupieni w grupie badawczej Gang Research Unit, wiedzieli już, że wmawianie młodym ludziom, iż są członkami gangów, ma najczęściej jeden skutek – rzeczywiście się nimi staną. Postanowili więc porozmawiać z członkami grup określanych tym mianem, by odpowiedzieć na pytanie, czym naprawdę jest gang. Sposób był tylko jeden – wejść na przestępcze terytorium i obserwować je od środka. Swoim rozmówcom naukowcy obiecali pełną anonimowość, zapewnili, że nie ujawnią nawet nazwy miasta, w którym przeprowadzali badanie. Dzięki temu udało im się zdobyć bezcenny materiał socjologiczny – ponad 100 wywiadów. Nawet gdy skradziono im laptop zawierający część nagranych rozmów, nie poinformowali policji, by nie zdekonspirować informatorów.

Wyniki badań pokazały, jak niewiele dotąd było wiadomo na temat gangów młodzieżowych w Wielkiej Brytanii i jak bardzo ich rzeczywisty obraz różni się od kreowanego przez media. Pierwszym celem badań było ustalenie, ile nieformalnych grup młodzieży rzeczywiście spełnia definicję gangu. Aldridge i Medina założyli, że musi on liczyć co najmniej trzy osoby, spędzające razem dużą część doby. Drugim warunkiem była aktywność kryminalna, trzecim – posiadanie własnego terytorium, szefa oraz nazwy. Po przetworzeniu danych okazało się, że wszystkie warunki spełnia zaledwie dwa procent badanych grup. W wielu grupach uważanych dotąd za gangi przestępczość była tylko nieco wyższa niż w innych nieformalnych grupach młodzieży. Naukowcy nazwali je „zagrożonymi”. Tym, co decydowało, że grupa zacznie staczać się w kierunku prawdziwego gangu, było zażywanie narkotyków, kłopoty z policją, ucieczki z domu, a przede wszystkim – przyjaciele mający na koncie wielokrotne naruszenie prawa.

Większość członków zagrożonych grup miała 14–15 lat. Co siódmy nosił przy sobie nóż. 45 proc. przynajmniej raz zażyło narkotyki. 63 proc. popełniło przestępstwo w ciągu ostatniego roku. Przeciętna grupa liczyła 16 osób. 88 proc. miało swoje terytorium. Duże zaskoczenie przyniosły badania przywództwa gangów. „Okazało się, że nie ma ono stałego charakteru” – twierdzi Judith Aldridge. „Podobnie pojęcie »członkostwa« w grupie przestępczej było obce młodym ludziom. Wielu z nich dziwiło się, że są uważani przez policję lub sąsiadów za członków gangów tylko dlatego, że mieszkają na określonym terenie. Także sprzedaż narkotyków okazywała się zwykle indywidualną działalnością, niekontrolowaną przez gang, chociaż czasem członkowie grupy dzielili się pracą”.

Co najdziwniejsze, wzrost liczby zabójstw młodych ludzi z użyciem noży oraz broni palnej wynikał – zdaniem badaczy – właśnie z luźnej struktury grupy, braku obdarzonego autorytetem przywódcy oraz zazdrości i nieuregulowanych spraw finansowych między członkami gangu. U źródła przemocy leżały pieniądze zarobione na sprzedaży narkotyków. 15–20-latkowie sprzedający kokainę i heroinę mogli zarobić w ciągu tygodnia nawet dwa tysiące funtów (ok. 10 tys. zł). Finansowy sukces rodził potrzebę pokazania się – a wzory podsuwała powielana przez telewizję, Internet czy filmy kultura amerykańskich „gansta”. Młodzi ludzie kupowali broń, przejmowali sposób bycia swoich fikcyjnych idoli. Wiele sprzeczek kończyło się krwawymi strzelaninami.

SOCJOLOG W KAJDANKACH


Badacze świata kryminalnego coraz częściej decydują się na ryzykowne eksperymenty, by poznać interesujące ich zjawiska. Brytyjczyk Harry MacAdam kazał zamknąć się w najcięższym więzieniu Ameryki, gdzie na pustyni w Arizonie skazańcy mieszkają w namiotach przy 50-stopniowym upale. Obiad dla więźnia kosztuje cztery centy (mniej niż dla psa strażnika) i składa się głównie z częściowo zepsutych produktów wycofanych z supermarketów. Spięci kajdanami osadzeni są wykorzystywani do grzebania zwłok bezdomnych i narkomanów. MacAdam postanowił sprawdzić, czy takie warunki kary rzeczywiście zniechęcają ludzi do popełniania przestępstw. Razem z nim na pustynię trafiło w ramach eksperymentu, filmowanego przez stację Bravo TV, 10 skazańców z brytyjskich zakładów karnych oraz jeden pracownik więzienia, który miał problemy z alkoholem.

Przechytrzyć gangsterów

Rozmowa z wysokim rangą oficerem Centralnego Biura Śledczego

Jak działają współczesne grupy przestępcze?

Ewoluują w stronę bardziej wyrafinowanej przestępczości. Kiedyś ich źródłem dochodów były wymuszenia i rozboje. Dziś coraz częściej zajmują się finansami i biznesem. Czasem legalne i nielegalne interesy są prowadzone równolegle. Grupy przestępcze działają np. na rynku nieruchomości, otaczają się specjalistami z różnych dziedzin. Tak właśnie wygląda dziś zorganizowana przestępczość.

Czy gangi łatwo rozpracować od środka?

Nie ujawniamy informacji, która grupa była rozbita od środka. Na pewno bardzo pomogło tu wprowadzenie instytucji świadka koronnego czy nadzwyczajnego złagodzenia kary. Dlatego organizacje przestępcze doskonalą swój system bezpieczeństwa, starając się obronić przed infiltracją. Coraz częściej grupy łączą się tylko na chwilę, by zarobić pieniądze na danym przestępstwie. Łączy je zbieżność interesów, a nie struktura czy organizacja. Nazywamy je multigrupami. Są trudne do rozpracowania.

Czy w Polsce istnieje zagrożenie ze strony agresywnych gangów młodzieżowych?

W Polsce istnieją struktury gangów motocyklowych czy gangów pseudokibiców. Te ostatnie wchodzą często w przestępcze interesy, by zarabiać pieniądze na wyjazdy z drużynami. Na zewnątrz, na stadionie, spaja je agresja. Jednak wewnątrz te grupy funkcjonują czasem jak prawdziwe gangi. Groźne struktury powstają też w małych miastach: Lubin, Polkowice, Ostrów Mazowiecka. Tam są duże skupiska młodzieży, która nie ma jak rozładować energii. Zostają dyskoteki, siłownie, a na to trzeba pieniędzy. Często zaczynają zarabiać je na handlu narkotykami.


Po zakończeniu kilkutygodniowej odsiadki wszyscy skazani przyznawali, jak łatwo było znieść karę za popełnione przestępstwa w Wielkiej Brytanii. Na miejsce w więzieniu trzeba było tam czekać kilka lat, a w celach dozwolone były telewizory, kawa, papierosy, a nawet filmy pornograficzne. W Arizonie więzienie budowano zaledwie 60 dni kosztem 55 tys. funtów (w porównaniu z 20 milionami funtów w Anglii), zaś surowy reżim powodował, że każdy więzień, z którym rozmawiał MacAdam, twierdził, że zrobi wszystko, by więcej tu nie wrócić. Także pracownik więzienia Dan Cadwell przyznał, że chociaż była to najcięższa praca w jego życiu, to pozwoliła mu wrócić do psychicznej równowagi. „To było jak detoks” – powiedział Cadwell.

GANGSTERZY ZNAD WISŁY

 


W Polsce w 1960 r. sensację wzbudziła książka „Złe ulice”, w której socjologowie Stanisław Manturzewski i Czesław Czapów opisali od środka świat młodzieżowych gangów, zwanych wtedy grupami chuliganów. Od tamtej pory nie znalazł się w Polsce naukowiec, który tak dokładnie jak oni spenetrowałby rodzimy świat przestępczy. Badań „od wewnątrz” w ogóle się nie przeprowadza. „Metoda uczestnicząca może wiązać się z odpowiedzialnością karną dla naukowca” – mówi dr Zbigniew Rau, kryminolog – „Istnieje bowiem obowiązek informowania organów ścigania o niektórych typach przestępstw, tzw. obowiązek zgłoszeń”.

Od kiedy w 1997 r. do polskiego prawa została wprowadzona instytucja świadka koronnego – członka grupy przestępczej, który może uniknąć kary w zamian za współpracę z policją i prokuraturą – skruszeni gangsterzy stali się źródłem bezcennej wiedzy na temat funkcjonowania kryminalnego podziemia. Informacje uzyskane od świadków koronnych były podstawą badań naukowych, prowadzonych m.in. przez dr. Zbigniewa Rau i zespół prof. Emila Pływaczewskiego z Białegostoku. Badaczy interesowały przede wszystkim sposoby, jakimi można skutecznie zwalczać przestępczość zorganizowaną. Przepytali więc 30 świadków koronnych, objętych programem ochrony na terenie Polski, które działania organów prawa najbardziej dezorganizują grupy przestępcze. 74 proc. na pierwszym miejscu wymieniło konfiskatę zysków z przestępstw, na drugim znaleźli się informatorzy policji działający wewnątrz gangów (69 proc.), a na trzecim – dobre wyposażenie techniczne służb (22 proc.). Wyniki te pokazują, jak wielkie znaczenie ma obecnie wiedza na temat finansów grup przestępczych i sposobów ukrywania przez nie zysków z działalności kryminalnej. Świadków koronnych pytano też o to, co najbardziej rozbija gang od środka. Okazało się, że: niesprawiedliwy podział zysków (70 proc.), nadużywanie alkoholu i narkotyków przez członków grupy (39 proc.), skłócanie przestępców przez policję (30 proc.). Z kolei na pytanie o źródła przestępczej solidarności 65 proc. byłych gangsterów wskazało na więzi finansowe, 52 proc. – na przyjaźń, a 35 proc. – strach.

Podczas badania świadkowie koronni ujawnili też niezwykle interesujące dla policji i prokuratury informacje o korzystaniu przez grupy przestępcze z zewnętrznych konsultantów. Pomagają oni planować przestępstwa, zacierać ślady i ukrywać zyski. 90 proc. badanych wskazało, że konsultanci to przede wszystkim adwokaci. Na kolejnych miejscach znaleźli się skorumpowani policjanci i prokuratorzy, pracownicy banków i urzędów skarbowych.


Świadkowie koronni kontra gangi

Ilu świadków koronnych udało się dotąd pozyskać?

Pierwszy program ochrony świadka koronnego został wprowadzony w listopadzie 1998 roku. Od tamtej pory realizowano ok. 80–100 programów; szczegółowe informacje na ten temat nie są publicznie ujawniane. W 2001 roku przeprowadzono badanie wśród wszystkich 30 funkcjonujących wtedy świadków koronnych. Obecnie przeprowadzamy kolejne, jego wyniki znane będą w marcu. To dość skomplikowane zadanie – ankiety trzeba dostarczyć i odebrać od ludzi, którzy są chronieni przez wymiar sprawiedliwości przed zemstą przestępców. Mają m.in. zmienioną tożsamość.

Jak informacje pozyskane od świadków koronnych poszerzyły wiedzę o organizacjach przestępczych w Polsce?

Wiedza świadków koronnych ma służyć przede wszystkim ujawnianiu dowodów przestępstw. Ale udało nam się zdobyć ciekawe informacje na temat wewnętrznych mechanizmów funkcjonowania grupy przestępczej. Dowiedzieliśmy się np., które czynniki rozbijają grupę. Potwierdziły się nasze przypuszczenia, że najlepszym sposobem na dezintegrację gangu jest odebranie zysków pochodzących z przestępstw. Wyniki te posłużyły do opracowania nowej strategii zwalczania przestępczości zorganizowanej. W grudniu 2008 roku powstało Biuro Odzyskiwania Mienia w Komendzie Głównej Policji. Zmienione zostały przepisy kodeksu karnego związane z zabezpieczeniem majątkowym i przepadkiem mienia, co ma ułatwić odbieranie przestępcom nielegalnie zdobytych fortun.

Czy z obserwacji świadków koronnych wynika, że kierowanie gangiem wymaga szczególnych umiejętności?

Niewątpliwie tak, chociaż nie tyle w sensie wiedzy szefów, ile raczej współpracy z konsultantami – osobami, które profilują działalność gangu. Szef grupy przestępczej musi się dziś otaczać licznymi współpracownikami – z jednej strony są to consiglieri, doradcy, z drugiej – kontrwywiad (osoby pilnujące, by grupa się nie rozpadła, i karzące nieposłusznych członków), dalej – księgowy, skarbnik, który bezpiecznie lokuje zyski z przestępstw i pierze pieniądze (legalizuje zyski z przestępstw). Do tego kurierzy, którzy działają w terenie. Niewątpliwie rośnie profesjonalizacja zorganizowanych grup przestępczych.

Jakie są obecnie trendy w zorganizowanej przestępczości?

To przede wszystkim tworzenie sieci przestępczych, tzw. criminal network, funkcjonujących w różnych zakresach i luźno ze sobą powiązanych. My często myślimy o grupach przestępczych jako o organizacjach hermetycznych, zamkniętych. Tymczasem sieci nie mają stałego szefa – przestępcy łączą się w różne konstelacje do popełnienia określonych przestępstw, w zależności od potrzeby. Kiedyś mówiono np. o przestępczych grupach rosyjskojęzycznych – to się zmienia. Obecnie jedyne hermetyczne gangi przestępcze to grupy wietnamskojęzyczne.

Jak długo działa przeciętna grupa przestępcza?

Od roku do trzech lat. Bardzo rzadko dłużej. To wynika z działań policji, ale też tego, że rynek danej grupy się zamyka. Na przykład nie kradnie się dziś już tylu samochodów, co kiedyś. Przestało się opłacać. Dlatego gangi się przebranżowiły i w bardzo dużym stopniu zmieniły swój skład personalny. Teraz dochody czerpią np. z oszustw finansowych na szkodę Unii Europejskiej. Inwestycje związane z Euro 2012 to też bardzo duży potencjalny rynek dla grup przestępczych. Wielkie dochody przynosi przemyt papierosów z Ukrainy i Białorusi do państw Unii. Jeśli na paczce papierosów można zrobić 5 zł, to na tirze 2 miliony. A zagrożenie karą jest dużo niższe niż np. przy narkotykach, gdzie areszt i wysoką karę dostaje się w zasadzie „z automatu”.


Dr Zbigniew Rau, kryminolog, współautor ustawy o świadku koronnym, doradca ministra spraw wewnętrznych i administracji