Przez siedem lat Sudhir Venkatesh prowadził podwójne życie. Na co dzień pracował jako socjolog na uniwersytecie w Chicago, po powrocie do mieszkania w najgorszej części miasta spędzał czas wśród gangsterów, dealerów i prostytutek. Niemal 90 proc. mieszkańców przepełnionego osiedla Robert Taylor Homes żyło z zasiłków, duża część – z nielegalnych interesów. Policja bała się zapuszczać w to miejsce. Na interwencje nie reagowała. Porządku pilnowały gangi. Przywódca największego z nich Black Kings (Venkatesh nazwał go J.T.) stał się przewodnikiem socjologa po tym mrocznym rewirze. I złożył mu propozycję życia, jakiej nie dostał nigdy żaden naukowiec. Przez jeden dzień mógł pokierować jego gangiem.

Socjologowie od prawie 90 lat próbują się dowiedzieć, skąd się bierze zorganizowana przestępczość. Jak duże są gangi i jak stabilne, jakie mają rytuały i sposoby identyfikacji, czy częściej ze sobą rywalizują, czy współpracują, na co przeznaczają pieniądze i wobec kogo używają przemocy? Taką wiedzą dysponuje czasem policja, ale niechętnie dzieli się nią z naukowcami, obawiając się „spalenia” swoich informatorów i działających „pod przykrywką” funkcjonariuszy. Badacze sami musieli wniknąć w środowiska przestępców.

NIEZNANY ŚWIAT ZBRODNI


Pierwszy duży projekt badawczy w historii socjologii prawa przeprowadzili w 1920 roku Roscoe Pound i Felix Frankfurter. Przyjrzeli się doniesieniom o przestępstwach w Cleveland, zamieszczanym w gazetach miejskich w styczniu 1919 roku. Stwierdzili, że w drugiej połowie miesiąca gazety poświęciły informacjom o przestępstwach aż siedem razy więcej miejsca niż w pierwszej, chociaż ich liczba wzrosła w tym czasie minimalnie – z 345 do 363. Stworzone przez prasę przekonanie o narastającej fali zbrodni miało niestety realne skutki. Opinia publiczna i lokalni politycy żądali natychmiastowej odpowiedzi na „epidemię zbrodni”. Konsekwencją był wzrost brutalności policji, rosnąca liczba błędów sądowych i surowsze wyroki. W odpowiedzi świat przestępczy zwarł szeregi – luźno funkcjonujące grupy przestępcze zaczęły zmieniać się w zorganizowane gangi. Pochopnie zaaplikowane lekarstwo okazało się gorsze niż sama choroba.

Sudhir Venkatesh wszedł w przestępczy świat Chicago, by poznać rządzące nim prawa. Na temat swojej pracy doktorskiej wybrał szczegółowe studium gangu kokainowego Black Kings oraz osobowości jego przywódcy J.T. Szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego młodzi ludzie wybrali tak ryzykowną drogę życia, jak inwestowali i wydawali zarobione pieniądze, jakie były ich relacje z mieszkańcami osiedla?

Pewnego dnia Venkatesh wybrał się na objazd terytorium gangu z bossem jego sportowym Mitsubishi 3000 GT. Był luty, dealerzy z Black Kings kryli się przed zimnem w sklepach i barach. J.T. rozmawiał z każdym z nich, motywował do pracy. Socjologowi codzienne życie gangu wydało się proste – jego członkowie spędzali czas, stojąc na ulicy, grając w kości, koszykówkę lub podrywając kobiety. „Nie rozumiem, co trudnego jest w twojej pracy. Jesteś poważnie przepłacany” – stwierdził Venkatesh, gdy skończyli objazd rewirów Black Kings.

„Teraz nie ma wojny, żadnych walk. Nie trzeba nawet dotykać broni. Ale skoro uważasz, że kierowanie gangiem to pestka, zostań jego szefem na jeden dzień” – zaproponował J.T.

PODZIEMNA KORPORACJA


Amerykański ekonomista Steven Levitt w swojej książce „Freakonomia. Świat od podszewki” napisanej na podstawie rozmów z przestępcami przeanalizował korupcję, oszustwa i handel narkotykami w ten sam sposób jak inne zjawiska ekonomiczne. Okazało się, że podziemny świat łudząco przypomina swój legalny odpowiednik. Szefowie gangów stosują podobne techniki zarządzania jak prezesi firm i korporacji. Inwestują w swoich ludzi, prowadzą działalność charytatywną. Pomagają finansowo rodzinom i krewnym. I podobnie jak biznesmeni dbają o swój wizerunek poprzez odpowiedni ubiór, sposób bycia, mówienia czy stan posiadania.

Pierwszy dzień pracy Sudhira Venkatesha jako szefa gangu nie różnił się od dnia menedżera, który rozpoczyna pracę w nowej korporacji. Najpierw poznał zarząd grupy przestępczej – skarbnika, szefa ochrony i „dyrektorów”, zarządzających sześcioosobowymi grupami dealerów. Członkowie zarządu jako jedyni mieli pensje – pozostali „pracownicy”, najczęściej 15-latkowie, żyli z prowizji od sprzedanych narkotyków. I to oni głównie ryzykowali – postrzał ze strony konkurencyjnego gangu, pobicie lub aresztowanie. Dlatego rolą szefa Black Kings było motywowanie młodych ludzi. Nie tylko codziennymi rozmowami, ale też pilnowaniem, by sami nie sięgali po narkotyki, pomocą w ukończeniu szkoły średniej czy organizowaniem rozrywki. Gang sporą część zarobionych pieniędzy przekazywał lokalnym centrom młodzieżowym na sprzęt sportowy i komputery, by także jego członkowie mieli możliwość ciekawego spędzania czasu.