Według najnowszego raportu ONZ globalne ocieplenie jest niemal na pewno skutkiem działalności człowieka. I trudno się dziwić, skoro tylko w zeszłym roku za sprawą przemysłu do atmosfery trafiło ponad 29 miliardów ton dwutlenku węgla. Zmiany klimatyczne dają mnóstwo zajęcia naukowcom i pożywkę mediom, straszącym nas wizjami zalanych obszarów nadmorskich i pustyń pożerających zielone do niedawna obszary. Rzadko kto wspomina o tym, że ocieplenie przyniesie też spore zyski – i to nie tylko producentom energooszczędnych żarówek, paneli słonecznych czy turbin wiatrowych.

Dopóki nasza cywilizacja nie zyska dostępu do prawdziwie „czystego” i wydajnego źródła energii, jakim może być kontrolowana fuzja termojądrowa, będziemy skazani na emisję coraz większej ilości gazów cieplarnianych. Przemysłowcy nie spieszą się z przestrzeganiem norm, które narzuca protokół z Kioto; na spowolnienie rozwoju cywilizacyjnego też nie ma co liczyć. Dlatego pojawia się coraz więcej pomysłów na ostudzenie naszej planety. Część z nich może doczekać się realizacji, inne obliczone są na efekt medialny, ale jedno jest pewne – pieniądze na badania płyną coraz szerszym strumieniem. Amerykanie zaczynają budowę zielonych elektrowni węglowych, funkcjonujących przy niemal zerowej emisji zanieczyszczeń. Pierwsza z nich powstanie do 2012 roku kosztem 870 mln dol. FutureGen, bo tak brzmi jej nazwa, będzie produkować paliwo przyszłości – wodór – oraz energię elektryczną, zaś kłopotliwy produkt uboczny, czyli CO2, składować pod ziemią. Niestety, coś za coś: właśnie przez konieczność usuwania gazowych odpadów prąd z takich elektrowni może być nawet o 60 proc. droższy od uzyskiwanego konwencjonalnie. A to właśnie główny powód, dla którego do tej pory nie przyjęły się inne alternatywne sposoby produkcji energii.

GAZ DO DNA


Od paru lat panuje moda na pozbywanie się dwutlenku węgla. W niektórych państwach testowana jest metoda podziemnego składowiska – dostarczany z wielu różnych źródeł gaz wstrzykuje się do jaskiń, pustych niecek po wydobytej ropie, a nawet pod morskie dno. Jednak zwłaszcza to ostatnie rozwiązanie może okazać się zgubne w skutkach dla przyrody. Gdyby CO2 został uwolniony z podmorskiego magazynu, doprowadziłby do katastrofalnego zakwaszenia wód i masowego wymierania zamieszkujących je organizmów. Mniej inwazyjne może być sztuczne drzewo prof. Klausa Lacknera z Columbia University w Nowym Jorku. Wbrew nazwie ten wynalazek nie przypomina rośliny, tylko billboard reklamowy. Ma filtrować powietrze z dwutlenku węgla, który będzie zamieniać na płynne lub stałe związki chemiczne, nadające się do składowania pod ziemią. Według obliczeń jedno takie drzewo byłoby w stanie usuwać 90 tys. ton dwutlenku węgla w ciągu roku – czyli dokładnie tyle, ile w tym samym czasie wyprodukuje 15 tys. samochodów. Jednostki pływające po oceanie będą wyrzucać cząsteczki wody morskiej wysoko w powietrze. Ma to zwiększyć grubość chmur na tyle, by przepuszczały mniej słońca, co ochłodzi Ziemię.

Jak obliczyli pomysłodawcy, aby zrównoważyć efekt działania gazów cieplarnianych, potrzeba aż tysiąca takich jachtów. Ich producent podpisze zatem korzystny kontrakt, choć raczej nie dorówna pod tym względem firmie, która podejmie się wykonania... 16 bilionów „parasoli”. Właśnie tyle cienkich dysków musi zawisnąć na orbicie okołoziemskiej, by utworzyć osłonę przeciwsłoneczną dla naszej planety. Tak zakłada pomysł prof. Rogera Angela z University of Arizona. Każdy „parasol” mierzyłby ok. 60 cm średnicy, a utworzona przez nie chmura miałaby kształt cylindra o szerokości ok. 10 tys. km i długości 100 tys. km. W rezultacie ilość światła słonecznego docierającego do Ziemi zmniejszyłaby się około 2 proc. – a to wystarczyłoby do zniwelowania efektów globalnego ocieplenia. Jednak najbardziej kosztowny i jednocześnie najdziwniejszy projekt przedstawił dr Ken Caldeira z Carnegie Institution of Washington, który chce ruszyć z posad Ziemię. I to nie w przenośni, ale dosłownie – przy pomocy 5 biliardów (!) zdetonowanych jednocześnie bomb wodorowych. Siła tej eksplozji mogłaby na tyle zmienić orbitę planety, by ta przynajmniej trochę oddaliła się od Słońca. Trudno jednak wyobrazić sobie skutki uboczne tej metody...

ROLNICZY BOOM


Nawet jeśli jeszcze długo przyjdzie nam zmagać się z globalnym ociepleniem, nie dla wszystkich musi oznaczać to straty. Kilka lat temu przeprowadzono badania w australijskich winnicach. Okazało się, że dotychczasowy wzrost temperatur (o 1–2 st. C) poprawił smak produkowanych z tamtejszej winorośli trunków. Już teraz niebywały rozkwit przeżywają winnice na południu Anglii. Optymizm studzą wprawdzie wnioski z konferencji „Wino i kultura”, która odbyła się niedawno we Francji. Jej uczestnicy obawiają się dużo częstszych i dłuższych susz, a więc i trudności z nawadnianiem pól. Problemem może być też migracja niszczących uprawy szkodników, które wraz z ociepleniem klimatu przywędrują do europejskich winnic z Afryki.