Jimi Hendrix, jeden z najsławniejszych gitarzystów rockowych, 18 września 1970 r. konał w hotelu po przedawkowaniu środków nasennych i wypiciu kilku butelek wina. Dławił się własnymi wymiocinami. Mimo że miał 27 lat, był już żywą legendą, wirtuozem, który przełamał standardy gry na gitarze elektrycznej, współtwórcą psychodelicznego rocka. Niestety, uzależnił się tymczasem od heroiny i innych substancji zmieniających świadomość. 4 października 1970 roku słynna wokalistka rockowa Janis Joplin, w porywach walki z nałogiem heroinowym pijąca nawet litr tequili dziennie, o godzinie 0.30 weszła do pokoju numer 105 hotelu Landmark w Hollywood. Tam wkłuła sobie dawkę czystej heroiny po raz ostatni. Zdążyła jeszcze zejść do recepcji, kupić papierosy, po czym wróciła do swojego pokoju i padła martwa.

Miała 27 lat. Pociągnęła za sobą swych muzyków, wymierających po kolei, także wskutek nadużycia narkotyków. Jim Morrison, uzależniony od alkoholu i narkotyków wokalista psychodelicznego zespołu The Doors, opuchnięty, zmieniony nie do poznania, usnął w nocnym barze w Paryżu, prawdopodobnie wskutek zażycia śmiertelnej dawki hery. 3 lipca 1971 r. trupa odnaleziono w wannie w jego mieszkaniu, ale nie wiadomo, czy zmarł tam, czy też kompani włożyli do wanny martwe już ciało. Miał 27 lat. Do ponurej legendy przeszedł także – choć wiele lat później – Kurt Cobain, współtwórca legendarnej Nirvany. 5 kwietnia 1994 roku zabarykadował się w swym domu w Seattle, zażył potężną dawkę heroiny i valium, napisał list pożegnalny do wyimaginowanego przyjaciela, po czym zażył jeszcze raz heroinę i z remingtona strzelił sobie w twarz. Inne wersje mówią o zabójstwie. Cobain miał również 27 lat.

KULT PSYCHODELII


Takich śmierci wśród znanych muzyków rockowych było więcej – skłóceni z życiem, należeli do psychodelicznej subkultury kontestującej „rzeczywistość dorosłych”. To oni kreowali hippisowską kulturę pokojowego buntu poprzez muzykę rockową – aż stali się w końcu jej ofiarami. Idea ruchu hippisowskiego była piękna, tak jak piękne bywają wszelkie utopie. Formalnie narodziła się 14 stycznia 1967 roku w San Francisco w Golden Gate Park, gdzie odbył się The World’s First Human Be-in: wiec „pierwszego światowego połączenia człowieka”. Wymalowane hasła długowłosej, kolorowo ubranej młodzieży głosiły: „Nie wierz nikomu powyżej trzydziestki”, „Make love not war” (Kochaj się zamiast wojować), „Fuck hate” (Pierdol nienawiść) oraz „All People are One” (Wszyscy ludzie to jedność). W tych gorących czasach, które przeorały świadomość młodych i następnych pokoleń, powstawały komuny wspólnot, dokonywała się „rewolucja seksualna”. Muzyka rockowa, życie zgodne z naturą i filozofiami Wschodu, palenie „trawki”, branie LSD – stały się sztandarami buntu pokolenia.

ŚWIĘTY DILEREM


Ruch kolorowych hippisów i brania narkotyków jako środka potwierdzającego własną wolność i rozszerzającego jaźń nie zrodził się znienacka. Już w latach 30. w klubach Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża pojawiali się hipsters, hippie, jak określano jazzującą cyganerię, kierującą się w życiu zmysłami, przyjemnością. Hip to był ktoś, kto umiał „korzystać z życia”. Po II wojnie światowej, gdy rany zostały zabliźnione, pojawili się beatnicy, na czele z „piewcą narkotyków”, poetą Allenem Ginsbergiem. Głosili indywidualizm i swobodę seksualną, w czym walnie pomagał im alkohol i narkotyki. W dzielnicy Haight-Ashbury w San Francisco niezwykłą karierę robił Owsley Stanley, który produkował LSD, po czym masowo i bezpłatnie rozprowadzał „pigułki Stanleya”. Hippisi uznawali go za „świętego”. Dopiero po jakimś czasie zorientowali się, że „święty Owsley” przeistoczył się w hurtownika, zyskując nowy przydomek – „Ford narkomanii”. O jego to produkcie – czystej LSD, zwanej Purple Haze (purpurowa mgła) – kultowy song śpiewał Jimi Hendrix. Stany Zjednoczone nie mogły się wtedy wyplątać z wojny wietnamskiej, której sensu młodzi nie chcieli i nie mogli pojąć.

Rodzące się na Zachodnim Wybrzeżu wspólnoty- komuny, propagowanie wolnego seksu, kolorowych, samodzielnie malowanych ubrań, były wyrazem protestu przeciw zakłamaniu życia dorosłych, czyli „po trzydziestce”. Co charakterystyczne jednak, zdecydowana większość hippisów pochodziła z upper middle class, czyli klasy średniej wyższej. Bogaci z urodzenia, chowani w miastach- -molochach buntowali się i odlatywali do narkotycznego raju w proteście przeciw konformistycznemu dobrobytowi. Programowo odrzucali także przemoc, stanowiąc tym samym wyjątek na tle innych młodych ruchów – zwolenników stosowania skrajnej siły. Takich jak „Czarne Pantery”, gangi w murzyńskich i portorykańskich gettach, z ich pojęciem macho, czy też jak „Aniołowie Piekieł”, buszujący po USA na motocyklach. Ludzie ci nienawidzili hippisów i coraz częściej zdarzały się przypadki pobić i gwałtów. Symbolicznie mówiąc, wysokoprocentowy alkohol i „ciężkie dragi” zwolenników przemocy zderzyły się z lekkimi narkotykami, używanymi początkowo przez hippisów. Długowłosi nawet się nie bronili; byli przekonani, że nie należy używać przemocy i dlatego spełniali najdziksze polecenia spitych lub skacowanych „Aniołów Piekieł”.

EUFORIA KRYMINALISTÓW

 


14 stycznia 1967 r. na słynnym wiecu w San Francisco szczególną rolę w propagandzie LSD odegrali poważni psychologowie: Richard Alpert i Timothy Leary. Ten ostatni w 1960 r. w Meksyku doznał olśnienia po zjedzeniu halucynogennych grzybów. Odtąd był przekonany, że ich użycie jest środkiem samopoznania. Leary prowadził dalej doświadczenia na kryminalistach, podając im LSD: wpadali oni w euforię i mistyczne stany, sekunda wydawała się wiecznością, intensywność kolorów zachwycała. Łagodnieli. Tak obiecujące badania naukowe prowadzone dalej na uczelni Harvarda zostały jednak zahamowane. Leary’ego wyrzucono z uniwersytetu, gdy jeden z naćpanych studentów zaczął biegać nago, krzycząc, że jest bogiem. Ale Leary był już wówczas przekonany, że rozpoczął „psychodeliczną rewolucję”. Twierdził, że sto tysięcy Amerykanów, którzy wzięli LSD, to zaczyn „nowego człowieka”, gdyż poprzez kwas lizergowy ludzie mają możność wglądu za zasłonę utworzoną w ich umyśle przez symbole... Psychodeliczna rewolucja została wygrana – oznajmił T. Leary.

W kwietniu 1966 r. na publicznym wykładzie w Nowym Jorku dowodził, że za kilka lat 10–30 mln Amerykanów będzie zażywało ten „rozszerzający świadomość” narkotyk. Na pierwszym wiecu hippisów Leary ogłosił więc koniec starych bogów amerykańskich – pieniądza i pracy – w zamian ofiarując ludzkości religię według zasad buddyzmu zen i nowy sakrament LSD, „służący ekspansji umysłu”. Wrażenie „rewolucji mentalnej” i „nowej religii” potęgowała postać świętego Mikołaja, krążącego w tłumie podczas zlotu, rozdającego bezpłatnie LSD i marihuanę. Wielu uwierzyło, że stoją u wrót wspaniałego narkotykowego raju, który pozwoli pozbyć się przeklętego ego – źródła cierpienia. Tym samym Leary stał się sztandarową postacią ruchu hippisów, mimo że jego narcyzm i wielkościowe urojenia stawały się coraz bardziej widoczne nie tylko dla psychiatrów (mówił też o tym Owsley). Pocieszano się jednak, że Zygmunt Freud zażywał notorycznie kokainę, słynny XVI-wieczny lekarz Paracelsus nosił zawsze przy sobie opium, a inny znany medyk z XVII w. Thomas Sydenham twierdził, że bez opiatów nie mógłby nikogo leczyć. Hippisi, rozpoczynając „Lato Miłości”, które miało trwać bez końca, wpisywali się więc w ruchy poszukiwaczy „raju na Ziemi”. Ludzkość od chwili wytworzenia form życia stadnego zawsze szukała tegoż raju: od szamańskich praktyk narkotycznych, poprzez religie, aż do „naukowych teorii” i niedawnych zbrodniczych prób kreowania „państw szczęścia” w ZSRR, Chinach czy w Kambodży.

SEKS Z POLICJANTEM


Początki hippisów w USA były rzeczywiście piękne: młode powabne długowłose dziewczyny w kolorowych strojach bez biustonoszy dawały policjantom kwiaty i owoce, pytały, po co biją i mordują ludzi, gdy mogą kochać, uprawiając np. z nimi seks. Badania i zachowania hippisów wykazywały, że biorący LSD uwalniają się od lęku, są znacznie mniej egocentryczni, bardziej tolerancyjni, wrażliwi na sztukę, naturę, muzykę. Powszechna stawała się wiara, że gdyby prezydentowi USA wsypać do herbaty „kwasu”, czyli LSD (kwas lizergowy), nawróciłby się na wiarę łagodności i natychmiast przerwał wojnę w Wietnamie. Co ciekawe, również Pentagon jeszcze przed ruchem hippisów miał taką nadzieję, planując podsypanie LSD do kawy Fidelowi Castro, by z zaciekłego wroga USA zmienił się w łagodnego baranka. Haight-Ashbury i Strawberry Fields w San Francisco stały się komunami i polami hippisów: pomimo oporów, prób komercjalizacji idee te, poprzez style zachowań, pokojowość, narkotyki, a nade wszystko poprzez muzykę – promieniowały na świat. Ale blaski wielkiego ruchu przesłoniły niebawem cienie. Do skrajnie tolerancyjnych hippisów doklejali się teenbepoppers – młodziutkie dziewczyny i chłopcy wąchający np. „kleje”, zażywający „spidy” w rodzaju amfetaminy i traktujący hippisowanie jako przygodę. Lgnęli do komun narkomani, zażywający ciężkie dragi, jak heroina i pochodne amfetaminy. Tymczasem hippisi byli przeciwni ciężkim dragom: „Speed kills” (Spidy zabijają) – pisali na murach.

Na Stonehenge Free Festival od 1972 r. heroina była zakazana, ale już kokaina czy amfetamina – nie. Jednak nadużywanie LSD przez niezrównoważonych emocjonalnie młodych ludzi prowadziło do poważnych zaburzeń psychicznych. Mimo wszystkich wzniosłych haseł, świat hippisowski robił się coraz bardziej zaćpany, co oddawało znane powiedzenie: „If you remember the 60’s, then you weren’t there” (Jeśli pamiętasz lata 60., to znaczy, że cię tam nie było). Badania wykazywały, że najłatwiej uzależniali się ci, którzy przeżyli dzieciństwo bez aury miłości ze strony rodziców: dlatego raju szukali w komunach, gdzie akceptuje się wszystko; w „wolnej miłości”, w beztroskim graniu na gitarach. Ale gdy to zawodziło, zawsze były pod ręką środki uzależniające. „Ojcowie tych chłopców utopiliby poczucie winy w alkoholu, ich synowie odnajdują spokój za pomocą LSD” – pisał wnikliwy polski obserwator hippisów, psychiatra Kazimierz Jankowski. Hippisi pozostawili po sobie nie tylko wielką legendę, ale też uczynili dużo dla rozwoju ludzkiej świadomości. Z ich filozofii i muzyki wyrosły ruchy ekologiczne, ruchy pacyfistyczne, swoboda seksualna, tolerancja oraz pomysł na życie, żeby „być”, a nie „mieć”.

Jerzy Besala