Dodam jeszcze jedną kwestię: błędy poznawcze wydają mi się szczególnie interesujące dlatego, że często pozostają dla nas niewidoczne. Możemy być przekonani, iż samodzielnie doszliśmy do jakiegoś wniosku, podczas gdy w rzeczywistości wpłynęła na nas popularność danej opinii, pierwsze wrażenie, emocjonalny charakter informacji albo fakt, że wcześniej zainwestowaliśmy w określoną decyzję czas i pieniądze. Warto więc przyjrzeć się kilku mechanizmom, które regularnie wpływają na nasze codzienne wybory.
Efekt podczepienia
Efekt podczepienia, w języku angielskim znanym jako bandwagon effect, polega na skłonności do przyjmowania poglądów czy zachowań dlatego, że robi to wiele innych osób. Popularność sama w sobie zaczyna być dla nas dowodem jakości. Jeśli tysiące ludzi kupują określony produkt, miliony oglądają konkretny serial albo większość znajomych popiera daną opinię, łatwo dojść do wniosku, że skoro tylu ludzi tak uważa, to coś w tym musi być. Mechanizm ten może dotyczyć mody, konsumpcji, polityki, mediów społecznościowych, a nawet decyzji podejmowanych w grupach. Odnoszę wrażenie, że Polacy lubią stać w kolejkach i właśnie spora część motywacji ku temu wynika, iż inni również stoją, więc na pewno warto.
Czytaj też: Marzenia o graniu na perkusji jeszcze nie są stracone. Nigdy nie było takiego zestawu dla początkujących
Problem pojawia się wtedy, gdy liczba zwolenników zaczyna zastępować samodzielną ocenę argumentów. W skrajnej postaci prowadzi to do myślenia stadnego i grupowego konformizmu: przyjmujemy stanowisko większości nie dlatego, że ktoś nam je odpowiednio uzasadnił. Po prostu nie chcemy zostać po drugiej stronie. Mechanizm może być jednak również pozytywny, ponieważ popularność określonego zachowania może zachęcać na przykład do recyklingu czy aktywności fizycznej. Ale sam fakt, że wszyscy coś robią, nie mówi jednak jeszcze, czy jest to rozsądne.
Błąd przeżywalności
Błąd przeżywalności (ang. survivorship bias) pojawia się wtedy, gdy oceniamy zjawisko przede wszystkim na podstawie przypadków, które przetrwały, odniosły sukces albo w inny sposób stały się widoczne, pomijając te, które zniknęły z naszej perspektywy. To jeden z powodów, dla których historie sukcesu mogą być tak zwodnicze. Widząc przedsiębiorcę, który dorobił się fortuny, będziemy analizować jego nawyki i uznawać je za receptę na sukces, zapominając o tysiącach osób, które stosowały podobne strategie, ale nie osiągnęły podobnych rezultatów.
Konsekwencją jest zniekształcony obraz rzeczywistości. Łatwiej uwierzyć, że sukces stanowi wynik kilku konkretnych cech czy decyzji, niż dostrzec rolę przypadku, warunków zewnętrznych i faktu, że nie znamy historii tych, którym się nie udało. Błąd przeżywalności może prowadzić do złych decyzji finansowych i zawodowych, ponieważ uczymy się wyłącznie od “ocalałych” przykładów, zapominając o tych, którym podobna sztuka się nie udała. Czasami najważniejszym pytaniem nie powinno więc być to, co łączy tych, którym się udało, lecz kwestia tego, ilu ludzi zrobiło to samo i poniosło porażkę.
Efekt aureoli
Efekt aureoli jest wyjątkowo powszechny, choć mało kto przyzna się do napędzania go. Na czym polega? Zasada jest prosta: jedna pozytywna cecha człowieka zaczyna wpływać na ocenę jego pozostałych cech. Jeśli ktoś wydaje nam się atrakcyjny, kompetentny, sympatyczny albo pewny siebie, możemy automatycznie przypisywać mu także inne pozytywne właściwości, nawet jeśli nie mamy na nie żadnych dowodów. Pierwsze wrażenie zaczyna więc działać jak filtr, przez który interpretujemy kolejne informacje.
W codziennym życiu efekt aureoli może decydować o tym, kogo zatrudnimy, komu uwierzymy albo czyją opinię uznamy za wartościową. Osoba elegancko ubrana może być postrzegana jako bardziej profesjonalna, a atrakcyjny mówca – jako bardziej kompetentny. Problem polega na tym, że atrakcyjność czy sposób wypowiadania się nie muszą mieć związku z rzeczywistą wiedzą. Efekt aureoli może więc sprawić, że pojedyncza zaleta przekłada się na całą ocenę człowieka, utrudniając dostrzeżenie jego wad bądź zwyczajnie przeciętnych kompetencji.
Efekt rogu
A skoro było o efekcie aureoli, to musi być też na temat jego przeciwieństwa. Jest nim efekt rogu, w ramach którego zamiast jednej pozytywnej cechy wpływającej na całościową ocenę mamy jedną cechę negatywną, która zaczyna przesłaniać wszystko inne. Jeśli ktoś podczas pierwszego spotkania zachowa się nieuprzejmie, popełni poważny błąd albo zrobi na nas złe wrażenie, możemy później interpretować jego kolejne zachowania przez ten jeden negatywny pryzmat. Jedna wada zaczyna zaniżać ocenę pozostałych cech.
Czytaj też: Zatrważający trend od kilku dekad. Tracimy zdolność do głębokiej koncentracji i kreatywności
Konsekwencje mogą być szczególnie dotkliwe w relacjach zawodowych i społecznych. Pracownik, który raz spóźni się na ważne spotkanie, otrzyma łatkę nieodpowiedzialnego, nawet jeśli przez wiele miesięcy był punktualny. Ktoś, kto nie potrafi dobrze się zaprezentować podczas rozmowy, może zyskać ocenę mniej kompetentnego, choć jego rzeczywiste umiejętności są imponujące. Efekt rogu jest więc dość brutalny: nasze oceny ludzi nie są bowiem sumą wszystkich dostępnych informacji. Czasem jedna emocjonalnie silna obserwacja potrafi przyćmić całą resztę.
Efekt potwierdzenia
Efekt potwierdzenia (ang. confirmation bias) wydaje mi się szczególnie problematyczny w czasach social mediów. Przeplata się bowiem z potężnymi bańkami informacyjnymi. Te z kolei wykorzystują naszą tendencję do poszukiwania i zapamiętywania informacji, które wspierają nasze wcześniejsze przekonania, przy jednoczesnym lekceważeniu tych, które im przeczą. Jeżeli jesteśmy przekonani, że określona osoba jest niekompetentna, łatwiej zauważymy jej pomyłki niż sytuacje, w których poradziła sobie dobrze. Jeżeli natomiast wierzymy, że określona teoria jest prawdziwa, możemy traktować zgodne z nią informacje jako oczywiste, a sprzeczne jako niewiarygodne.
Właśnie dlatego jest to jeden z błędów szczególnie niebezpiecznych w świecie nadmiaru informacji. Internet pozwala znaleźć argumenty niemal dla każdej tezy, a media społecznościowe dodatkowo ułatwiają zamykanie się w środowiskach, w których większość osób myśli podobnie. W rezultacie zamiast sprawdzać, czy nasze przekonanie jest prawdziwe, zaczynamy szukać dowodów, które pozwolą nam poczuć, że mieliśmy rację od początku. Dobrym sposobem przeciwdziałania temu mechanizmowi jest świadome szukanie argumentów przeciwko własnemu stanowisku i dopuszczanie do dyskusji osób, które patrzą na problem zupełnie inaczej.
Heurystyka dostępności
Heurystyka dostępności stanowi skrót myślowy, za pomocą którego oceniamy prawdopodobieństwo lub częstotliwość danego zjawiska na podstawie tego, jak łatwo przychodzą nam do głowy przykłady. Im łatwiej coś sobie przypomnieć, tym bardziej skłonni jesteśmy uznać, że jest to częste albo prawdopodobne. Nie musi to jednak mieć wiele wspólnego ze statystyką. Wyraziste (lub po prostu niedawne wydarzenia) są łatwiejsze do zapamiętania niż miliony podobnych, acz zupełnie nieemocjonujących zdarzeń.
Dobrym przykładem jest sposób, w jaki postrzegamy ryzyko. Jeśli media przez kilka dni intensywnie informują o katastrofach lotniczych, możemy zacząć odczuwać, że latanie jest wyjątkowo niebezpieczne, choć rzeczywiste prawdopodobieństwo wypadku nie zmieniło się pod wpływem liczby obejrzanych wiadomości. Podobnie pojedyncza historia o kimś, kto spektakularnie zarobił na inwestycji, może sprawić, iż przeceniamy szanse na podobny sukces. Heurystyka dostępności jest użytecznym skrótem w codziennym życiu, ale może poważnie zniekształcać nasze postrzeganie ryzyka, jeżeli emocjonalną siłę wspomnienia pomylimy z częstotliwością danego zjawiska.
Koszt utopiony
W tym przypadku mówimy o błędzie postrzegania, który może być wyjątkowo bolesny dla naszych portfeli. Chodzi o tzw. koszt utopiony, czyli słynne sunk cost fallacy. Takowy pojawia się, gdy kontynuujemy jakieś przedsięwzięcie głównie dlatego, że wcześniej zainwestowaliśmy w nie czas czy pieniądze. Logika jest pozornie prosta: skoro już tyle poświęciłem, nie mogę teraz zrezygnować. Problem w tym, że poniesionych kosztów nie da się odzyskać. Powinny więc być przeszłością, a nie argumentem za dalszym inwestowaniem. Tymczasem wcześniejsze zaangażowanie często sprawia, iż jeszcze mocniej trzymamy się decyzji, która przestała być opłacalna.
Czytaj też: Nauka gry na gitarze nigdy nie była tak prosta
W praktyce koszt utopiony może oznaczać wielomiesięczne pozostawanie przy projekcie, który nie ma już sensu, dalsze wydawanie pieniędzy na nieudaną inwestycję albo trwanie w relacji czy pracy wyłącznie dlatego, że poświęciliśmy jej zbyt wiele. Paradoks polega na tym, że próba uzasadnienia wcześniejszego wyboru może prowadzić do jeszcze większych strat. Racjonalne pytanie brzmi nie ile już zainwestowałem?, lecz gdybym dziś zaczynał od zera, czy nadal wybrałbym tę drogę? Jeśli odpowiedź brzmi “nie”, to wcześniejsze koszty nie powinny zmuszać nas do ponoszenia kolejnych.
Oczywiście błędów poznawczych może być znacznie więcej, lecz kilka powyższych wydaje mi się szczególnie powszechnych i problematycznych. Z ręką na sercu przyznaję, iż sam doświadczam części z nich, choć staram się z tym walczyć. A jak wygląda to w Twoim przypadku?
