Martha Dodd miała dwadzieścia cztery lata, kiedy latem 1933 roku przyjechała do Berlina z ojcem, nowym amerykańskim ambasadorem, matką i bratem. Z perspektywy czasu wspominała, jak naiwna i niedoinformowana była w sprawach politycznych i nie miała pojęcia, jakie okażą się Niemcy – i co reprezentują sobą nowe nazistowskie władze. Chociaż ojciec miał wiele wątpliwości i kilka razy wspominał, że nie wie, jak długo potrwa jego urzędowanie w Berlinie, Martha wielu rzeczy nie była świadoma. „Nie przypominam sobie, aby któreś z nas martwiła myśl, że będziemy żyć pod dyktaturą”, napisała w swoich berlińskich wspomnieniach Through Embassy Eyes („Oczami ambasady”).

 

Nie była odosobniona pod tym względem. Wielu Amerykanów nadal zachowywało obojętność wobec Hitlera i jego ruchu, w tym wielu czołowych ludzi pióra. Na przyjęciu pożegnalnym wydanym dla Doddów przez niemiecko-amerykańskie kręgi Chicago Martha siedziała między Thorntonem Wilderem i Carlem Sandburgiem. Wilder zachęcał Marthę, żeby szybko nauczyła się niemieckiego i spędzała czas w Berlinie z Niemcami, a nie z zagraniczną społecznością, a Sandburg dał jej taką oto radę: „Dowiedz się, co ma w sobie ten Hitler, co napędza jego mózg, z czego są zbudowane jego kości i krew. Przed twoimi oczami przedefiluje cała plejada oszustów i gangsterów, idealistów, mężów stanu, kryminalistów, dyplomatów i geniuszy. Zobaczysz przedstawiciela każdej narodowości tego świata. Obserwuj ich, badaj ich, analizuj ich wnętrza. Nie bądź przerażona ani pozbawiona pewności siebie, nie pozwól, aby oni albo twoje doświadczenia zepsuły cię lub zabiły twoją radość życia. Bądź dzielna i szczera, zachowaj poezję i prawość”.

Wszystko to sprawiło, że Martha traktowała tę podróż w nieznane jako wielką przygodę, którą planowała przeżyć z całą „radością życia”, zgodnie z zaleceniem Sandburga. Jeśli chodzi o inne cechy – dzielność, szczerość i prawość – to wśród tych, których Martha poznała podczas pobytu w Niemczech, opinie były podzielone, krążyły też niezliczone plotki o jej zachowaniu, szczególnie o tabunach mężczyzn w różnym wieku i różnej narodowości. O ile jej ociec często się „zacinał” w czasie spędzonym w Niemczech, niepewny, co powinien lub co może zrobić, Martha na pewno nie była „przerażona ani pozbawiona pewności siebie”. W tym sensie wzięła sobie słowa Sandburga bardzo do serca.

Martha wychowała się w Chicago i ukończyła University High School, którą studenci konkurencyjnych uczelni nazywali „żydowskim liceum”. Martha sama się przyznawała, że jest „trochę antysemitką”. Jak to ujęła: „Akceptowałam pogląd, że Żydzi nie są tak atrakcyjni fizycznie jak goje i są mniej pożądani pod względem towarzyskim”. Wspominała, że kiedy poszła na University of Chicago, nawet niektórzy z jej profesorów „byli niezadowoleni z talentów swoich kolegów i studentów Żydów”.

Po ukończeniu studiów Martha uzyskała posadę zastępcy redaktora literackiego „Chicago Tribune”. Wyszła również za mąż „na krótki i nieszczęśliwy czas”. Jednak w sprawach sercowych nie była, tak jak w kwestiach politycznych, naiwną młodą kobietą. Nie zadawała sobie trudu, żeby informować swoich nowych znajomych w Berlinie, że jest mężatką – i jeszcze nie uzyskała rozwodu. „Myślę, że bezwstydnie oszukiwałam cały korpus dyplomatyczny, nie mówiąc, że byłam wówczas kobietą zamężną – pisała z widocznym rozbawieniem. – Ale muszę przyznać, że podobało mi się traktowanie mnie jak osiemnastoletniej panienki, podczas gdy w duchu napawałam się moim mrocznym sekretem”.

Chociaż Martha nie była panienką, udało jej się oczarować większość poznanych w tym czasie mężczyzn. Kiedy 12 lipca 1933 roku Bella Fromm zobaczyła ją po przyjeździe do Berlina z rodzicami, opisała córkę nowego ambasadora jako „idealny przykład inteligentnej młodej Amerykanki”. Gdy w następnym roku do Berlina przyjechał William Shirer, nowy szef biura Universal News Service, przyszły słynny spiker CBS, zapisał w swoim dzienniku, że Martha większość wieczorów spędza w Die Taverne, restauracji, gdzie niemal co wieczór zbierają się po pracy amerykańscy korespondenci. Shirer opisał ją jako „ładną, pełną życia, żarliwą dyskutantkę”.

Jednak Martha budziła również inne uczucia, szczególnie u żon pracowników ambasady. Kay Smith wróciła z mężem Trumanem, attaché wojskowym, który w 1922 roku jako pierwszy amerykański urzędnik spotkał się z Hitlerem, na berlińską placówkę w 1935 roku. „Martha miała własne mieszkanie na najwyższym piętrze ambasady – napisała w swoim nieopublikowanym pamiętniku. – To niska, delikatna, błękitnooka dziewczyna o różowobiałej karnacji, mała figurynka z drezdeńskiej porcelany. Powierzchowność jednak myli. Martha umiała sobie radzić z mężczyznami, i to podobno bez skrupułów. Po pewnym czasie dotarły do mnie pogłoski, że w swoim mieszkaniu przyjmuje mężczyzn o każdej porze dnia i nocy”.

 

 

Martha z pewnością miała upodobanie do romansowania, zarówno politycznego, jak i osobistego. Jeśli chodzi o sprawy polityczne, jako świeży przybysz w pierwszej chwili uznała, że Niemcy i ich nowe władze są niesprawiedliwie potępiane przez opinię światową – i potrzebowała pomocy w wyprostowaniu tych poglądów. „Lubiliśmy Niemców i byłam oczarowana życzliwością i prostotą tutejszych ludzi […] wszystko było spokojne, romantyczne, nieznane, nostalgiczne – wspominała. – Uważałam, że prasa oszkalowała kraj, i chciałam mówić głośno o cieple i przyjaznym nastawieniu ludzi, pogodnych letnich nocach pachnących drzewami i kwiatami, spokojnych ulicach”. Kiedy przeszła się po restauracjach, w których ceny były umiarkowane, porównała swoje doświadczenia do wspomnień z pobytu we Francji: „Niemcy wydają się bardziej szczerzy i uczciwi, nawet sfery kupieckie”.

Niedługo po przyjeździe Martha poznała rodaka, Quentina Reynoldsa, który również niedawno przyjechał do Niemiec. Reynolds został wysłany do Berlina na początku 1933 roku przez International News Service, żeby zastąpić stałego korespondenta, który na raził się nowym nazistowskim władzom. Przeszedł bezpośrednio od artykułów o gwieździe baseballu Ty Cobbie do relacjonowania najważniejszych wydarzeń zagranicznych tamtych czasów. Sam się przyznawał, że włada tylko „knajpianym niemieckim” i „nie ma większej orientacji w bieżących wydarzeniach”. Ale wierzył, że koledzy korespondenci dadzą mu intensywny kurs lokalnej polityki. Knickerbocker zachęcił go do przeczytania Mein Kampf. „Żaden mój znajomy Amerykanin nie zadał sobie trudu, aby to przeczytać, a w tej książce jest wszystko: jego plan podboju Europy”, powiedział mu.

Zanim Reynolds poznał Marthę Dodd, zdążył się zaprzyjaźnić z Putzim Hanfstaenglem, który regularnie zaglądał do Die Taverne. „Muszę powiedzieć z przykrością, że przy pierwszym spotkaniu zrobił na mnie wrażenie bardzo sympatycznego człowieka – wspominał później Reynolds. – Był potężnie zbudowany, o grubo ciosanych rysach twarzy, ciemnych oczach i grzywie czarnych jak smoła włosów, które odrzucał do tyłu. Był przymilnym, fascynującym i zabawnym mówcą i w przeciwieństwie do innych nazistów, z którymi później miałem do czynienia, ze wszystkich sił starał się być miły dla Amerykanów. Trzeba dobrze poznać Putziego, żeby go znielubić”. Martha była pod wielkim wrażeniem, że Reynolds, który przebywał w kraju zaledwie od kilku miesięcy, zna już „takie legendarne figury” jak Hanfstaengl i zorganizował spotkanie, aby ona również mogła go poznać. Na przyjęciu wydanym przez angielskiego dziennikarza – „wystawnym i mocno zakrapianym”, jak je opisała

Martha – nazistowski propagandzista spełnił jej oczekiwania. „putni wszedł spóźniony i z rozmachem, wielki, potężnie zbudowany, górował wzrostem nad wszystkimi obecnymi – napisała. – Miał miły, przyjemny sposób bycia, piękny głos, którym operował z artyzmem, raz mówił prawie szeptem, łagodnie, za chwilę grzmiał na cały pokój. Był artystą pośród nazistów, nieobliczalnym i interesującym, osobistym błaznem i muzykiem samego Hitlera […]. Ten dziwny fenomen stworzyła bawarsko-amerykańska mieszanka krwi”.

 

Podobnie jak inni Amerykanie Martha często spędzała czas w towarzystwie Hanfstaengla, tańczyła z nim na przyjęciach i ochoczo korzystała z jego propozycji przedstawienia jej nazistowskim luminarzom. Jednak Reynolds do tego czasu wyrobił już sobie o nim bardziej sceptyczną opinię, chociaż się z tym nie zdradzał. Jakiś miesiąc po przyjeździe Reynolds wpadł na Hanfstaengla przypadkiem w barze hotelu Adlon. – Jesteś tu już od miesiąca, a jeszcze nie zapytałeś mnie o tak zwaną kwestię żydowską ani nie napisałeś nic, co by mnie rozdrażniło – powiedział mu Putzi. – Co z tobą, Quent? – Daj mi trochę czasu, Putzi – odparł Reynolds. – Za krótko tu jestem, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy.

W czasie kiedy Reynolds poznał Marthę, nie tylko wiedział już, co w trawie piszczy, ale chętnie badał temat również prywatnie. W sierpniu zaproponował Marcie i jej bratu Billowi, aby pojechali z nim ich chevroletem na południe Niemiec i do Austrii. Martha ochoczo podchwyciła pomysł. Kiedy jechali na południe, dostrzegła słowo „Jude” na transparentach zawieszonych nad drogą; domyślili się, że to antysemicka propaganda, ale jak to ujęła Martha, „nie potraktowaliśmy – przynajmniej ja nie potraktowałam – tego poważnie”.

W istocie Martha zareagowała tak emocjonalnie na widok maszerujących brunatnych koszul i widoczny entuzjazm ludzi, że sama odpowiedziała podobnym entuzjazmem. Kiedy Niemcy zobaczyli ich specjalne numery rejestracyjne z niskim numerem, uznali, że trójka Amerykanów pełni najwyższe urzędy, i powitali ich pozdrowieniem Heil Hitler. „Podekscytowanie ludzi było zaraźliwe i sama «hajlowałam» jak najęta razem z nazistami”, wspominała. Chociaż Reynolds i Bill drwili z jej zachowania, „czułam się jak dziecko, pełna energii i niefrasobliwa, odurzenie nową władzą działało na mnie jak wino”, przyznała.

Około północy Amerykanie zatrzymali się na nocleg w Norymberdze. Kiedy dojechali do hotelu przy Königstrasse, z zaskoczeniem zobaczyli na ulicy podekscytowany tłum. Założyli, że ludzie przyjechali na festiwal wytwórców zabawek. Meldując się w recepcji, Reynolds spytał recepcjonistę, czy odbędzie się jakaś parada.

– W pewnym sensie parada – zaśmiał się recepcjonista. – Ktoś dostanie nauczkę.

 

Amerykańscy goście wyszli na zewnątrz w tłum. Zgromadzeni byli w dobrym nastroju, dźwięki orkiestry dodawały odświętnej atmosfery. Potem zobaczyli nazistowskie transparenty i swastyki, i źródło muzyki: maszerującą orkiestrę SA. Dwóch wysokich SA-manów ciągnęło kogoś między sobą. „W pierwszej chwili nie mogłem stwierdzić, czy jest to mężczyzna czy kobieta – napisał Reynolds. – Osoba była ogolona na łyso, a twarz i głowę miała posypaną białym proszkiem. Chociaż nosiła spódnicę, mogła być równie dobrze mężczyzną przebranym za błazna”. Gdy brunatne koszule postawiły swoją ofiarę na nogi, Amerykanie dostrzegli napis na jej szyi: „Chciałam żyć z Żydem”.

Dawanie „nauczki” trwało dalej, a Amerykanie dowiedzieli się od tłumu, że ofiarą jest kobieta, Anna Rath. A oto powód tej surowej kary: chciała poślubić swojego narzeczonego, Żyda, wbrew zakazowi mieszanych małżeństw*. Martha zapamiętała widok jej „tragicznej i udręczonej twarzy koloru rozcieńczonego absyntu”. Zaskoczyła ją również reakcja Reynoldsa. Uważała go za „cynicznego” dziennikarza, ale „nim również wstrząsnęła ta scena i powiedział, że jedyne, co można zrobić, to upić się, by o tym zapomnieć”.

 

Naziści na zakończenie wieczoru odegrali Die Fahne hoch (Horst Wessel Lied) dla około pięciu tysięcy ludzi, którzy śpiewali z uniesionymi rękami, a potem wszyscy się rozeszli. Martha wciąż próbowała przekonać Reynoldsa, że nie powinien pisać o incydencie, chociaż gdy euforia z niej uleciała, poczuła się rozdrażniona i przemarznięta. Dowodziła, że z powodu obecności jej i brata notatkę odebrano by jako sensacyjną ciekawostkę, a w sumie nie wiadomo, jak ta historia przedstawiała się od strony nazistów. Oraz że musiał to być pojedynczy przypadek.

Chociaż Martha twierdziła, że ich trójka zastosowała się do pragnienia Reynoldsa, żeby się upić, i poszła napić się różowego szampana, dziennikarz był trzeźwy, gdy udał się do swojego pokoju. Od razu zadzwonił do Hudsona Hawleya, swojego szefa w Berlinie, podekscytowany, że ma dowód na akty okrucieństwa, o których wielu dziennikarzy tylko słyszało, ale żaden nie widział na własne oczy – a naziści rutynowo im zaprzeczają. Hawley ostrzegł, że prawdopodobnie nie pozwolą mu nadać wiadomości telegraficznie, i zasugerował, aby wysłał notatkę pocztą. Poradził mu również, aby nie wspomniał o obecności Marthy i Billa Doddów, żeby uniknąć negatywnych reperkusji wobec nowego ambasadora. „Pisząc o tym wydarzeniu, cały drżałem – wspominał Reynolds. – Ciągle prześladował mnie widok groteskowo białej twarzy Anny Rath”. Następnego dnia rano wysłał artykuł pocztą.

Do czasu, gdy tydzień później wrócił z Doddami do Berlina, tekst wywołał dużo szumu. Hanfstaengl zostawił dla niego wiadomość, że chce się z nim pilnie spotkać. „W twoim artykule nie ma ani jednego cholernego słowa prawdy! – krzyczał Putzi na Reynoldsa, zrzuciwszy maskę serdeczności. – Rozmawiałem z naszymi ludźmi z Norymbergi, mówią, że nic takiego się tam nie wydarzyło”.

 

Jednak weteran brytyjskich korespondentów, Norman Ebbutt, drążył historię, poleciwszy jednemu ze swych reporterów ją potwierdzić. Powiedział Reynoldsowi, że tenże reporter dowiedział się, że Rath została zamknięta w szpitalu dla psychicznie chorych.

Minister spraw zagranicznych nie zadał sobie trudu, by zaprzeczyć wydarzeniu, jak uczynił to Hanfstaengl. Wysłał tylko urzędników do domu Doddów, aby przeprosić za, jak to nazwali, pojedynczy akt okrucieństwa, jakby na potwierdzenie tego, co Martha próbowała wytłumaczyć Reynoldsowi. Twierdzili również, że sprawcy zostaną ukarani. Pozwoliło to Marcie zachować początkowe złudzenia, że jedynym problemem nowych Niemiec jest niezrozumienie ich przez świat zewnętrzny.

Jeśli chodzi o Reynoldsa, dziennikarz został już odarty ze wszelkich złudzeń o naturze nazistowskiego reżimu, jak również na temat Hanfstaengla. Przy okazji incydentu z Anną Rath ujrzał prawdziwą twarz Putziego, nie tę żartobliwą, którą oczarowywał Amerykanów. Kiedy Reynoldsa odwiedzili w Berlinie rodzice, korespondent wydał na ich cześć wielkie przyjęcie. Zaprosił Marthę i Billa Doddów oraz kilku kolegów po fachu i paru niemieckich znajomych. Putni jak zwykle przybył spóźniony i zasiadł do pianina. Powiedział matce Reynoldsa, że zaśpiewa dla niej napisaną przez siebie piosenkę. „Putzi odśpiewał mojej mamie paskudną piosenkę, w której jako wrogów Trzeciej Rzeszy wskazał na Żydów, katolików i czarnuchów”, wspominał Reynolds. Putzi zniżył głos, tak że tylko mała grupka stojąca przy pianinie mogła słyszeć słowa, co świadczyło o tym, że doskonale wie, co robi. Odpłacił Reynoldsowi za artykuł o Annie Rath, atakując matkę korespondenta na jego oczach.

Reynolds chciał go uderzyć, ale inny niemiecki gość wyperswadował mu wywołanie sceny, która będzie tylko źle o nim świadczyć. Delektując się wysokim mniemaniem o sobie, Putzi wkrótce oznajmił, że musi wyjść, gdyż Hitler potrzebuje go w Kancelarii, żeby zagrał mu Liszta. Odprowadzając Putziego do drzwi, Reynolds ze wszystkich sił starał się udawać miłego gospodarza, który chce grzecznie pożegnać gościa. Ale jego ostatnie słowa, które usłyszał tylko Putzi, nie mogły być jaśniejsze: „Nigdy więcej nie przychodź do mojego domu, ty gnido”.

W liście z 30 czerwca 1933 roku do córki Betty, studentki University of Chicago, Louis Lochner z Associated Press rozpisał się o decyzji prezydenta, aby przysłać historyka Williama Dodda jako reprezentanta Stanów Zjednoczonych w Berlinie. „Roosevelt musi mieć niezłe poczucie humoru, żeby wysłać propagatora najbardziej liberalnej jeffersonowskiej demokracji […] do tego antydemokratycznego kraju – pisał. – Będzie tu pasował jak wół do karety!”

 

Kiedy Dodd przyjechał do Niemiec w lipcu, zaczął ostrożnie badać nowe otoczenie, obserwować, jak jest przyjmowany, i oceniać sytuację polityczną. Po spotkaniu z Konstantinem von Neurathem Dodd nazwał ministra spraw zagranicznych „najżyczliwszym”. Hans Luther, niemiecki ambasador w Stanach Zjednoczonych, który w lipcu również przebywał w Berlinie, odwiedził swojego nowego amerykańskiego odpowiednika, aby omówić plany Hitlera uzdrowienia gospodarki i polityki celnej. W kwestii najdrażliwszej, czyli jak rząd nazistowski odnosi się do swoich najbliższych sąsiadów, Luther starał się uspokajać Dodda. „Nie wykazywał agresywnego nastawienia wobec Francji, nie wspomniał ani słowem o polskim korytarzu”, zapisał Dodd w swoim dzienniku.

Dodda szczególnie interesowały poglądy jego kolegów naukowców i to, co usłyszał, zasiało w nim ziarnko niepokoju. Profesor Otto Hoetzsch z uniwersytetu berlińskiego, były poseł do Reichstagu i „sławny internacjonalista”, napisał Dodd, wyraził „swoje względne zadowolenie z rządów Hitlera”. Jak zaobserwował nowy ambasador, „jak dotąd niemal wszyscy wykładowcy uniwersyteccy ulegają własnemu strachowi, ale widać na pierwszy rzut oka, że to raczej lęk przed utratą pracy niż chęć poddania się”.

28 lipca Dodd opisał „najsmutniejszą historię o prześladowaniu Żydów, jaką kiedykolwiek słyszał”. Popularny chemik Fritz Haber przyszedł spytać go, czy może wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Został zwolniony z pracy i naziści odmówili mu prawa do emerytury, a ciągle ma problemy z sercem. Dodd powiedział mu, że nie ma już miejsc w puli imigracyjnej, a naukowcom jego rangi nie przysługują żadne przywileje. Chociaż Haber miał jeszcze alternatywny plan wyjazdu do Hiszpanii, Dodd pomyślał sobie: „Takie traktowanie nie przyniesie nic dobrego rządowi, który stosuje tak okrutne metody postępowania”.

 

Podobnie jak konsul generalny Messersmith i inni amerykańscy dyplomaci Dodd coraz częściej interweniował w licznych teraz przypadkach pobicia Amerykanów przez brunatne koszule, szczególnie tych, którzy zaniedbali pozdrowienia Heil Hitler. Minister spraw zagranicznych von Neurath zapewnił go, że zrobi wszystko, co możliwe, aby nie dopuścić do podobnych incydentów w przyszłości, ale stwierdził jednocześnie, że brunatne koszule „są nie do opanowania i obawiam się, że nie potrafimy ich powstrzymać”.

Podczas przemówienia z okazji Dnia Kolumba na przyjęciu Amerykańskiej Izby Handlowej w hotelu Adlon Dodd postanowił szerzej poruszyć kwestię charakteru rządu i niebezpieczeństwa akcji odwetowych. W obecności przedstawicieli ministerstw spraw zagranicznych, gospodarki i propagandy ostrzegł, że nowe eksperymenty społeczne mogą doprowadzić do katastrofy. „To nie grzech, jeśli mąż stanu dostatecznie dobrze zna historię, by mieć świadomość, że każdy system, który próbuje kontrolować społeczeństwo poprzez przywileje, musiał upaść”, oznajmił. Jako alternatywę przedstawił przekonanie Thomasa Jeffersona, że „by stworzyć idealny porządek społeczny, trzeba pozostawić każdemu człowiekowi maksymalną wolność inicjatywy i działania oraz zakazać wszystkim ludziom i grupom ludzi czerpać korzyści kosztem innych”.

Dodd był uradowany „nadzwyczajnym aplauzem”, jakim nagrodzono jego przemówienie, chociaż wyczuł, że na sali panuje pewne napięcie. Dostrzegł również u przedstawicieli władz niejakie oznaki irytacji z powodu jego oświadczeń i ciągłych zapytań w sprawach o napaści na Amerykanów. „Jest oczywiste, że w kręgach oficjalnych narasta niechęć do mnie – napisał. – Myślę, że to po prostu nazistowska opozycja”.

17 października ambasador miał okazję przedstawić swoją sprawę bezpośrednio Hitlerowi. Oto jego pierwsze wrażenie: „Wygląda nieco lepiej niż na zdjęciach w gazetach”. Kiedy Dodd poruszył kwestię ataków na Amerykanów, Hitler wydawał się przychylnie nastawiony. „Kanclerz zapewnił mnie osobiście – napisał ambasador w swoim dzienniku – że dopilnuje, aby sprawcy każdego kolejnego ataku zostali przykładnie ukarani, oraz że wyda rozporządzenie, iż obcokrajowcy nie muszą oddawać hitlerowskiego pozdrowienia”.

 

Jednak gdy Dodd spytał Hitlera o jego ostatnie oświadczenie, że Niemcy wycofują się z Ligi Narodów, kanclerz „zaczął ciskać gromy” na traktat wersalski i wiele innych rzekomych poniżeń, jakich prześladowane Niemcy doświadczają ze strony zwycięzców wojny. Dodd przyznał, że Francuzi postępują niesprawiedliwie, ale próbował uderzyć w bardziej filozoficzną strunę. Wojna zawsze prowadzi do niesprawiedliwości, argumentował, i powołał się na to, jak stany południowe były traktowane po wojnie secesyjnej. Ale Hitler nie był gorliwym uczniem, jeśli chodziło o historię: zachował wymowne milczenie, gdy były profesor starał się przybliżyć mu swój punkt widzenia.

Kilka dni wcześniej Dodd próbował zastosować podobną filozoficzną taktykę w liście do Roosevelta na temat charakteru wydarzeń w Niemczech. 12 października napisał do prezydenta, że trzeba wstrzymać się z opiniami na temat nowych władz kraju, sugerując, że jest jeszcze nadzieja. „Zasadniczo uważam, że ludzie mają prawo rządzić się sami i inne narody muszą uzbroić się w cierpliwość, nawet jeśli dochodzi do aktów okrucieństwa i niesprawiedliwości. Dajmy ludziom szansę zrealizować własne plany”.

Dodd próbował wybadać, jak wyglądają plany Hitlera – szczególnie, czy incydent graniczny z którymkolwiek z sąsiadów mógłby wywołać nową wojnę. „Nie, nie”, protestował Hitler. Jednak gdy Dodd wspomniał o zorganizowaniu europejskiej konferencji, gdyby zaogniła się sytuacja w Zagłębiu Ruhry, odparł: „Taki byłby mój zamysł, ale możemy nie być w stanie powstrzymać niemieckiego narodu”. Dodd zanotował w dzienniku: – „Uznałem, że oznacza to stosowanie przemocy przez nazistów, których szkolił w agresywnych działaniach”. Ambasador podsumował: „Przede wszystkim zwróciłem uwagę na jego wojowniczość i ogromną wiarę w siebie”.

Mimo wszystko Dodd nadal nie był przekonany, czy Hitler cieszy się pełnym poparciem niemieckiego społeczeństwa, i zadawał pytanie, na ile mocno dzierży władzę. Dwa dni przed spotkaniem z kanclerzem poszedł do kina i obserwował, jak pojawienie się Hitlera w kronice filmowej wywołuje ledwie letnie emocje. „Hitler z pewnością nie ma takiej władzy nad narodem jak Mussolini, włoski despota”, zauważył. Ale Dodd z pewnością rozumiał, jak wielkie fizyczne niebezpieczeństwo stanowi ruch Hitlera. W ostatnią niedzielę października w południe spacerował po Tiergartenstrasse i zauważył nadciągający pochód SA. „Skręciłem do parku, żeby uniknąć trudnej sytuacji”, zanotował w swoim dzienniku. Co zrozumiałe, nie chciał stać się cause célebre, nie oddając hitlerowskiego pozdrowienia i być może płacąc podobną cenę jak wcześniej inni Amerykanie.

Niemniej Dodd nadal chciał się skupić nad tym, że Niemcy powinny zaprzestać represji i zachować choć minimum swobód obywatelskich i dobre obyczaje. Poproszony o powiedzenie kilku słów na niemiecko-amerykańskim forum Kościołów 19 listopada, w dniu Marcina Lutra, ambasador wygłosił mały wykład o życiu Lutra, „tak jak zrobiłbym to przed publicznością amerykańską”, zauważył z widoczną dumą. Publiczność w dwóch trzecich składała się z Niemców, w jednej trzeciej z Amerykanów, obie grupy oklaskiwały go entuzjastycznie. „Było dla mnie jasne, że Niemcy oczekiwali, iż powiem publicznie to, o czym im nie wolno mówić prywatnie, szczególnie na temat wolności religijnej i osobistej”, podsumował.

 

Dodd bynajmniej nie pozbył się złudzeń w kwestii zamiarów Hitlera. Na początku grudnia sir Eric Phipps, jego brytyjski odpowiednik w Berlinie, wpadł do niego do domu z informacją, że Hitler ponowił wcześniejszą propozycję negocjowania ugody rozbrojeniowej z Francją*. Zgodnie z założeniami Niemcy miałyby prawo do utrzymywania trzystutysięcznej armii oraz dział i „samolotów obronnych”. Teraz Hitler chciał dodać zobowiązanie, że przez dziesięć lat nie podejmie działań wojennych i zaakceptuje międzynarodowy nadzór nad zbrojeniami oraz nad SA i SS liczącymi 2,5 miliona ludzi. Dodd obiecał wysłać depeszę z propozycją do Waszyngtonu i optymistycznie zanotował w dzienniku: „Wygląda to mi na duży krok w stronę rozbrojenia […]”.

 

Jednak o ile ambasador nadal żywił nadzieję, że Hitler może się okazać rozsądniejszy, niż wskazywałyby na to jego retoryka i program, o tyle czuł się skrępowany w jego towarzystwie – i wyczuwał, że niemiecki przywódca również nie czuje się swobodnie w jego obecności. 1 stycznia 1934 roku korpus dyplomatyczny Berlina zebrał się w Pałacu Prezydenckim, by złożyć wyrazy szacunku osiemdziesięciosześcioletniemu prezydentowi von Hindenburgowi. Gdy pojawił się Hitler, złożyli sobie z Doddem noworoczne życzenia. Potem, szukając jakiegoś neutralnego tematu do rozmowy, Amerykanin powiedział Hitlerowi, że ostatnio spędził kilka przyjemnych dni w Monachium, gdzie również Hitler spędził część wolnych dni. Dodd wspomniał, że spotkał się ze „wspaniałym niemieckim historykiem” – profesorem Meyerem, z którym studiował w Lipsku. Gdy Hitler wyjawił, że nie ma pojęcia, kim jest Meyer, Dodd wymienił kilka innych nazwisk profesorów uniwersytetu w Monachium. Jednak i tym razem Hitler nikogo nie rozpoznał i „sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie miał styczności z ludźmi, których ja znałem i szanowałem”.

„Bałem się, że pomyśli, iż próbuję wprawić go w zakłopotanie – napisał Dodd w swoim dzienniku. – Ale tak nie było. Jednak nie istniał taki dyplomatyczny lub polityczny temat, który moglibyśmy poruszyć w tych drażliwych czasach”. Hanfstaengl, który bardzo starał się podtrzymywać więzy z ambasadorem i jego córką Marthą, wspomniał później, że była jeszcze inna przyczyna skrępowania panującego między kanclerzem a wysłannikiem amerykańskim. „De gute Dodd, on ledwo mówi po niemiecku i w ogóle bez sensu”, powiedział Hitler Putziemu. Na Führerze sumienność Dodda nie robiła większego wrażenia. Niemiecki przywódca aż nadto chętnie traktował go jako człowieka niekonsekwentnego, reprezentującego kraj, który jest „beznadziejnie słaby i w żaden sposób nie jest w stanie zakłócić realizacji [jego] planów”.

Hanfstaengl podzielał pogardę przywódcy dla Dodda. „To był skromny profesorek historii amerykańskiego Południa, któremu z trudem udawało się utrzymać ambasadę i który pewnie próbował oszczędzać pieniądze z uposażenia – napisał w swoich powojennych pamiętnikach. – W czasie, kiedy potrzeba było porządnego milionera, żeby sprostać ekstrawagancji nazistów, on usuwał się w cień, jakby ciągle mieszkał w uczelnianym kampusie”.

Uwaga, że bardziej efekciarski, bogatszy wysłannik „sprostałby” nazistom, jest, łagodnie rzecz ujmując, dziwacznym argumentem, który więcej mówi o samym Hanfstaenglu niż o Doddzie. Putzi nadal dumnie kroczył po mieście jako propagandzista Hitlera, podczas gdy Dodd próbował przynajmniej powstrzymać pęd nazistów – nawet jeśli jego wysiłki okazały się daremne.

 

 

W pierwszym roku rządów Hitlera znalazł się przynajmniej jeden amerykański gość, który szybko ocenił, co się dzieje, i postanowił otwarcie ostrzec wszystkich przed nazistami. Mowa o Sherwoodzie Eddym, protestanckim misjonarzu i sekretarzu narodowym YMCA, który podróżował i nauczał w Azji, Związku Radzieckim i Niemczech, autorze kilku książek o własnych doświadczeniach i poglądach. W lipcu 1933 roku Carl Schurz Society, stowarzyszenie nazwane na cześć amerykańskiego polityka i dziennikarza niemieckiego pochodzenia, generała armii unionistów podczas wojny secesyjnej, który jako pierwszy w historii Amerykanin niemieckiego pochodzenia został senatorem, wydało przyjęcie z okazji dorocznego seminarium amerykańskiego, a Eddy stał na czele delegacji Stanów Zjednoczonych. Była to jego dwunasta wizyta w Niemczech, jak poinformował swoich gospodarzy.

Kontynuacja tych spotkań miała stanowić sygnał, że nowe władze poświęcają się działaniom na rzecz zachowania pokoju. Podczas przyjęcia niemieccy mówcy z dumą odnosili się do niedawnego przemówienia Hitlera w Reichstagu na temat stosunków międzynarodowych. Według reporterki Belli Fromm, zwykle obecnej na tego typu wydarzeniach towarzyskich, przekazywali tym sposobem wiadomość o podwójnym znaczeniu: „Wszelkie niepokoje innych krajów w kwestii agresywnych intencji Niemiec powinny zniknąć. Przecież zasada wodzostwa funkcjonuje również w Ameryce Roosevelta”.

Eddy odpowiedział grzecznym zapewnieniem o jego miłości do Niemiec i subtelnie nawiązał do tematu nowego reżimu. „Zauważyłem wszechogarniający entuzjazm i zapał w tych, jak je nazywacie, «Nowych Niemczech». Zawsze pochwalałem entuzjazm i zapał”. Ale potem szybko przeszedł do sedna. „Poza miłością do Niemiec noszę w sercu inne, nawet silniejsze uczucie: miłość do człowieka”. I ta miłość, ciągnął, uczyniła z niego zdecydowanego orędownika „bezstronnej sprawiedliwości, wolności słowa, prasy i zgromadzeń; fundamentalnych moralnych i ekonomicznych zasad”. Na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał, dodał: „Wolności te muszą zachowywać wszystkie narody, które uważają się za kulturalnie integralne”.

Eddy wspomniał, że trzymał się tych samych zasad w Rosji, i zapewnił, że nie będzie milczał na temat rażącego ich łamania także w tym kraju. „Jako przyjaciel Niemiec oświadczam, że postępujecie wbrew zasadom sprawiedliwości”, ciągnął, wprawiając nazistowskich słuchaczy w „konsternację”, jak to opisała Bella Fromm. „Nie da się stosować podwójnej sprawiedliwości, jednej dla «Aryjczyków» i «nordyków», a innej dla socjaldemokratów, komunistów, liberałów, Żydów oraz pacyfistów. Nie mówcie, że to wasza sprawa. Jeśli my w Stanach Zjednoczonych posuwamy się do linczów, to dotyczy całego świata […]. Cały świat ma prawo się niepokoić, kiedy wy dopuszczacie się podobnej niesprawiedliwości”.

A kiedy Eddy rozkręcił się już w temacie, zwrócił się do Niemców jeszcze bardziej otwarcie: „W waszym kraju niesprawiedliwość spotyka się teraz na każdym kroku, o każdej porze. Co robicie katolikom, komunistom, socjaldemokratom, Żydom? Jakież potworności rozgrywają się za murami waszych okropnych obozów koncentracyjnych? Czytałem wasze gazety”.

Mówiąc to, Eddy uniósł aktualny numer nazistowskiego dziennika „Völkischer Beobachter” z nagłówkiem: „W ciągu ostatnich piętnastu lat 70 tysięcy Żydów imigrowało do Niemiec”. Powiedział, że takie stwierdzenie jest nie tylko złe, ale „stanowi zachętę dla młodych, podsyca nienawiść rasową, jest sygnałem do okrutnego i niczym nieusprawiedliwionego aktu niszczenia”. Wspomniał, że słyszał „szczucie na Żydów” podczas wieców w Niemczech, i ostrzegł: „To musi doprowadzić do masakry […]. Szczerze martwię się o kraj,

który umiłowałem”.

Obecni na sali cudzoziemcy gorąco go oklaskiwali. „Naziści, bladzi, wściekli, siedzieli nieruchomo w lodowatym milczeniu”, relacjonowała Bella Fromm. Ale nie miała możliwości napisać o tym nadzwyczajnym wystąpieniu amerykańskiego misjonarza w swojej gazecie. Zamiast niej inny reporter zamieścił tylko niewinne wstępne uwagi Eddy’ego i zakończył jego rzekomym nawoływaniem do okazania przyjaznego zrozumienia dla nowych Niemiec w jego kraju ojczystym. „Czytałam to z niedowierzaniem”, napisała Fromm w swoim dzienniku. Ale nie miała sposobu zapoznać opinii publicznej z prawdziwą treścią przemówienia.

 

Swoją dalekowzrocznością i chęcią podzielenia się trudnym przesłaniem Eddy w niczym nie przypominał innych amerykańskich gości w początkach „Nowych Niemiec”. Byli tacy, którym postępowanie nazistów przeszkadzało, ale bardzo niewielu naprawdę rozumiało, jak głębokie zmiany zachodzą w kraju i jego mieszkańcach oraz jakie niebezpieczeństwo sobą przedstawiają.

 

Często przyjezdni Amerykanie okazywali najwyżej lekki niepokój. Przyszły powieściopisarz Wright Morris, wówczas zaledwie dwudziestotrzyletni, wsiadł w październiku 1933 roku na frachtowiec z Nowego Jorku do Antwerpii. Postanowił zwiedzić Europę. Podczas pobytu na tym kontynencie przejeżdżał przez Niemcy i zatrzymał się w schronisku młodzieżowym w Heidelbergu. Mansardowe okno jego pokoju wychodziło na park, w którym bawiły się jasnowłose dzieci. Była piękna pogoda, więc wyszedł na spacer po mieście znanym z romantycznych tradycji. „Stałem i stałem na brzegu Neckaru, patrzyłem na zamek, unoszącą się mgłę i roiłem o nimfach znad Renu”, napisał w swoim dzienniku podróżnym.

Ale jednocześnie „od razu wyczułem, że coś psuje ten idealny obrazek. Poza kręgiem światła i w cieniu, poza przenikliwymi głosami dzieci, czaiła się groźba, która wisiała nad nami wszystkimi”. Kiedy wszedł do sklepu z tytoniem obejrzeć fajki, dostrzegł, że ktoś przygląda mu się zza zasłony. „W uśmiechu nadskakującej sprzedawczyni było coś niepokojącego i fałszywego – wspominał. – Słyszałem jakieś szepty dobiegające zza zasłony. Zwykle uczucia obawy czy pierwotnego lęku są mi obce, ale w oczach i nienaturalnym zachowaniu tej kobiety wyczułem nieokreślony niepokój, który i mnie się udzielił”. Jednak potem Morris szybko dodał: „Po wyjściu na słoneczną ulicę wkrótce o tym zapomniałem”.

Inni woleli przymykać oczy na wszelkie niepokojące sygnały, przekonani, że kluczem do międzynarodowej harmonii jest pozostawienie każdemu państwu swobody wyboru własnej drogi i uznanie, że wszyscy ludzie mają ze sobą więcej wspólnego, niż im się wydaje. Nikt nie wierzył w to bardziej niż Donald B. Watt z Putney w Vermoncie, który latem 1932 roku zabrał po raz pierwszy małą grupę młodych Amerykanów do Europy w ramach programu Experiment in International Living. Ten program wymiany, polegający na pobytach u rodzin w różnych krajach, jest kontynuowany do dziś. Jak to ujął Watt, jego celem było „stworzenie na pewien określony czas kontrolowanych warunków, które umożliwią nawiązanie porozumienia i przyjaźni między narodami i odmiennymi kulturami”.

Entuzjazm Watta do „nawiązywania przyjaźni z «cudzoziemcami »” sprawił, że zlekceważył – a nawet wyśmiał – ostrzeżenia ludzi, aby nie organizował wyjazdu swoich młodych idealistów do Niemiec latem 1933 roku, po objęciu władzy przez Hitlera, w ramach drugiej tury „eksperymentu”. „Na podstawie opinii o wojowniczości tego kraju można by się spodziewać, że Niemcy będą wyjątkowo niegościnni dla grupy zainteresowanej krzewieniem pokoju – napisał Watt. – Nic bardziej mylnego: nazistowscy organizatorzy okazali się życzliwi […]. Obraz przedstawiany w [amerykańskich] gazetach jest zupełnie inny niż zastana przez nas rzeczywistość”. Jeśli chodzi o akty przemocy, dodał, „sugestia, że cudzoziemcy nie mogą czuć się tu bezpieczni, jest tak samo śmiechu warta dla tych, którzy spędzili w tym kraju lato, jak opinia, że Niemcy są nieuprzejmi”.

Watt przyznał po powrocie, że dało się zauważyć „przesadny porządek” i „zahipnotyzowane tłumy” manipulowane przez nazistów. Jednak jedyne realne niebezpieczeństwo dla przyjezdnych obcokrajowców, jego zdaniem, nie płynęło z „potęgi sugestii” ciągłego salutowania i „przeciwstawiania się ze wszystkich sił, jeśli ktoś nie chciał dołączyć do salutującego tłumu”. Pomimo licznych doniesień o pobiciach Amerykanów, którzy nie oddali nazistowskiego pozdrowienia, Watt utrzymywał, że jego podopieczni mogli postępować według uznania. Mieszkając z niemieckimi rodzinami, szybko się zorientowali, że w Stanach Zjednoczonych padli ofiarą propagandy. „Wszystko, czego dowiedzieli się o hitleryzmie w Ameryce, było zdecydowanie nieprzychylne, ale tutaj zaczęli dostrzegać jego pozytywy”, napisał Watt.

Nawet w kwestii Żydów donosił, że zdaniem wszystkich członków jego grupy „stosunkowo nieliczni [zostali] brutalnie potraktowani”. Głównym powodem antysemityzmu w Niemczech, dodał, jest fakt, że „duży odsetek przedsiębiorstw znajdował się w żydowskich rękach”. Młodym Amerykanom zaimponowało również, jak Niemcy „walczą z własnym ubóstwem, powracając do tradycyjnych sposobów życia”. Jednak podstawowy wniosek zgadzał się z tym, co Watt sobie założył i co miał zamiar udowodnić bez względu na wszystko. „Być może najważniejsze ze wszystkiego było to, że, jak sobie uświadomiliśmy, ludzie, których poznaliśmy, byli do nas bardzo podobni – podsumował. – Drugi eksperyment w ramach wymiany Experiment in International Living zakończył się interesującą i udaną demonstracją tolerancji”.

 

Amerykańscy specjaliści od nauk społecznych, którzy badali nowe Niemcy, okazywali zdecydowanie mniejszy optymizm, ale ich poglądy na temat Nowego Porządku w tym kraju bynajmniej nie były jednakowe. W 1933 roku politolog Frederick Schuman – podobnie jak Dodd wykładowca University of Chicago – spędził w Niemczech osiem miesięcy. Swój wyjazd w celach naukowych organizował jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy, ale to wydarzenie zmieniło charakter zarówno jego pobytu, jak i celu. „Przyjechałem do kraju, który znałem wcześniej i uważałem za ojczyznę muzyki, filozofii i Gemütlichkeit* oraz miejsce urodzenia moich pruskich i hanowerskich przodków, teraz przeobrażonych w «Aryjczyków» i «nordyków» – napisał. – Po przyjeździe w kwietniu, w roku objęcia władzy przez nazistów, zastałem Rzeszę w trakcie gwałtownej, chociaż dokonywanej systematycznie, przemiany z demokracji parlamentarnej w państwo faszystowskie”.

 

Schuman obrał za cel swoich badań nowy zwycięski ruch nazistowski i zbierał materiały do wydanej w 1935 roku książki The Nazi Dictatorship: A Study in Social Pathology and the Politics of Fascism („Dyktatura nazistowska: studium patologii społecznej i polityki faszyzmu”). Zważywszy na charakter jego kontaktów, jego analityczny, ale bardzo krytyczny ton nie jest czymś zaskakującym. „Ze strony starych niemieckich urzędników niezmiennie spotykałem się z uprzejmością, pomagali mi i współpracowali ze mną na tyle, na ile pozwalały im względy politycznego i osobistego bezpieczeństwa – wspominał. – Ze strony nowej niemieckiej administracji spotykałem się z wykrętami i wielosłowiem albo, jak w przypadku Hanfstaengla, z grubiańską i błazeńską nieuprzejmością zrodzoną z psychicznego poczucia niepewności i zarozumiałości”.

Chociaż Schuman utrzymywał, że zajmuje się „wyjaśnianiem, nie potępianiem”, nie miał wątpliwości, że każdy dokładny obraz nowego musi być uznany za stronniczy. „Jak każda forma wysoce emocjonalnego i zsubiektywizowanego masowego mistycyzmu, narodowy socjalizm wymagał albo akceptacji, albo odrzucenia – napisał. – Obiektywność równa się odrzuceniu”. Gdy wydał swoją książkę, przedstawił złowieszczą – i trafną – przepowiednię o prawdopodobieństwie nowej wojny wywołanej przez „patologiczną nienawiść, żądzę i chęć mordu”. „Sam faszyzm – podsumował – zostanie pożarty przez swoich opętanych na punkcie wojny synów. Wraz z nim przepadną pozostałości epoki, która przeżyła swoje czasy”.

Theodore Abel, socjolog z Columbia University, również fascynował się wydarzeniami w Niemczech. Kiedy 30 stycznia Hitler został mianowany kanclerzem, Abel napisał w prywatnych zapiskach, w których regularnie zamieszczał różne swoje obserwacje: „Niemcy chcą ponownie zostać światowym mocarstwem, chcą podbijać, chcą cesarza. Niebezpieczeństwo komunizmu jest wielkie i w Niemczech może dojść do wojny domowej. Tymczasem odrzucają wszystkie pokojowe środki […]”.

Jednak wyrażał się o wiele bardziej powściągliwie – czasami nawet pochlebnie – o nowych niemieckich władzach niż Schuman. Po jakimś czasie podważył nawet niektóre wnioski Schumana. 2 lutego napisał: „Znalazłem się pod wrażeniem manifestu Hitlera odwołującego się szlachetnymi słowami do patriotyzmu i ustanawiającego jako jedyny cel przywrócenie jedności Niemców, którzy jego zdaniem znajdują się na krawędzi rozpadu”. Z aprobatą zauważył, że Hitler zobowiązał się walczyć z bezrobociem i rozwijać rolnictwo, podkreślając jednocześnie swoje oddanie dla pokoju i rozbrojenia. „Uważam, że to szlachetny dokument, i mam nadzieję, że jest naprawdę tak uczciwy, jak brzmi”, napisał.

Co do metod używanych przez Hitlera Abel skłonny był uwierzyć mu na słowo. „Parlamentaryzm i dyktatura nie są zatem przeciwstawne, ale oznaczają rozwiązywanie problemów adekwatnie do panujących warunków” – napisał 7 marca. Nawet kiedy naziści urządzili w maju palenie książek, Abel był raczej zaintrygowany niż zdenerwowany. Nazwał palenie książek „bezsensownym, lecz symbolicznym gestem” i przyznał: „Jestem pod wrażeniem dynamizmu i wielkiego entuzjazmu ruchu Hitlera, jego idealizmu, emocjonalnego ferworu, aspektów rewolucyjnych. Z pewnością kierowała nimi idea, bez względu na to, jak absurdalna mogłaby się wydawać nam, niemającym żadnej idei, której moglibyśmy się oddać. Zazdroszczę faszystom, nacjonalistom, komunistom, wszystkim działającym w imię jakiegoś celu”. Było to szokujące wyznanie na temat tego, co mogło przyciągnąć amerykańskiego intelektualistę do najbardziej radykalnego ruchu w tamtym czasie.

 

Latem 1933 roku Abel przyjechał do Niemiec i uderzyła go gotowość wielu ludzi, szczególnie zwolenników Hitlera, do omawiania własnych eksperymentów politycznych. W ten sposób zrodził się jego pomysł, kiełkujący w czasie, kiedy nie mógł znaleźć pracy na cały etat: przeprowadzić duży program badawczy dotyczący nazistów. W czerwcu 1934 roku z poparciem Columbia University i za zgodą niemieckich władz ogłosił konkurs „na najlepszą osobistą historię życia zwolennika ruchu Hitlera”. Prawo do zaprezentowania autobiograficznych esejów mieli tylko ci, którzy wstąpili do partii przed 1 stycznia 1933 roku – przed objęciem władzy przez Hitlera. Za najlepsze prace miały zostać wypłacone nagrody w wysokości od 10 do 125 marek. „Podstawowymi kryteriami są szczegółowość i szczerość”, wyjaśnił w ogłoszeniu. Inicjatywa ta przyciągnęła 683 chętnych. Termin oddania prac mijał jesienią 1934 roku. Szereg niefortunnych wypadków opóźnił wysłanie esejów do Abla do Nowego Jorku o dwa lata, a praca oparta na analizie esejów – książka zatytułowana Why Hitler Came into Power („Dlaczego Hitler doszedł do władzy”) – została wydana dopiero w 1938 roku.

Abel chciał pokazać, co skłoniło tak wielu Niemców do poparcia Hitlera. Szczególną uwagę zwrócił na rozczarowanie wywołane klęską w wojnie, traktatem wersalskim i rewolucyjnymi buntami, które w wyniku tego wybuchły w Niemczech. Młody żołnierz napisał: „Bohaterstwo stało się tchórzostwem, prawda kłamstwem, na lojalność odpowiadano nikczemnością”. Osiemnaście procent z osób, które oddały autobiografie, brało udział w różnych rodzajach powojennych działań militarnych, czy to walcząc z rebeliantami z lewicy lub prawicy, czy w walkach na Górnym Śląsku albo w Zagłębiu Ruhry. Niektórzy utrzymywali, że wstrząsnął nimi „duch żydowskiego materializmu” i kierowali się nacjonalistycznym wychowaniem. „Nie wiedzieliśmy nic o polityce, lecz uważaliśmy, że na tym polega przeznaczenie Niemiec”, oświadczył jeden z nich.

Potem, w 1923 roku, nastąpił nieudany pucz monachijski Hitlera i jego proces, który tylko powiększył jego sławę. „Od tamtego czasu nie mogłem myśleć o niczym innym, tylko o Hitlerze”, napisał inny uczestnik akcji. Podczas gdy wielu innych także wspominało o trudnych warunkach ekonomicznych w Niemczech, Abel przedstawił nieco odmienny obraz zwolenników Hitlera niż reszta uczonych, na przykład Schuman. „Schuman doszedł do wniosku, że u źródeł ruchu Hitlera leżała zbiorowa nerwica, psychiczna dolegliwość Kleinbürgertum [drobnomieszczaństwa] […] zdezorganizowana i patologiczna osobowość całej klasy niemieckiej populacji”.

Abel zlekceważył takie podejście jako oparte w zbyt dużym stopniu na grupowej psychoanalizie i stwierdził, że Schuman i inni naukowcy odmalowali niezgodny z rzeczywistością portret głównego trzonu zwolenników Hitlera. Opierając się na treści esejów, zaprezentował własny opis fikcyjnego przeciętnego zwolennika Hitlera:

 

Jest to mężczyzna po trzydziestce, mieszkaniec miasta wywodzący się z drobnomieszczaństwa, bez wyższego wykształcenia; żonaty i protestant; uczestnik wojny światowej, ale nie angażował się w działalność rewolucyjną w 1918 roku ani w późniejszych rebeliach; przed wstąpieniem do NSDAP nie należał do żadnej partii, związków weteranów ani organizacji paramilitarnych. Zapisał się do partii między 1930 a 1931 rokiem, a o ruchu dowiedział się, czytając o nim lub przychodząc na wiec. Bardzo niezadowolony z republikańskich rządów w Niemczech, ale też bez skłonności antysemickich. Jego status ekonomiczny był bezpieczny, ponieważ nie musiał ani razu zmieniać zawodu, stanowiska pracy ani mieszkania, nigdy też nie był bezrobotny.

Abel wyolbrzymił różnice między sportretowanym przez siebie zwolennikiem Hitlera a charakterystykami Schumana i innych, chociaż w wielu punktach pokrywały się one ze sobą. Przeciętny zwolennik nazistów Abla różnił się od tego opisanego przez innych tym, że był bardziej stabilny emocjonalnie i mniej złowieszczy. We wstępie Abel podkreślił, że wielu uczestników akcji „otwarcie nie godziło się na pewne kierunki polityki, na przykład antysemityzm”. Miał świadomość niebezpieczeństwa założenia z góry, że wyznania nazistów będą autentyczne. „Przedstawiając te fakty i opinie bez komentarza, nie zamierzam sprawiać wrażenia, że się z nimi zgadzam”, podreślił.

Zebrane przez Abla teksty wskazywały, jak wiele czynników zdecydowało o tym, że Hitler pociągał za sobą tylu ludzi. Dając jego zwolennikom szansę przedstawienia własnych historii, Abel znacząco przyczynił się do rozbudowania w Stanach Zjednoczonych literatury dotyczącej ruchu nazistowskiego, co okaże się bardzo przydatne dla późniejszych badaczy. Jednak nietrudno zrozumieć, dlaczego kilku amerykańskich wydawców odmówiło opublikowania jego rękopisu, pracę przyjął wreszcie Prentice Hall. Próba utrzymania przez Abla naukowego obiektywizmu przy badaniu nazistów wyglądała nienaturalnie – i mimo wszystko często wymykały mu się własne opinie. Jak stwierdził Schuman, ruch Hitlera wymagał akceptacji lub odrzucenia. Problem z Ablem polegał na tym, że gdy Hitler doszedł do władzy, nadal chciał w miarę możliwości interpretować wątpliwości na jego korzyść.

 

Amerykańscy dziennikarze, którzy bezpośrednio byli świadkami dojścia Hitlera do władzy, bardziej interesowali się jego dążeniem do objęcia całkowitej kontroli niż debatowaniem nad tym, co tak wielu Niemców przyciągnęło do jego ruchu. Ciężko pracujący Knickerbocker napisał wiosną i latem 1933 roku wiele tekstów, które nie pozostawiały wątpliwości w kwestii zakresu władzy Führera. „Adolf Hitler stał się aryjskim mesjaszem” – napisał, tłumacząc, że poświęcił wszystko dla swojej kampanii na rzecz „czystości rasowej”. Na temat najnowszej broszury antysemickiej napisał, że wylicza sześć typów Żydów: „Krwawy Żyd; Kłamliwy Żyd; Żyd-Oszust; Zepsuty Żyd; Podstępny Żyd i Żyd Nabijający Kiesę”. „Fakt, że taka publikacja w ogóle się ukazała – dodał – jest najlepszym dowodem na to, że ci, którzy uciekli za granicę, właściwie ocenili sytuację”. Hitler okazał się „najwyższym przywódcą”, napisał w innym artykule, a jego władza „przewyższa […] uprawnienia jakiegokolwiek innego przywódcy w ustrojach demokratycznych”.

Opierając się na wcześniejszych doświadczeniach z Moskwy, Knickerbocker wykazał również, jak naziści poszli za przykładem bolszewików w zakresie nowych form terroru. „Najnowszą radziecką metodą przejętą przez nazistów jest branie zakładników politycznych”, napisał. Poza przetrzymywaniem „wszystkich niemieckich Żydów jako zakładników gwarantujących dobre zachowanie ich współplemieńców za granicą”, wyjaśnił, naziści wzięli teraz na cel krewnych wszystkich niemieckich antynazistów, którzy uciekli za granicę. Tak jak w Związku Radzieckim, napisał, ta „obrzydliwa” praktyka okazała się bardzo skuteczna: „Najdzielniejszy człowiek, gotów ryzykować własne życie, cofnie się przed narażaniem życia lub wolności tych, których kocha”.

Knickerbocker znalazł jeden wyjątek od całej tej wymuszonej uległości. „Jedynymi buntownikami, którzy z powodzeniem wyrwali się spod kontroli nazistów, byli niemieccy nudyści”, napisał. Chociaż Hermann Göring i inni wysoko postawieni naziści zakazali nudyzmu, dziennikarze donosili, że był to jedyny obszar, w którym władze przymykały niekiedy oczy, podsycając pewien opór. „Kult nudystów poszedł drogą wszystkich ruchów skrępowanych niepopularnym zakazem prawnym. Uprawiał swoją działalność nielegalnie”. Jednak nie można tu mówić o całkowitym zlekceważeniu. Czynni nudyści wstępowali do NSDAP, aby działać na rzecz swojej sprawy od środka. „Chcieli zaapelować bezpośrednio do Hitlera, który również, jak wyznawcy nudyzmu, nie pije alkoholu, nie pali i nie je mięsa”. Chociaż nic nie świadczyło o tym, że Hitler zaakceptuje najważniejszy punkt ich programu – rozbieranie się do naga – nudyści nie tracili nadziei. „Hitler musi nas zrozumieć”, przytoczył ich słowa Knickerbocker.

Nudyści stanowili rzadki wyjątek wśród innych poważnych i niepokojących tematów podejmowanych przez dziennikarzy. Najbardziej alarmującą kwestię podniósł Knickerbocker we wstępie do swojej książki The Boiling Point („Punkt zapalny”) opartej na wspomnieniach z podróży po kontynencie w roku objęcia władzy przez Hitlera i wydanej na początku 1934 roku. „Europa przywdziała mundur – napisał. – Czy zmierza ku wojnie?”.

Knickerbocker był jednym z najbystrzejszych młodych dziennikarzy swoich czasów, którego sława wyszła daleko poza krąg czytelników z Nowego Jorku i Filadelfii. Polski „Express Poranny”, przeprowadzając z nim wywiad 12 listopada 1932 roku, nazwał go „najgłośniejszym reporterem świata”69. Nie przebierał w słowach, pisząc o brutalnej wewnętrznej strategii Hitlera, co doprowadziło do gniewnych protestów nazistów, którzy twierdzili, że reporter rzuca antyniemieckie oszczerstwa. Naciskali na wydawców, aby go odwołali z Niemiec, ale początkowo bezskutecznie70. Nie było powodu przypuszczać, że Knickerbocker zrezygnuje z bezpośredniości, próbując odpowiedzieć na pytanie o ryzyko wojny – pytanie, które zadawało sobie wielu ludzi po obu stronach Atlantyku.

Jednak jego książkę zaczynał rozdział poświęcony Gdańskowi, miastu zamieszkanemu w przeważającej większości przez Niemców, uznanemu po pierwszej wojnie światowej przez Ligę Narodów za „Wolne Miasto”. Polsko-niemieckie napięcia z powodu statusu miasta otoczonego przez polskie terytorium od razu przywoływały myśl o możliwości następnego wielkiego konfliktu. Knickerbocker na samym wstępie przedstawił odmienny pogląd:

 

GDAŃSK […] Dziesięć milionów Europejczyków i Amerykanów zostało ocalonych w Gdańsku. Tylu ludzi straciło życie na polach bitwy w latach 1914–1918. Przynajmniej tyle istnień może zabrać nowa wojna. Według planu ta wojna miała się zacząć w Gdańsku. Dziś wiadomo już, że wojna tutaj się nie zacznie, a Hitler Wojowniczy jako Pan Gdańska stanie się Hitlerem Dawcą Pokoju. Gdyż dziś Gdańsk jest nazistowski i po raz pierwszy od trzynastu lat Gdańsk zachowuje dobre stosunki z Polakami. Po raz pierwszy od zakończenia wojny można usunąć Gdańsk z listy możliwych punktów zapalnych.

Jak wyjaśnił Knickerbocker, 28 maja 1933 roku naziści wygrali wybory w mieście i brunatne koszule błyskawicznie objęły władzę, „siejąc strach w sercu każdego Polaka i Żyda w mieście i sprawiając, że Europa wstrzymała oddech”. Jednak chociaż naziści szybko umocnili się w mieście, Hermann Rauschning, przewodniczący Senatu Wolnego Miasta Gdańska i pomocnik Hitlera, natychmiast udał się do Warszawy i podpisał umowy handlowe i porozumienie w sprawie praw polskich obywateli w mieście. „Polacy zdumieni, podejrzliwi, ale zadowoleni”, pisał Knickerbocker. Gdańsk i Warszawa rozegrały towarzyski mecz piłkarski i nagle napięcia zelżały. Hitler nakazał Gdańskowi rozejm, dodał, i to działa – przynajmniej na razie.

Jaki stąd wniosek dla czytelników? „To lekcja dla Europy, że Hitler potrafi zachować pokój, jeśli tylko tego chce”, napisał Knickerbocker. Ale ostrzegł, że może to być rozejm taktyczny, żeby zyskać czas na ponowne uzbrojenie. Niemniej „oznacza to pokój w tym zakątku europejskiej sceny przynajmniej na kilka najbliższych lat”.

Jednak opisując inne etapy swojej podróży – przez Europę Środkową, Bałkany i Europę Zachodnią – Knickerbocker przedstawił swoje zastrzeżenia oraz chłodne kalkulacje. Hitler nie dąży do wojny, ponieważ jego kraj nie jest gotowy na nowy konflikt, stwierdził. „Wszystko przemawia na niekorzyść Niemiec i tylko szalony Niemiec mógłby myśleć teraz o wojnie z Francją i jej sojusznikami”, napisał. „Wbrew powszechnej opinii panującej za granicą, można w sposób niezbity potwierdzić, że dziś Niemcami nie rządzi szaleniec”.

 

Chociaż ubolewał nad doktrynami rasowymi i taktyką terroru nazistów, nazwał ich „mistrzami polityki zastraszania”, co oznaczało, że spróbują zmienić równowagę sił, zanim zaczną rozważać rozpętanie nowej wojny. Kwestią zasadniczą, ostrzegł, będzie to, jak szybko Hitler poczuje się pewnie w kwestii wygranej w ewentualnym konflikcie. Specjaliści, z którymi się w tej sprawie skonsultował, byli zgodni, że nastąpi to za pięć do dziesięciu lat. Knickerbocker złożył pesymistyczne nastroje w Europie na karb toczącego się nowego wyścigu zbrojeń. Hitler podkreślał raz po raz, że pragnie wyłącznie pokoju. „Ten pokój jest po to, żeby świat się bezpiecznie zbroił – napisał Knickerbocker w podsumowaniu, o wiele bardziej złowieszczym niż początek książki. – Zbrojenia nigdy nie ochroniły świata przed wojną”.

Hitler rozpoczął drugą wojnę światową od ataku na Gdańsk zaledwie pięć lat później, a Knickerbocker na pewno żałował, że nie może zmienić pierwszego rozdziału swojej książki. Mimo wszystko jego praca nadal jest pouczająca, również ten rozdział. Pokazuje, jak bardzo krytyczny dziennikarz czuł się zmuszony obwarować swoje tezy – nawet jeśli ostatni rozdział wskazywał, że podzielał powszechny pesymizm w kwestii skutków polityki Hitlera.

Krytyczne podejście Knickerbockera z pewnością nie uległo stępieniu, czego nie można powiedzieć o niektórych innych Amerykanach mieszkających w Berlinie. Na początku 1934 roku, mniej więcej w tym samym czasie, gdy ukazał się The Boiling Point, do niemieckiej stolicy przyjechał sir Philip Gibbs, słynny brytyjski korespondent z czasu pierwszej wojny światowej i późniejszy powieściopisarz. On również zadawał sobie pytanie, czy Europa zmierza do wojny. Obserwując marsze SA i Hitlerjugend, słysząc okrzyki Heil Hitler, przyznał: „Nie można nie znaleźć się pod wrażeniem świetności tej niemieckiej młodzieży […]. Jest coś porywającego w widoku tej armii młodych ludzi”. Jednak jednocześnie odczuwał nieokreślony lęk. „Niegodziwe umysły mogą potem z łatwością wykorzystać tę dumną i zdyscyplinowaną młodzież do złowrogich celów”.

Gibbs nie wątpił, że Hitler jest na dobrej drodze, aby wepchnąć kraj w kolejną katastrofę. „To hipnotyzer, który rzucił czar na Niemców, a oni ślepo idą za nim”, zauważył. Niemiecki przywódca wciąż zapewniał, że zależy mu na pokoju, ale Gibbs, ten weteran dziennikarstwa, dostrzegł, że wszystkie niemieckie czasopisma pełne są zdjęć żołnierzy w stalowych hełmach i obrazów z ostatniej wojennej pożogi.

Z czasu pobytu w Berlinie szczególnie dobrze zapamiętał spotkanie z Amerykanką, która od długiego czasu była żoną Niemca.

Przy herbacie w hotelu Fürstenhof, gdzie się zatrzymał, Gibbs od razu przeszedł do sedna.

– Wielu Anglików i wszyscy Francuzi uważają, że Niemcy szykują się do nowej wojny – powiedział.

– To niemożliwe! Śmieszne! – odpowiedziała ze szczerym zaskoczeniem.

– Skąd im przyszedł do głowy podobny absurd?

Przedstawił swoje obserwacje na temat militaryzmu nazistów, ich wiary w rasowe dogmaty, prześladowania Żydów, okrutnych antyintelektualnych teorii i wszystkie teksty z Mein Kampf i wielu innych źródeł na temat niemieckich marzeń o ekspansji. Ludzie w rodzaju nazistowskiego ideologa Alfreda Rosenberga propagują barbarzyństwo, władzę instynktu i popędów biologicznych, dodał.

– Moi znajomi Niemcy śmieją się z nonsensów Rosenberga – powiedziała Amerykanka. – A jeśli chodzi o całe to maszerowanie i musztry, to wcale nie muszą oznaczać, że szykuje się wojna. Niemcy to lubią, tak jak Anglicy lubią futbol i krykieta. – Zapewniła go, że zna wielu młodych nazistów. – Mówią przy mnie bez skrępowania, bo jako żona Niemca według nich jestem Niemką. Nigdy nie twierdzą, że chcą wojny. Wręcz przeciwnie, nienawidzą jej.

 

O wojnie mówią, ciągnęła, tylko kiedy omawiają możliwość ataku ze strony Francji lub jej sojuszników. W takim wypadku będą „oczywiście” bronić ojczyzny. – Czy każdy inny naród nie myślałby tak samo? Gibbs zauważył, że wokół ich stolika kręci się kilku kelnerów. Zaproponował przeniesienie się do spokojniejszego kąta. – Mamy słuchaczy – stwierdził.

 

Kiedy zmienili stolik, Amerykanka zaczęła mówić o Hitlerze, którego znała i podziwiała.

– On pragnie pokoju – oświadczyła. – Cudzoziemcy nie chcą uwierzyć w jego szczerość. Ale jestem pewna, że chce zachować przyjazne stosunki z Francją. To jego największe pragnienie… Dlaczego Francja tego nie rozumie?

Gibbs nie poczuł się uspokojony, ale był pewny, że kobieta szczerze wierzy w pokojowe zamiary Hitlera i jego zwolenników. Podobnie jak Martha Dodd uważała, że wszyscy źle pojmują intencje Nowych Niemiec i ich przywódców oraz niesprawiedliwie je oczerniają – a najbardziej Adolfa Hitlera.