Łukasz Załuski: To twój pierwszy raz w Warszawie?

Håkan Nesser: Nie, byłem już tu kilka razy. Zazwyczaj trafiam jednak od razu do studia telewizyjnego i nie mam okazji poznać miasta.

Ł.Z.: Przez wiele lat mieszkałeś w Uppsali?

Håkan Nesser: Tak, żyłem tam przez ponad 30 lat. Skończyłem studia, a potem sam zostałem nauczycielem.

Ł.Z.: Uczyłeś szwedzkiego?

Håkan: Szwedzkiego i angielskiego w szkole średniej. Uczyłem dzieciaki w wieku od trzynastu do szesnastu lat.

Ł.Z.: Trudny wiek...

Håkan: Zdecydowanie.  Wiesz, zaczynasz pracę z małymi dziećmi i widzisz, jak na twoich oczach zmieniają się w dorosłych mężczyzn i kobiety z całym towarzyszącym temu bagażem problemów.

Ł.Z.: Jako pisarz wykorzystujesz doświadczenia z czasu, kiedy byłeś nauczycielem?

Håkan: Niezupełnie, nie myślę, żeby miało to jakiś wpływ na moją twórczość literacką. Pracując tyle lat jako nauczyciel, wcześniej czy później tracisz początkowy zapał. Kiedy zacząłem pisać książki, cieszyłem się, że etap szkolny pozostawiam za sobą.

Ł.Z.: Teraz, po tylu latach spędzonych na pisaniu, również czujesz zmęczenie?

Håkan: Chyba trochę tak. Niedawno zorientowałem się, że piszę już od 36 lat i że sam sobie narzucam ten rygor, aby każda książka była inna. Nie pozwalam sobie na wracanie do starych motywów. Męczy mnie więc bardziej szukanie nowych pomysłów niż samo pisanie. 

Ł.Z.: Nigdy nie wracasz do swoich pierwszych książek?

Håkan: Ależ tak! Muszę do nich wracać chociażby w chwili, gdy ukazują się w nowym tłumaczeniu lub w nowym kraju. Jak się pewnie domyślasz, dla pisarza oznacza to obowiązkowe spotkania promocyjne. Muszę więc sobie przypomnieć, co ja wtedy właściwie napisałem. Nierzadko mowa o książkach, które powstały ponad 20 lat temu. Muszę więc się nieźle nagimnastykować, gdy dziennikarz sam będący świeżo po lekturze, zada mi jakieś szczegółowe pytanie.

Ł.Z.: Nie korci cię czasami, aby coś w tych starych książkach zmienić?

Håkan: Nie. Zostałem natomiast kilka razy poproszony o przeczytanie kilku swoich powieści do wersji audiobookowej. Przyznaję, że zdarza mi się wtedy zmienić brzmienie kilku zdań, ale to naprawdę kosmetyczne poprawki.

Ł.Z.: Naprawdę czytasz swoje audiobooki?

Håkan: Tak, wiem, że to głupie.

Ł.Z.: Ależ nie, kto byłby lepszym interpretatorem własnych słów, jeśli nie ich autor? To trochę tak, jakby poeta recytował własne wiersze.

Håkan: To prawda, ale wiersze są krótkie, a książkę nagrywa się naprawdę długo. Za każdym razem powtarzam, że robię to już ostatni raz. Wydawnictwa jednak argumentują, że w ten sposób sprzedam więcej.

Ł.Z.: Jak długo nagrywa się audiobook?

Håkan: Cały dzień z przerwami co trzy godziny pozwala na nagranie około 50 stron. Nie jestem oczywiście w stanie czytać bez przerwy, bo straciłbym głos i energię.

Ł.Z.: Lubisz słuchać interpretacji twoich książek czytanych przez aktorów?

Håkan: Rzadko ich słucham. Zazwyczaj sprawdzam tylko początek, potem wyłączam. To żadna frajda słuchanie historii, którą się dobrze zna.

Ł.Z.: Aktorzy konsultują się z tobą?

Håkan: Niezupełnie, myślę, że wiedzą co robią, a ja zostawiam im wolną rękę.

Ł.Z.: Co w takim razie z przekładami twoich książek? Czy tłumacze kontaktują się z tobą, aby poradzić się w jakiejś kwestii, proponują zmiany?

Håkan: Tak, ale nie za często. Mam kilkudziesięciu tłumaczy na całym świecie. Myślę, że od połowy z nich nigdy nie usłyszałem nawet słowa. Ich praca polega na tłumaczeniu i tyle. Drugiej połowie jednak zdarza się zadać pytanie, jeżeli nie są pewni, co miałem na myśli.

Ł.Z.: Tłumaczenie literatury to fascynujący proces. Są przecież fragmenty absolutnie nieprzekładalne bez znajomości kontekstu czy całego językowego obrazu świata autora. Zastanawiam się, czy jesteś takim pisarzem, który dopuszcza zmiany przy tłumaczeniu i jak daleko tłumacz może się posunąć. Zgodziłbyś się, aby tłumacz usunął całe zdanie z tekstu oryginalnego?

Håkan: Często moi tłumacze usuwają fragmenty tekstu. Nie mam z tym problemu. Ufam im. Wiesz, mimo że biegle mówię w kilku językach, nie odważyłbym się na opiniowanie moich przekładów na te języki.

Ł.Z.: Najwięcej książek wciąż sprzedajesz w Szwecji?

Håkan: Zdziwisz się, ale nie. Od jakiegoś czasu to Niemcy kupują najwięcej moich powieści. 

Ł.Z.: W twoich książkach jest sporo nauki. Musisz się pewnie porządnie przygotowywać do pisania. Czytasz opracowania naukowe i konsultujesz się z ekspertami?

Håkan: Ależ nie! Żaden ze mnie badacz. Oczywiście wprowadzam do tekstu jeden lub dwa detale brzmiące naukowo i poważnie, żeby czytelnicy uwierzyli, że autor wie wszystko na dany temat. Cóż, w taki sposób pisarze oczywiście trochę oszukują. To trochę tak jak z opisywaniem przez autora jakiegoś pomieszczenia. Wystarczy to zrobić pobieżnie, aby powstało wrażenie, że autor zna każdy kąt tego miejsca.

Ł.Z. Podobnie jest z opisywaniem ludzkiej natury?

Håkan: W tym też przyznaję, że nie jestem najlepszy. Na szczęście moja żona jest lekarzem i zawsze mogą ją spytać o zdanie.

Ł.Z.: Jest psychologiem, prawda?

Håkan: Psychiatrą i terapeutą. Kończyła oczywiście ogólne studia medyczne, dzięki czemu pomaga mi też pojąć pewne zagadnienia medyczne.

Ł.Z.: Czy podczas pisania konsultujesz z żoną treść książki – wątki, zakończenie? Czy do końca trzymasz to wyłącznie dla siebie?

Håkan: Jestem dinozaurem pisania – trzymam wszystko dla siebie. Mam kilku znajomych pisarzy, którzy potrafią zatrzymać się na jednym rozdziale, a następnie dać go do skonsultowania grupie znajomych. Ja bym tak nie mógł. Przepraszam, ale u mnie to po prostu nie zadziała. Nie czytam fragmentów nawet żonie. Pierwszy etap to pisanie książki, trzeba ją skończyć i mieć jakiś gotowy materiał, zanim zacznie się szukać rad u innych i wprowadzać jakiekolwiek zmiany. Gdybym już po pierwszym rozdziale usłyszał od żony, że tego się nie da czytać, prawdopodobnie szybko straciłbym wiarę w dalsze pisanie.

Ł.Z.: Kim są zatem twoi pierwsi czytelnicy?

Håkan: Oczywiście: moja żona, ale również ja sam. Muszę być pewny, że książkę da się przeczytać.

Ł.Z.: Jak właściwie robisz notatki? Czy zawsze piszesz o tym, czego sam doświadczyłeś, czy też pozwalasz sobie na więcej fantazji w kreowaniu rzeczywistości, postaci i miejsc?

Håkan: W moich książkach jest zdecydowanie więcej fikcji niż prawdy. Oczywiście wymyślam wątki, ale sęk w tym, że w naprawdę dobrej historii ważne jest to, aby historia była psychologicznie wiarygodna. Więc nawet kiedy się coś wymyśla, trzeba korzystać z pewnych doświadczeń z rzeczywistości. Sądzę jednak, że ja bardziej wymyślam historie niż ich szukam. Zresztą to się dzieje przez cały proces pisania książki. Zaczynając pisać, nie mam pojęcia jakie będzie zakończenie.

Ł.Z.: Naprawdę?

Håkan: Mam plan historii i pomysł, co mogłoby się wydarzyć do końca książki. Nudne jednak byłoby takie bezrefleksyjne pisanie zgodnie z planem. Lubię więc czasami o nim zapomnieć i wprowadzić jakąś zmianę. Pisanie to proces twórczy, a powieść powstaje w chwili stukania palcami w klawiaturę. Co do zakończeń, czasami wierzę, że historia sama mnie poprowadzi ku rozwiązaniu zagadki.

Ł.Z.: Żyłeś w Uppsali, w Nowym Jorku, w Londynie i na Gotlandii. Wszystkie te miejsca rezonują w twoich książkach...

Håkan: Kiedy dziesięć lat temu przeprowadziłem się do Nowego Jorku, zrobiłem to właśnie po to, aby napisać książkę z akcją w tym mieście. Podobnie było w przypadku mojego okresu londyńskiego. W niektórych książkach miejsce akcji jest bardzo istotne. Poza tym jest to też bardzo inspirujące.

Ł.Z.: Za postaciami też się kryje jakaś inspiracja? Twój główny bohater – inspektor Van Veeteren, nawet nie wiem, jak poprawnie wymówić jego nazwisko...

Håkan: Tego nikt nie wie (śmiech).

Ł.Z.: ...w każdym razie, czy ma jakiegoś odpowiednika w naszym świecie?

Håkan: Kiedy pisałem pierwszą książkę z cyklu o Van Veeterenie, dopiero po kilku rozdziałach zorientowałem się, że potrzebuję dla tej historii jakiegoś inspektora. Kogoś takiego jak on. Tak naprawdę to stworzyłem sobie młodszego brata, którym mogłem kierować. Jest dość dziwny, ale ma niezłą intuicję. Zdecydowanie więcej na jego temat wiem jednak dzisiaj niż kiedy po raz pierwszy pojawił się w książce.

Ł.Z.: Wielu detektywów z książek kryminalnych to ponurzy faceci, nierzadko z problemami. Twój bohater jest inny. Wydaje się miłym facetem, którego nawet można polubić. Nie irytuje. Próbowałeś stworzyć zupełnie nową postać detektywa?

Håkan: Nowego? Nie. Miałem wiele pytań od dziennikarzy, kiedy po Van Veeterenie zacznę pisać nową serię. Bardzo tego nie chciałem. Tłumaczyłem, że mogę pisać nowe kryminały, ale nigdy więcej serii. I wtedy powstał „Człowiek bez psa” – pierwsza powieść, w której pojawił się inspektor Barbarotti. Pojawił się zresztą dopiero gdzieś w połowie książki. Wcale go tam nie chciałem, ale nagle utknąłem w jakimś dramacie rodzinnym i miałem potrzebę wprowadzenia inspektora, więc... do drzwi zapukał Barbarotti. W pewien sposób od razu go polubiłem i postanowiłem napisać kilka kolejnych książek z jego postacią.

Ł.Z.: Czy Van Veeteren i Barbarotti się spotkają?

Håkan: Nie chciałem ich ze sobą łączyć, ale wielokrotnie mnie o to pytano. Odmawiałem, ale nie dawało mi to spokoju. Potrzebowałem historii, do której obaj by pasowali i wtedy nagle znalazłem dobry wątek. Powieść z oboma moimi detektywami ukaże się już niedługo.

Ł.Z.: Rozmawialiśmy o audiobookach. Książki o Van Veeterenie doczekały się również filmowych adaptacji. Jak wspominasz to doświadczenie?

Håkan: Cóż, niektóre z nich są dobre, inne mniej. Staram się w to nie angażować. Jak mówią w Ameryce – kiedy autor dostaje propozycję od filmowców, powinien wziąć kasę i uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Ł.Z.: Będą kolejne filmy?

Håkan: Tak, w adaptację mojej książki, która właśnie powstaje, jest zaangażowany fantastyczny polski operator.

Ł.Z.: Kto???

Håkan: Paweł Edelman. Facet jest naprawdę świetny! Film pojawi się na ekranach kin w przyszłym roku. Będę współpracował przy powstawaniu scenariusza.

Ł.Z.: Jesteś ze Szwecji, obserwujesz, co piszczy w skandynawskich kryminałach?

Håkan: Czytam wielu szwedzkich pisarzy, choć rzadko sięgam po kryminały. Z tą całą modą na skandynawskie kryminały to jest rzeczywiście dziwna sprawa. Wszystko zaczęło się ponad dwadzieścia lat temu i ku zaskoczeniu nas samych szybko rozlało się po całym świecie. Nie mam pojęcia, jak to wytłumaczyć.

Ł.Z.: Jedna z moich znajomych powiedziała kiedyś, że różnica pomiędzy skandynawską literaturą i filmem a na przykład Hollywoodem polega na tym, że jeżeli w amerykańskim filmie pojawia się osoba, załóżmy, z nieproporcjonalnie wielkimi uszami, to musi to mieć jakieś uzasadnienie w fabule, bo pozostali aktorzy są nienagannie estetyczni. Tymczasem w szwedzkim czy duńskim filmie nikt nie zwróci uwagi na aktora z wielkimi uszami, bo niektórzy ludzie po prostu tak wyglądają. To jest naturalne.

Håkan: Bardzo trafne spostrzeżenie!

Ł.Z.: Naturalizm jest dla ciebie ważny?

Håkan: W przypadku moich książek nie chodzi tylko o naturalizm. Ja zresztą mam trochę problem z pojęciem nordyckiego noir. Zauważ, że dziś wszyscy autorzy ze Szwecji są wrzucani do jednego worka z taką właśnie etykietą. Tymczasem nierzadko jedynym, co nas łączy, jest język szwedzki. Oczywiście amerykańska literatura jest dynamiczniejsza, więcej jest w niej zawieszeń akcji, fabuła pędzi. Myślę jednak, że ta cecha wyróżnia książki z USA na tle całej europejskiej literatury, nie tylko skandynawskiej. Europejskie powieści mają jednak wolniejsze tempo i bliżej im do dokumentów.

Ł.Z.: Jakie książki leżą na twojej szafce nocnej?

Håkan: Czytam teraz Johannesa Anyuru – fantastyczny młody szwedzki pisarz ugandyjskiego pochodzenia. Napisał kilka niezwykłych powieści, w których łączy dokument z fantastyką. Brzmi fatalnie, ale w jakiś przedziwny sposób powstają z tego naprawdę dobre książki.

Ł.Z.: Czytasz coś z Polski?

Håkan: Tak, choć niestety nie ma wielu przekładów literatury polskiej na szwedzki. Przymierzam się do „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk. Słyszałem wiele dobrych opinii na temat tej powieści.