Według różnych źródeł za udzielanie pomocy Żydom zginęło od 700 do półtora tysiąca Polaków. Jednak są to dane niepewne. „Byłabym ostrożna z takimi liczbami. Nie mamy ogólnych danych. Instytut Pamięci Narodowej dopiero próbuje to ponownie oszacować. Poza tym istotne jest, czy mówimy o Polakach w Rzeczypospolitej w obecnych granicach, czy przedwojennych? Bo na Kresach kwestii ratowania nikt dotąd do końca nie zbadał” – mówi w rozmowie z „Focusem Historia”
dr Elżbieta Rączy z IPN i Uniwersytetu Rzeszowskiego, autorka książki „Pomoc Polaków dla ludności żydowskiej na Rzeszowszczyźnie 1939–1945” i współautorka wystawy o Sprawiedliwych wśród narodów świata w Małopolsce.

„Prof. Tomasz Strzembosz powiedział kiedyś, że to, co wiemy dziś o ratowaniu przez Polaków ludności żydowskiej, jest tylko wierzchołkiem wierzchołka góry lodowej. Wtedy w to nie wierzyłam, ale po latach muszę mu przyznać rację. Możemy uzupełniać nasze informacje, prowadząc dalsze badania, jednak pełnej informacji nigdy nie będziemy mieli” – zastrzega badaczka. Niemniej to, co już wiemy, zmusza do przemyślenia rozpowszechnionych mitów i uogólnień.

Inaczej niż w Holandii

Hitlerowcy postanowili zetrzeć Żydów z powierzchni ziemi. Polacy mogli pożyć nieco dłużej, bo okupanci widzieli ich w roli niewolniczej siły roboczej. Śmierć za to czekała tych Polaków, którzy ośmieliliby się pomóc Żydom. Tak stanowiło niemieckie prawo. Wielu podjęło jednak to ryzyko. Dość powiedzieć, że ponad 6 tys. Polaków odznaczono jako Sprawiedliwych wśród narodów świata. Dla porównania, kolejnych na tej liście Holendrów jest ponad 5 tys. Ale sytuacja była tam kompletnie inna. Kary za pomoc Żydom nie były aż tak drakońskie jak w Polsce. Na przykład holenderską rodzinę, ukrywającą Annę Frank i jej bliskich, po dekonspiracji spotkały stosunkowo łagodne represje: obóz pracy, i to jedynie dla mężczyzn.

Wśród Polaków panuje przekonanie, że z nami Niemcy nigdy się nie patyczkowali. A jednak były wyjątki. „Za pomoc Żydom groziła kara śmierci. Jeśli podejrzani nie byli rozstrzeliwani na miejscu, sprawa trafiała na wokandę. Wyroki zapadały przed niemieckimi sądami specjalnymi. Funkcjonowało tzw. prawo łaski Generalnego Gubernatora, jego zastosowanie często skutkowało złagodzeniem wyroku (karą więzienia albo obozem koncentracyjnym). Zdarzały się sytuacje, kiedy Polak był w stanie się wybronić od zarzutu ukrywania Żydów, wówczas bywał zwalniany. Jednak jaki procent spraw stanowiły takie przypadki, tego nie wiemy, ponieważ nie zachowały się wszystkie akta sądów niemieckich” – zwraca uwagę dr Rączy. Przypuszcza, że w niektórych przypadkach Polacy ratowali się również łapówkami, ale wyłącznie wówczas, gdy sprawą zajmowała się miejscowa „policja granatowa”, zanim zawiadomiła o sprawie niemieckich żandarmów.

Stodoła zamiast sądu

Polacy pomagali w sposób zorganizowany (jak członkowie „Żegoty”) i spontanicznie. Znajomym i obcym w imię lojalności i przekonań. Okupantów oczywiście żadne odruchy serca „podludzi” nie obchodziły. Zofia Gargasz z Brzozowa, adwentystka, na próżno wyjaśniała przed hitlerowskim sądem, że wiara chrześcijańska nie pozwalała jej zachować się inaczej. „Była świadoma, że popełniła przestępstwo, mimo to samowolnie, w tajemnicy przed swoim mężem podjęła się przechowywania Żydówki przez okres roku. Wyjaśnienie oskarżonej, że jej religia zobowiązuje do opieki nad chorym człowiekiem i jej zakazy uniemożliwiają pozbawienie go opieki, nie może być uwzględnione. W myśl zarządzenia policyjnego interes i bezpieczeństwo jest sprawą nadrzędną wobec uczuć religijnych pojedynczych osób. Oskarżona z tego powodu podlega karze śmierci” – taki wyrok usłyszała Gargasz 25 kwietnia 1944 r. przed trybunałem w Rzeszowie. Jej mąż zapewniał przed sądem, że o niczym nie wiedział. I ocalił życie.

Jednak często Niemcy nie potrzebowali nawet sądu. Oto typowa historia. Poszukująca schronienia czwórka Żydów z Miechowa zostaje skierowana przez członka AK do pobliskiej wsi Siedliska, do małżeństwa Baranków. Niestety, 15 marca 1942 r. na miejscu pojawiają się hitlerowcy. Znajdują Żydów  ukrytych w chlewie. Z miejsca ich rozstrzeliwują, na podwórzu gospodarstwa, przy studni. Łucję i Wincentego Baranków zabierają zaś do stodoły i tam mordują. Podobny los spotyka dzieci polskich gospodarzy: 12-letniego Henryka i 10-letniego Tadeusza. Do dziś nie wiadomo, kto doprowadził Niemców do tej rodziny. Może załamał się na przesłuchaniu ktoś z miechowskich AK-owców, może zdradzili się sami Żydzi w wysyłanych listach lub doniósł jakiś „życzliwy” sąsiad?