Zrobiłam listę kandydatów i po kolei skreślałam tych, którzy moją propozycję mogliby niewłaściwie odczytać. Zadzwoniłam do najbardziej wyluzowanego z nich. Zgodził się bez problemów. Nie, nigdy nas nie łączył żaden romans czy flirt, nie znaliśmy się też zbyt dobrze – to były plusy. Minusem było natomiast to, że Piotr mieszka 300 km od Warszawy. „Najwyżej będę do ciebie przyjeżdżał na weekendy” – zażartował. Weekend zresztą właśnie się zbliżał, a on miał w planie przyjazd do Warszawy i zatrzymanie się u wspólnego przyjaciela. Umówiliśmy się, że spotkamy się w mieszkaniu Marcina, przy  jego dyskretnej obecności w drugim pokoju.

Przyznam szczerze, że tuż przed drzwiami dopadła mnie trema. Jakbym szła na prawdziwą randkę! Czyżbym weszła w rolę? A może to tak właśnie działa? – przyszło mi do głowy. Na szczęście Piotr od razu przekuł romantyczny balon: „Dobra, dawaj te pytania!” – zagaił. „Gdybyś mogła zaprosić na obiad dowolną osobę na świecie, kto by to był?

”Na początku wybuchaliśmy co chwila śmiechem, pewnie próbując w ten sposób pokryć skrępowanie. „Kiedy ostatnio sobie śpiewałeś? A komuś innemu?”. I to chyba wtedy pierwszy raz się otworzyłam. Zaczęłam opowiadać, że mam lęk przed śpiewaniem, po tym jak mnie dyrygent wyrzucił z chóru w piątej klasie podstawówki. Że to było przykre i że do tej pory panicznie boję się zafałszować. Czemu zwierzałam się z tego? I właśnie Piotrowi? Odpowiedź wydaje się banalna: bo mnie o to pytał i słuchał odpowiedzi. Gdzieś koło pytania piątego przestaliśmy się chichrać, a przy dziewiątym zaczęliśmy naprawdę ze sobą rozmawiać. Nawet banalne historie stawały się pretekstem do mówienia o trudnych emocjach. Piotr opowiedział o tym, jak w dzieciństwie dostał kiepski prezent pod choinkę i jak mocno to przeżył. W pewnym momencie zaczęliśmy nieświadomie flirtować. Tak przynajmniej twierdzi Marcin, który kręcił się cały czas po mieszkaniu. „To były opowieści jak na klasycznej randce. Że Piotr lubi grać na gitarze i świetnie gotuje. A Anita szuka idealnego kompana do podróży. Mówiliście sobie bardzo miłe rzeczy, szukaliście podobieństw, opowiadaliście o pierwszych miłościach” – mówił nam potem Marcin. Tyle że ja niezbyt pamiętam jego obecność. Choć rzeczywiście, ktoś nam musiał te kieliszki wina uzupełniać.

Mniej więcej przy 20. pytaniu straciliśmy poczucie czasu. „Przeciągaliście odpowiedzi, widać było, że dla was to już nie jest psychozabawa, ale głęboka rozmowa. Tak głęboka, że Piotr – miałem takie wrażenie – zaczął się trochę bać intymności, która zaczęła się wytwarzać” – to znów Marcin.

Przy 25.–26. pytaniu atmosfera randki jednak wyparowała. Rozmawialiśmy jak para  przyjaciół. Takich, którzy nie mają przed sobą tajemnic. Którzy nie boją się przyznać do słabości i usłyszeć prawdy na swój temat. A może tymi przyjaciółmi właśnie się stawaliśmy? 36. pytanie padło po trzech godzinach. Było dobrze po północy. Na patrzenie sobie w oczy ze stoperem w ręku nie mieliśmy siły ani ochoty. To byłoby sztuczne, nieprawdziwe.

 

Ugotowani jak żaby

Nie, nie zakochaliśmy się w sobie, ale z pewnością bardzo się zbliżyliśmy. Z jednej strony potwierdziliśmy więc teorię dr. Arthura Arona (wystarczyło odpowiadać na dość proste pytania, żeby się otworzyć przed prawie obcym człowiekiem), z drugiej  – w jakiś sposób ją obaliliśmy (bo nie rzuciliśmy się sobie w ramiona, wyznając „I love you!”). Czyżby zabrakło tego czterominutowego patrzenia w oczy? A może coś ze mną albo z Piotrem jest nie tak? Zapytałam o to specjalistów. „Zacznijmy od tego, co się z panią podczas tej rozmowy działo – proponuje Andrzej Gryżewski, psychoterapeuta i seksuolog z CBTseksuolog.pl. – Weszła pani w pewną rolę – rolę osoby, która się zwierza, otwiera, nawiązuje bliskość z mężczyzną.