Jak być lubianą

A może my się po prostu z Piotrem wystraszyliśmy? Siebie i konsekwencji eksperymentu? Niekoniecznie. „Badanie Arona sprawdzało nie tyle budowanie namiętności, ile rodzącą się bliskość – uspokaja mnie prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, prawdziwy guru w sprawach miłości, autor bestsellerowych książek „Psychologia miłości: intymność, namiętność, zaangażowanie” czy najnowszej „Alfabet miłości”. A co z Mandy Len Catron, która zastosowała ten sam kwestionariusz? „Przecież z tego tekstu z »New York Timesa« jasno wynika, że ten facet od początku jej się podobał” – rozwiewa wątpliwości prof. Wojciszke. Po czym zaznacza: „Z tego wszystkiego wyłania się jednak interesująca teza na temat bliskości i tego, co o niej decyduje: że nieważne KTO, ale CO z nim będziemy robić”.

Profesor przywołuje niedawne badanie naukowców z Niemiec na temat zawierania przyjaźni przez studentów pierwszego roku studiów. Na pierwszym wykładzie poproszono ich, by usiedli na wyznaczonych dla nich miejscach. Zrobiono to tylko po to, żeby zapisać, kto w jakiej odległości od kogo siedział. Po roku spytano te same osoby, kto z kim się przyjaźni. Miejsce, w którym studenci siedzieli na pierwszym wykładzie, miało duże znaczenie – najbardziej zaprzyjaźniali się z osobą siedzącą tuż obok. A że zajęcia odbywały się regularnie, studenci (zwłaszcza ci, którzy kontynuowali siadanie obok siebie) często się widywali. Psychologowie nazywają to efektem częstości kontaktów (im częściej widzimy i kontaktujemy się z daną osobą, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie naszym przyjacielem), co wiąże się z efektem czystej ekspozycji (im częściej jesteśmy wystawieni na ekspozycję bodźca, tym bardziej jesteśmy skłonni ten bodziec polubić). Innymi słowy – chcesz, by cię ktoś polubił lub pokochał, często się z nim spotykaj.

Jak piszą Elliot Aronson, Timothy D. Wilson i Robin M. Akert w „Psychologii społecznej. Serce i umysł”, aby wzbudzić czyjąś sympatię, należy od początku szukać podobieństw. Podobni do nas ludzie dostarczają nam społecznego wsparcia i potwierdzają przekonanie, że mamy rację (teraz dopiero widzę, jak podchwytliwe były pytania z kwestionariusza o to, co z Piotrem mamy wspólnego). Ale przecież – zgodnie z ludowym przekonaniem – to przeciwieństwa się przyciągają! Gaduła ciągnie do milczka,  uległy do lubiącego porządzić, ekstrawertyk do introwertyka. „Podobieństwo odgrywa ważną rolę w pierwszym etapie tworzenia się związku, podczas gdy komplementarność staje się ważna później” – piszą autorzy opracowania.

Na początek znajomości przydadzą się też – ich zdaniem – pochwały. Udowodnione jest, że częściej czujemy większą sympatię w stosunku do osób, które oceniają nas pozytywnie, niż do tych, które wyrażają o nas opinie negatywne (no tak, pytanie o to, co się Piotrowi we mnie podoba, i na odwrót – sprytne!) Pod warunkiem, że komplementy będą szczere. Według Aronsona, Wilsona i Akerta wychwycenie fałszu z miejsca powoduje nieufność i podejrzenie o chęć manipulacji. I wszystko pozamiatane.

Czy jeszcze należy o czymś pamiętać przy robieniu pierwszego wrażenia? Najlepsi amerykańscy psycholodzy mieli jeszcze jedną radę: po prostu pięknie wyglądaj! Proste?

Kogo wybieramy na partnera

Kto – zdaniem psychologów – ma szansę wzbudzić w nas gorące uczucia? Według Ayali Pines wybieramy partnera podobnego do tego z rodziców, z którym mamy nierozwiązany konflikt z okresu dzieciństwa; nieświadomie staramy się go rozwiązać w życiu dorosłym. Harville Hendrix utrzymuje, że wybieramy partnerów, którzy w dzieciństwie przeżyli podobne urazy i tkwią w tym samym stadium rozwoju.

Murray Bowen przekonany jest, że szukamy partnerów, którzy przejawiają ten sam poziom „zróżnicowania” albo niezależności tożsamości, co my. Szukamy osób z podobną zdolnością opanowywania niepokoju. Natomiast Cindy Hazan i Philip Shaver, opierając się na teoriach Johna Bowlby’ego i Mary Ainsworth, twierdzą, że zakochujemy się i rozwijamy w sobie przywiązanie do osoby kochanej w postaci, która odzwierciedla typ naszego dziecięcego przywiązania do matki, bez względu na to, czy jest to przywiązanie „ufne”, „lękliwo-ambiwalentne” czy „nieufne”.