Głos wolnego dziecka

Kiedy próbujemy się dogadać ze sobą i zaczynamy od tego, żeby w ogóle posłuchać głosów, które są w nas obecne, możemy się natknąć na głos zupełnie inny od tego rodzicielskiego, nakazującego, musztrującego czy – w skrajnych przypadkach – sadystycznego. Raczej głosik niż głos, podobny bardziej do głosu dziecka (oddajmy tu sprawiedliwość rodzicom – nakazujący głos rodzica nie jest jedynym dla rodzica charakterystycznym – rodzic ma też opiekuńcze oblicze, którym tutaj jednak, za pozwoleniem czytelnika, nie będę się zajmować).  Jeśli w walce postu z karnawałem głos rodzica namawia nas do postu, głos dziecka zachęca, żeby się bawić, iść za tym, na co mamy ochotę – chyba że zbyt przerażone perspektywą kary ulega rodzicowi.

Na potrzeby tego tekstu postanowiłam jednak przyjrzeć się weselszej strukturze wewnątrz nas – takiej, która odpowiada temu, co Eric Berne, uczeń Freuda, w modelu analizy transakcyjnej nazwał „dzieckiem wolnym”. W łagodnej wersji dziecko wolne zadaje to samo pytanie, które zadawała sobie Gilbert w Rzymie, w wersji bardziej radykalnej idzie w tango, czymkolwiek ono w danej chwili jest. Ciasteczko? Ciasteczko! Wódeczki? Wódeczki!! Romans na wyjeździe integracyjnym? Jeśli masz na myśli tamtego bruneta, który stoi przy recepcji, to koniecznie!

Kiedy dorośli ludzie zaczynają rozmawiać o swoim wewnętrznym dziecku wolnym, od razu robi się wesoło. Energia zabawy, luzu, odpuszczania sobie, radości wypełnia pokój. A jednak i ten głos, jeśli damy mu zagłuszyć inne, może sprawić, że obudzimy się może i swobodni, ale niekoniecznie wolni, może i nieograniczeni nudnymi ograniczeniami, ale niekoniecznie szczęśliwi.

 

Głos dojrzałego mediatora

Mamy w sobie głos rodzica i głos dziecka, niby osobne, a jednak, czujemy to, jakoś ze sobą sprzężone – rodzic i dziecko wzajemnie się wzmacniają, nakręcają. Mam na myśli sprzężenie, które zna każdy rodzic – im bardziej rodzic się złości i wykrzykuje komendy, tym bardziej dziecko bryka, albo w drugiej swojej wersji popada w uległość i zaczyna być „grzeczne”, a więc bardziej dziecięce. Poza rodzicielskimi potyczkami, które mamy i ojcowie toczą przy rodzinnym stole, albo – co gorsza – w siedemnastej alejce supermarketu, po tym, jak pociecha zrzuciła na podłogę dwanaście opakowań proszku do prania – poza tymi potyczkami, które toczymy z naszymi dziećmi – analogiczne boje toczymy często wewnętrznie, sami ze sobą.

Niekiedy poprzeczka, którą stawia nam nasz wewnętrzny rodzic, jest zbyt wysoko w stosunku do naszego progu wydolności – wymagamy od siebie więcej, niż wymagalibyśmy od kogokolwiek innego. Zbyt wiele zdań w naszych codziennych wewnętrznych monologach rozpoczyna się od „muszę”, ze zbyt wielu przedmiotów chcemy dostać celujący, zbyt ściśle chcemy przestrzegać zasad, nosimy zbyt ciasny gorset oczekiwań, o których już nie wiemy, czy są nasze, cudze, społeczne czy religijne. Kiedy tak się dzieje, kiedy nakazowy głos rodzica zagłusza inne głosy, wtedy dziecko może zaplanować wielką ucieczkę z domu, „rzucić wszystko” albo totalnie się upić i przespać nawet uciekający budzik, który miał być gwarantem, że nie zaśpi na prezentację dla zarządu, przygotowywaną w pocie czoła przez kilka tygodni.

Jak więc odnaleźć siebie – siebie, czyli kogo w końcu? – pomiędzy nakazami rodzica a zachciankami dziecka, kiedy już wytropimy w sobie te głosy? Jaka jest rola nas, którzy przecież mamy do dyspozycji tylko jedną reakcję w danej chwili, którzy stajemy bezustannie na rozdrożach? I jeśli mamy się ze sobą dobrze dogadywać, to niby z kim – z którym z tych głosów? Jeśli już mamy sprowadzić się do tych dwóch tylko – bo są tacy, którzy są w stanie odnaleźć ich w sobie dużo więcej, chociaż spełniają absolutnie wszystkie kryteria zdrowia psychicznego?

Na szczęście klasyk, czyli Freud, rzucił nam koło ratunkowe, mówiąc o trzeciej strukturze, którą nazwał ego – a jego uczeń Eric Berne określił mianem dorosłego. Ten trzeci, dojrzały głos mediuje między rodzicem a dzieckiem. Słucha, analizuje, szuka rozwiązań, trzyma odległość w stosunku do emocji, ale też szanuje je, dostrzega różne perspektywy.

Kiedy mówimy o „dogadywaniu się ze sobą”, dorosły mógłby być tym, który doprowadza do porozumienia przy stole, przy którym siedzi surowy rodzic z rozbrykanym dzieckiem. Warto poszukać w sobie tego rozjemcy, który będzie mediował pomiędzy nakazami rodzica a tym, co miłe dziecku, utrzymując między nimi chwiejną równowagę; rozjemcy, który będzie też miał zaufanie do siebie samego, do tego, że lata, które przeżył, nauczyły go wystarczająco dużo, żeby kiedy potrzeba, podjąć dobrą i życzliwą sobie decyzję. Czasem taką, żeby jeszcze pospać, czasem taką, żeby wstawać, a czasem jeszcze inną, ale zawsze wychodzącą z potrzeby, żeby traktować siebie samego nie gorzej niż innych ludzi, którzy są nam bliscy.