ROBERT: Z założenia nie ufam parom, które kłócą się cały czas, i tym, które nie kłócą się w ogóle.

NATALIA: Co jest dla ciebie istotą kłótni?

ROBERT: Złość.

NATALIA: Emocjonalnie – na pewno. Ale dla mnie jest też coś osobliwego w kłótni – z jednej strony to, że temperatura jest wysoka, energia takiej „rozmowy” silna, a z drugiej strony to sytuacja jałowa, nie następuje w jej wyniku realnie żadna wymiana. Puste kalorie. Twoja złość napędza moją, moja napędza twoją i możemy na tym kołowrotku spędzić godziny, dni, lata, ale to nie jest droga, po której szlibyśmy do przodu.

ROBERT: To zależy o jakiej kłótni mówimy, czy o wyładowaniu się, czy o kłótni, w której mimo złości siebie słuchamy. Pierwszy rodzaj to kłótnia odruchowa, jestem przeciwko uprawianiu jej między ludźmi – do wy-ładowania się dobrze służy spacer lasem, krzyk w poduszkę albo bieganie. Ta druga kłótnia z konstruktywnym finałem jest ciekawsza, chociaż obie mogą zaczynać się tak samo.

NATALIA: Te kłótnie, które nazywasz wyładowaniem, miewają rzeczywiście „elektryczny” charakter; można by miasto zasilić energią kłócących się ludzi – tej pary, którą widzisz czasem przy stoliku obok w knajpie; faceta, który wyskakuje z samochodu, żeby naubliżać drugiemu, który zajechał mu drogę. I ta energia przemnaża się z każdym zdaniem – zaczynamy tak, że ty mówisz „+1”. Ja na to mówię „nieprawda, –1!”. Wtedy ty, zwłaszcza słysząc ten wykrzyknik, podbijasz stawkę i mówisz – „+2!”, ja na to oczywiście muszę powiedzieć „–2!”. I tak się oddalamy, coraz bardziej.

ROBERT: W wysublimowanej wersji to będzie gra w „tak, ale”. Posłuchałem, co mówisz, zgodzę się, by zrobić ci dobrze i zamknąć usta, powiedzieć swoje. Żaden argument w tej grze nie ma szans. I ślepa jest złość, nie miłość, to się komuś pomyliło, a wielu powtarza.

NATALIA: To mnie zawsze zdumiewa, ta jałowa energia, która każe nam mnożyć „argumenty” w kłótni, jak byśmy wierzyli, że w pewnym momencie druga strona powie nagle: „ojej, rzeczywiście, masz rację, przekonałaś mnie!”. Tak się po prostu nie dzieje. Nie ma takiego scenariusza. A jednak, trwając w złudzeniu, że możemy drugą stronę przekonać, spędzamy godziny, a czasem miesiące czy lata na tych pseudowymianach. To są te rozmowy przy rodzinnym stole, odbywane po kilkadziesiąt razy, których przebieg każdy z biesiadników może z góry zacytować – wiadomo, że jeżeli wujek Stefan powie coś złego o Komorowskim, to ciocia Jadzia wypomni mu, że sam na niego głosował, na co wujek przypomni cioci jej poparcie dla Kaczyńskiego etc. To są martwe rozmowy, martwe, bo już wcześniej wielokrotnie odtwarzane, przewidywalne. Każdy ma tylko powtórzyć jeszcze raz swoją kwestię, a na koniec trzasnąć drzwiami albo, w łagodniejszej wersji, westchnąć z ubolewaniem – że też ludzie nie dają sobie wytłumaczyć najprostszych rzeczy! Ale co w ogóle jest zarzewiem kłótni, tą pierwszą iskrą?