Nie cierpi z powodu samotności. Zazwyczaj aktywnie jej szuka, bo w przypadku tego, czym się zajmuje, jest ona nie tylko nieunikniona, ale również niezbędna. „Czasem jednak poczucie osamotnienia – jak kwas wylewający się z butelki – może mimowolnie wyżreć ludzkie serce i w końcu je rozpuścić. Jest zatem mieczem obosiecznym”. Samotność chroni go, osamotnienie zaś wyżera od środka, właśnie dlatego narzucił sobie dyscyplinę, która pomaga mu utrzymać ciało i umysł w nieustannym ruchu. „Nie jest to akt woli, ale instynktowna reakcja”. Czy przebiegliście kiedyś jednego dnia sto kilometrów? Haruki Murakami przebiegł, w dodatku pisze książki, które sprzedały się już w kilkudziesięciu krajach w milionach egzemplarzy. A do tego potrzebna jest dyscyplina.

Jeden dzień w tygodniu odpoczywa, przez pozostałe sześć biega, codziennie 10 kilometrów, 240 kilometrów miesięcznie. Wstaje przed piątą rano, wraz ze słońcem, i kładzie się spać przed dziesiątą wieczorem, gdy robi się ciemno. Biega, potem w pełnej koncentracji pisze, następnie pracuje poza domem, załatwiając sprawy wymagające coraz mniejszego skupienia. Pod koniec dnia słucha muzyki, czyta, nie pracuje, odpoczywa – stara się nic nie robić. Ten model stosuje wraz ze swoją żoną od ponad trzydziestu lat. Nigdy nie dbał o to, czy pokona innych, ani o to, czy inni pokonają jego. Rywalizacja nie była motywacją. Najważniejsze było, czy zdoła osiągnąć wyznaczone cele. Dla maratończyka kluczowe jest pokonanie maratonu, a nie miejsce na mecie.

 

Usłysz natchnienie

Na początku Haruki Murakami prowadził klub jazzowy nieopodal Tokio. Małe miejsce z fortepianem i wciśniętym w rogu kwintetem. Za dnia serwował kawę, wieczorem otwierał bar, w weekendy odbywały się koncerty. Wielu przewidywało, że bar nie zarobi na siebie. Haruki postrzegał siebie bardziej jak konia pociągowego niż wyścigowego, dlatego doszedł do wniosku, że porażka nie wchodzi w grę. Prowadzeniu klubu poświęcił się całkowicie, pracując od rana do nocy. W końcu, zbliżając się do trzydziestki, mógł sobie pozwolić na zatrudnienie ludzi do pomocy. 1 kwietnia 1978 roku leżał na trawie przy stadionie baseballowym Jingu, pił piwo i przyglądał się grze. Gdy kij uderzył piłkę, pomyślał: „powinieneś napisać powieść”.

Na każdego z nas czasami spada natchnienie, wizja, pomysł. Jakiegokolwiek słowa użyjemy, potrafimy ten moment rozpoznać, towarzyszy mu palące wręcz pragnienie, poczucie, że to właśnie byłaby droga zgodna ze mną, z prawdziwym mną. Niewielu jednak potrafi owo natchnie-nie usłyszeć, a później oddać mu się całym sobą. „Coś spadło wówczas z przestworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar” – napisał. Jesienią skończył książkę, wiosną następnego roku odebrał telefon z wydawnictwa. Debiutował, zaczął biegać i rzucił palenie. Pierwszy maraton przebiegł w 1983 roku, pierwszy ultramaraton w 1996 roku, wystartował również w kilku triatlonach.