Gdy uczyłem się medytacji, zapytałem mistrza zen, co mam zrobić, gdy nie mam siły, ochoty ani czasu, by siedzieć przez godzinę dziennie na poduszce bez ruchu. Powiedział, żebym siedział pół godziny. A co wtedy, gdy naprawdę nie mam czasu, i naprawdę wszystko wydaje mi się bezsensowne, również medytowanie, dopytywałem. Zamknij oczy na minutę – powiedział – tylko na minutę, zachowasz wtedy dyscyplinę. Łatwo zmęczyć się tymi samymi czynnościami, rytuałami powtarzanymi dzień za dniem. „Ludzkie życie opierające się tylko na codziennej rutynie jawi się jako pułap-ka. Nie chcemy tego widzieć, więc nie zwracamy na nią uwagi.

Rano wstajemy i jemy śniadanie, ale nie zwracamy uwagi na śniadanie. Szybko i nieuważnie pijemy kawę i idziemy do pracy. Ale kiedy nie zwracasz uwagi, będziesz jeść śniada-nie na oślep, będziesz iść do pracy na oślep, będziesz jechać samochodem na oślep, będziesz iść spać na oślep. W końcu będziesz mieć dosyć tej codziennej rutyny” – pisze Dainin Katagiri w książce „You have to say something”. Od codziennego życia nie można uciec, można przez chwilę próbować je ignorować, ale to droga donikąd. Zdaniem Katagiriego należy żyć z szacunkiem do dyscypliny, dokładnie pośrodku codziennej rutyny, bez niszczenia jej, ale również bez przywiązywania się do niej. „Kiedy jest czas, żeby wstawać – to wstań” – radzi. „Nawet jeśli nie chcesz – po prostu wstań. To, że wstaniesz, uwolni cię od faktu, że musisz wstać”.

Czterdzieści lat później

Gdy Haruki Murakami miał szesnaście lat i nikogo nie było w domu, rozebrał się do naga, stanął przed dużym lustrem i obejrzał się od stóp do czubka głowy. Sporządził na tej podstawie listę swoich niedoskonałości, na przykład: za gęste brwi, dziwny kształt paznokci. Gdy dotarł do dwudziestej siódmej wady, zrobiło mu się niedobrze i zrezygnował. Doszedł do wniosku, że kiedy zacznie przyglądać się bardziej skomplikowanym obszarom, takim jak charakter, inteligencja czy wytrzymałość, lista będzie nieskończenie długa. To doświadczenie stało się „smutnym arkuszem kalkulacyjnym mojego życia, ukazującym, jak bardzo straty przewyższa-ją zyski. Teraz, jakieś czterdzieści lat później, gdy stoję nad brzegiem morza w czarnej pływackiej piance, w okularach pływackich na głowie i czekam na start triatlonu, wracają do mnie niespodziewanie tamte wspomnienia. (...) Za kilka minut przepłynę tysiąc pięćset metrów, przejadę na rowerze czterdzieści kilometrów i przebiegnę dziesięć. Co chcę tym udowodnić? Czym to się różni od napełniania wodą starego wiadra z małą dziurką na dnie?”.