Julia przepracowała w swojej poprzedniej firmie 12 lat. Pewnie w ogóle by z niej nie odchodziła, gdyby spółka nie upadła. A upadała długo, wyciskając przez ten czas z pracowników ostatnie
soki. – To dogorywanie było strasznie męczące, taka przedłużająca się z miesiąca na miesiąc niepewność.

Wydawało nam się, że się uda, że po prostu musimy dać z siebie wszystko. Siedzieliśmy po nocach, śledziliśmy miny szefa, odgadywaliśmy, jak naprawdę wygląda sytuacja materialna firmy, ile nas jeszcze czeka – wspomina Julia. W końcu wszyscy dostali wypowiedzenia. Dzięki znajomym Julia dość szybko znalazła nową pracę. Co prawda w innej branży, ale „do nauczenia”, jak zapewnił
ją nowy szef.

Nowe miejsce okazało się w porządku, koledzy i przełożony życzliwi. – Ale ja cały czas się boję, że moje doświadczenie jest niewystarczające, że zaraz odkryją, że się nie nadaję – mówi Julia.

Woli więc przyznać się do niezawinionych błędów sama, zanim odkryje je szef. Przesiaduje w pracy do wieczora, żeby czasem spędzonym przy komputerze nadrobić swoją – według niej – niekompetencję. Bierze na siebie więcej, niż powinna, zawalając przez to wiele spraw. – Obawa, że i tę pracę stracę, że się skompromituję, bywa paraliżująca – przyznaje.

Do tego dochodzi lęk, że i nowa firma zaraz się zamknie – jeśli nie cała, to może jej departament. Tak przynajmniej odszyfrowuje korytarzowe plotki. – Podpytywałam kolegów, czy coś wiedzą. Czy nie powinnam szukać dla siebie czegoś nowego. Mówią: „Julia, wyluzuj… Nic się nie dzieje”.

 Czego tak naprawdę się boi – bankructwa firmy, utraty bezpieczeństwa finansowego czy może zniszczenia własnego wizerunku? – W tym cały kłopot, że nie do końca wiem, trudno mi wskazać główną przyczynę moich obaw. W poprzedniej firmie byłam tak długo, że odzwyczaiłam się od zmian – przyznaje Julia.

Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy szef – w uznaniu jej zapału – awansował ją na kluczowe w firmie stanowisko. Taki lęk związany z utratą pracy jest coraz częstszy. Nie tylko przez ostatni kryzys, czyli realne zagrożenia utraty miejsc pracy, np. gdy firma chyli się ku upadkowi lub są ogłaszane redukcje, ale też z powodu zarażania się tym lękiem jednych od drugich. Innymi słowy – choć nic nie wskazuje, że grozi nam zwolnienie, zaczynamy się go bać – bo inni też się boją.

Ten sam proces potęgowania obaw przez zarażanie się lękiem widać przy doniesieniach o uchodźcach i terroryzmie. Choć nas bezpośrednio nie dotyczy, wpływa na nasze zachowania czy decyzje. Lękamy się obcych, choć ich nie widzieliśmy i mamy o nich mgliste pojęcie.

A może właśnie dlatego. Ale lęk może dotyczyć także, wydawałoby się, cudownych rzeczy, jak nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, przed którymi nie wiedzieć czemu wszyscy chodzą lekko podminowani. Boimy się, że nie będzie tak wspaniale, jak być powinno. Jak sobie z lękiem radzić? Jak go opanować, by nie podgryzał nas w pracy, w związku, w codziennym życiu? A najlepiej jak
przekuć jego obezwładniającą moc w siłę?

 

CO MI ZROBISZ, JAK MNIE ZŁAPIESZ


– Lęk jest jednym z najbardziej pierwotnych uczuć człowieka. Bierze się z wczesnego dzieciństwa, z poczucia bezradności i przerażenia, kiedy dziecko, całkowicie zależne od matki, zostaje samo i czuje się opuszczone – mówi Joanna Żewakowska, psycholog i psychoterapeuta z kliniki Psychomedic. I dodaje: – Lęk, czy raczej strach, pozwolił naszemu gatunkowi przetrwać – ustrzec się  niebezpieczeństw, na czas zareagować. Sam w sobie nie jest niczym złym. Gorzej, jeśli lęk jest nieadekwatny do sytuacji, utrudnia nam życie, nie pozwala pójść naprzód.