Nasz dom znów jest pełen gości. Liczę: trzydzieścioro dorosłych i dzieci. Nawet nie wiem, kiedy ze studenckich spotkań przy piwie przeszliśmy do organizacji domowych „miniwesel”. Urodziny, Halloween, powitanie i pożegnanie lata... „Powinnaś być żoną ambasadora” – drwi czasem mój mąż. Nie, na ambasadorową – konwersującą o pogodzie z gronem ledwie znanych mi ludzi – się nie nadaję. Nasze imprezy są fajne, bo współtworzą je nasi przyjaciele. Patrząc na nich, zadaję sobie pytanie: jak to się stało, że nas polubili (a my ich)?

Nie ja jedna o tym myślę. „Jak być lubianym?” – po wpisaniu tej frazy Google wypluwa w pół sekundy kilka milionów odpowiedzi. Gdy ankieterzy pytają ludzi o najważniejsze wartości życiowe, przyjaźń ląduje zwykle na czele listy, tuż obok miłości. Sukces zawodowy czy finansowy jest o wiele mniej ważny niż to, by ludzie nas lubili.

1. Lubimy tych, których często spotykamy

Dr Wojciech Kulesza, psycholog z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, często pyta studentów, jaka jest największa kara, jaką można zadać człowiekowi. Śmierć? „Nie! Izolacja! Potrzeba przynależności społecznej jest dla nas absolutnie kluczowa. Jesteśmy, jak trafnie zauważył Arystoteles, »zwierzętami społecznymi«, które w przeciwieństwie do większości innych zwierząt nie grupują się tylko po to, by przeżyć: polować, nie zostać upolowanym i się rozmnażać, lecz tworzą stada, aby dobrze żyć i osiągać wyższe cele: przyjaźnić się, ufać sobie, budować kapitał społeczny” – mówi dr Kulesza.

Nie każdy z nas ma jednak łatwość zyskiwania sympatii stada. Jak to się dzieje, że jedni przyjeżdżają na studia do obcego miasta i po miesiącu mają liczne grono znajomych, a inni do magisterki nie mają od kogo pożyczyć notatek? Jedni zmieniają miejsca pracy i dalej chodzą z byłymi współpracownikami na piwo, a inni pracują w jednym miejscu przez dwadzieścia lat i na wspólnego drinka nigdy się nie wybrali? Jak w ogóle tworzą się więzy przyjaźni? Od pierwszego wejrzenia?

„Tak też, np. wpadamy w oko, jeżeli jesteśmy atrakcyjni. Ale przede wszystkim, jak inżynierowi Mamoniowi w »Rejsie«, podobają nam się te melodie, które już raz słyszeliśmy. Im częściej się z kimś kontaktujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że poczujemy do niego sympatię” – tłumaczy dr Kulesza. Naukowcy nazywają to zjawisko efektem ekspozycji. Jego skuteczność wykazano już w 1963 roku. Badacze Leon Festinger, Stanley Schachter i Kurt Back sprawdzili, jak studenci jednego z akademików zawierali przyjaźnie. Najczęściej zaprzyjaźniali się współlokatorzy i osoby mieszkające na tym samym piętrze. Im więcej pięter dzieliło studentów, tym bardziej szanse na przyjaźń malały (z wyjątkiem osób, które mieszkały na parterze, w pobliżu skrzynek na listy – te miały przyjaciół na wszystkich piętrach budynku). Jaki z tego wniosek? Przyjaciółmi zostają ci, których „ścieżki” często się przecinają: w pracy, w szkole, na zajęciach jogi.

2. Lubimy tych,  którzy są otwarci

Ale częste kontakty z innymi to za mało. Niektórzy ludzie wydają się nosić w kieszeni magnes, inni lgną do nich, gdy tylko ich widzą. „Ja chyba mam wypisane na twarzy: »z nią można pogadać«” – żartuje koleżanka dziennikarka (na dwóch kontach na Facebooku ma łącznie ok. 7 tys. znajomych i z dużą częścią z nich spotyka się także w realnym świecie). „Przyciągam świrów” – wzdycha kolega, do którego nawet nieznajomi ludzie dosiadają się w tramwaju i zaczynają opowiadać o swoich problemach.