ANNA WITKIEWICZ: Kiedy czytam dyskusje w internecie, słucham tego, co dzieje się w życiu politycznym, mam wrażenie, że przekraczamy wszystkie granice. Pouczamy innych, oskarżamy, moralizujemy, wyśmiewamy. Jak to się dzieje, że przychodzi nam to z taką łatwością?

ADRIANA KLOS: Wydawałoby się na pozór, że potrafimy się bez problemu porozumieć, bo w końcu używamy tego samego języka, ale w praktyce nie jest to takie proste – zwłaszcza kiedy mamy inne cele i odrębne zdania. Ludzie boją się różnic. Jakbyśmy zapominali, że one są ważne, bo mówią coś ważnego o nas: że coś widzimy inaczej, że lubimy coś innego. Kiedy ktoś ma odmienne zdanie, pojawia się pewien rodzaj napięcia. Skoro widzimy coś inaczej, to ktoś wie lepiej, a ktoś się myli. Najlepiej, żebym nie był to ja.

I atakujemy.

- Żeby szybko udowodnić, że mamy rację. Tymczasem to jest w porządku, że widzimy coś inaczej. To nie znaczy, że ktoś to widzi lepiej, a ktoś gorzej. Mamy inne poglądy, wartości, inne gusta, jesteśmy po prostu innymi osobami – i to jest pole do rozmowy: co tobie się podoba, a co mnie.

Ale odbieramy to jako zagrażające.

- Jakbyśmy mieli poczucie, że różnica zagraża naszemu poczuciu własnej wartości. Mimo że jeszcze nikt nie powiedział: jesteś głupia, jak można to lubić. Czasem samo wypowiedzenie różnicy wywołuje w ludziach napięcie i zaczynają robić rzeczy, które tę sytuację jeszcze pogarszają: tłumaczyć się, atakować. Jakbyśmy koniecznie chcieli, żeby ta druga osoba zmieniła zdanie, żeby przyznała nam rację. Bo to nas uspokoi: aha, to znaczy, że ze mną jest wszystko w porządku. Oczywiście, to wszystko dzieje się często na poziomie nieświadomym.

Ale warto pamiętać, że osoby, które nas atakują i są agresywne, często w głębi duszy czują się zaniepokojone. Osoby pewne siebie nie mają potrzeby atakować, udowadniać, przekonywać. Często ludzie, z którymi pracuję, mówią: boję się takich zbyt pewnych siebie osób. Ale to nie jest pewność siebie, tylko przeciwnie – lęk i brak poczucia własnej wartości.

Czasem wydaje się, że za atakiem słownym mogą się jednak kryć dobre intencje, np. troska, tylko wyrażona w niedoskonały sposób, np. kiedy rodzice niepokoją się, że ich dziecko nie wraca do domu o umówionej porze.

- Tak, rodzice się niepokoją, ale to jest ich lęk. Ich kłopot, z którym powinni sobie poradzić. Choć, oczywiście, stawiajmy dzieciom granice. W takich sytuacjach możemy wyrażać troskę, ale mówmy o nas, o swoich uczuciach: wiesz, martwię się o ciebie, kiedy nie wracasz, albo: jest mi trudno, kiedy jesteś w tym związku, chcę, żebyś wiedziała, że chcę dla ciebie dobrze. I tylko tyle możemy zrobić. Ta druga osoba kieruje się swoim rozumem. A kiedy zaczynamy pouczać, dajemy komunikat: ja tu jestem mądrzejsza. Agresja rodzi agresję, więc druga strona zaczyna krzyczeć, oskarżać i konflikt się nasila. Możemy to jednak zatrzymać, używając komunikatu „ja” zamiast „ty”: słuchaj, czuję się pouczana, gdy tak do mnie mówisz, trudno mi dalej z tobą rozmawiać.

Łatwiej nam zauważyć i wypunktować, co nam nie pasuje w zachowaniu drugiej osoby, niż się odsłonić i powiedzieć: boli mnie, kiedy tak mówisz.

- Podczas moich warsztatów z asertywności obserwuję, z jakim trudem i oporem ludzie odsłaniają swoje uczucia. Są zdziwieni, że mają głośno o nich mówić. Że to takie intymne i w sumie, kogo to obchodzi. Kiedy jednak zaczynamy ćwiczyć otwieranie się, dokonujemy wielkiego odkrycia. Okazuje się, że gdy mówimy o sobie, zmienia się kontekst całej sytuacji.

 

Co dokładnie się dzieje?

- Kiedy mówimy o sobie, pozostajemy na swoim terytorium, nie przekraczamy cudzej granicy – i to daje drugiej osobie wolność. Ona czegoś się o nas dowiaduje, zaczyna rozumieć, czemu się frustrujemy. Np. mogę się spotykać z kimś nieodpowiednim i wiem, że to jest mój kłopot, ale jednocześnie wiem, że moja przyjaciółka będzie przy mnie i powie mi, że się martwi, a nie, że jestem głupia czy nieodpowiedzialna.

Nie będzie mnie stygmatyzować.

- Tak, i to jest dobra komunikacja: kiedy mówię ci o swoich uczuciach, daję ci tym samym wolność co do tego, co z tym moim komunikatem zrobisz. W jakikolwiek sposób to widzisz, masz do tego prawo. Bo nawet jeśli nie mogę się pogodzić, że jesteś z tym chłopakiem, to i tak cię lubię, wciąż jestem twoją przyjaciółką, wspieram cię, zawsze możesz do mnie zadzwonić, najwyżej powiem ci, że mnie to denerwuje. A jeśli jestem zmęczona słuchaniem dziesiąty raz twoich tyrad na ten sam temat, mogę skracać te rozmowy.

Agresja czy poirytowanie biorą się stąd, że często nie stawiamy granic. Np. słucham któryś raz wynurzeń przyjaciółki, mam już dość, ale myślę: jeśli jej to powiem, pomyśli, że mnie w ogóle nie obchodzi. Więc słucham, słucham, aż w końcu mówię: powinnaś zrobić to i to. W domyśle: nie mam siły i ochoty już tego słuchać. Często wydaje się nam, że musimy coś wymyślić, rozwiązać problem za drugą osobę. A tak naprawdę jej zależy tylko na tym, żeby móc się wygadać.

Chodzi o rozdzielenie tego, co jest moje, a co twoje.

- Tak, ludzie czasem czują się odpowiedzialni za innych, a to budzi frustrację, bo biorą na siebie za dużo. Frustracja bierze się z bezradności.

W jaki sposób ktoś, kto niespecjalnie interesuje się psychologią, ale chciałby dobrze żyć z innymi, ma poznać, czy szanuje ich granice? Kiedy powinno się zapalić czerwone światełko w głowie?

- Fajnie byłoby, gdyby ludzie to po prostu komunikowali. Bo różnimy się: jedni są bardziej ekstrawertyczni, inni z kolei bardziej introwertyczni. Może nam się wydawać, że zachowujemy się w stosunku do kogoś OK, tymczasem wcale tak nie jest. On milczy, bo boi się nas urazić, ale myśli sobie: „Jak tak można!” i zaczyna nas unikać. Tymczasem powinien wziąć za swój stan niezadowolenia odpowiedzialność. Jeśli nic nie mówi, mamy prawo uważać, że wszystko jest w porządku, i nieświadomie przekraczać jego granice. Bo często to się dzieje naprawdę nieświadomie.

Co może być sygnałem, że przekraczamy czyjeś granice?

- Na przykład to, że ludzie się nas boją, unikają, że mamy tylko służbowe kontakty. Pewna kobieta opowiedziała mi sytuację z pracy: było tam wielu mężczyzn i trudno było jej się przebić, więc stała się kolczasta, ostra. W firmie to działało, ale okazało się, że w życiu prywatnym ludzie bardziej ją podziwiają i szanują, niż lubią. Jeśli więc tak się dzieje albo jeśli często wchodzimy w konflikty, to znaczy, że coś może być nie tak.

 

Podczas pracy coachingowej obserwuję, zwłaszcza u kobiet, pewne rozmycie granic. Poczucie niepewności, czy aby na pewno mam prawo powiedzieć „nie”, nie zgodzić się na coś. To dotyczy zarówno sfery zawodowej, jak i prywatnej.

- Kłopoty z asertywnością – z uleganiem czy agresją – mają związek z poczuciem własnej wartości. Jeśli mam odmówić, to najpierw muszę wiedzieć, gdzie leży moja granica. Jeśli tego nie wiem, odmowa jest trudna. Chodzi o brak świadomości siebie, swojego terytorium psychologicznego, swoich wartości. Nie chodzi o to, żeby znać się na wszystkim, ale jeśli wiemy, że coś lubimy, a czegoś nie, to jest nam łatwiej mówić „nie”, „ja się z tym nie zgadzam”, ponieważ wiemy, czego mamy bronić. To jest podstawa: znajomość siebie. Ty możesz mieć inne zdanie, widzę, że się różnimy – tu stawiamy granicę.

Jak się takiej postawy nauczyć?

- Technik możemy się nauczyć na treningach, ale potrzeba też samoświadomości i akceptacji. Na swoich warsztatach staram się, by ludzie mogli zobaczyć, na jakim są etapie, w jakim stopniu są świadomi siebie, żeby mogli wejść w taką komunikację z drugą osobą, by dostrzegać podobieństwa i różnice i ośmielić się je nazywać. Ważny jest też monolog wewnętrzny, bo często nie potrafimy z drugą osobą prowadzić komunikacji opartej na asertywności dlatego, że siebie też traktujemy źle. Można się wspierać lub atakować, po popełnieniu błędu można dodawać sobie otuchy: następnym razem zrobię to inaczej, poświęcę na to więcej czasu, będzie OK – albo się krytykować i dręczyć. To dzieje się automatycznie, na poziomie nieświadomym, bo często są to uwewnętrznione przekazy od rodziców, którzy byli surowi czy zaniedbujący, i wtedy myślimy: jestem nieważna, jestem nikim. Ważne więc jest, żeby usłyszeć, jak my traktujemy siebie sami, i zacząć to zmieniać. A jeśli brakuje nam pewności, do czego mamy prawo, na czym możemy się oprzeć, to warto wyjść choćby od praw człowieka.

Zbierzmy najważniejsze zasady pomagające szanować nam własne granice i granice innych.

- Przede wszystkim warto mieć świadomość, że możemy się różnić i że to jest w porządku. Jeśli ktoś nas atakuje słownie i czujemy się przyparci do muru, to najlepiej w ogóle nie wchodzić w taką konfrontację, bo porozumiewamy się wtedy tylko na poziomie emocji. Nie stwarza to warunków do prezentacji swoich merytorycznych poglądów. Najlepiej jest wtedy powiedzieć: nie podoba mi się, w jaki sposób ze mną rozmawiasz. Porozmawiamy kiedy indziej, gdy się uspokoisz. Warto uczciwie siebie traktować, mówić „nie”, bo to jest ważna informacja o nas. Jeśli długo siebie okłamujemy, robimy coś wbrew sobie, płacimy duże koszty. To burzy relację. Dobra relacja to taka, w której możemy powiedzieć „tak”, ale i „nie”, kiedy dajemy prawo do odmowy sobie, ale i drugiej stronie, w której mówimy jasno, uczciwie o swoich uczuciach.