Późna wiosną, a może wczesną jesienią… Pary, które przychodzą do Karoliny Wasielewskiej z prośbą o zorganizowanie ślubu, często nie wiedzą, kiedy ma się on odbyć. Potrafią za to bardzo szczegółowo opisać widok po wyjściu z kościoła czy smak tortu. „Dla mnie jednak to data jest kluczowa informacja. To wokół niej buduje się całe wydarzenie. Wiem, ile mamy czasu na przygotowanie i przetłumaczenie dokumentów, sprawdzenie, które kościoły mają wolne terminy, w których hotelach są wolne miejsca, nie mówiąc o uszyciu sukni ślubnej, wysłaniu zaproszeń czy zamówieniu tortu” – mówi wedding plannerka, której firma Carla Events zajmuje się organizacją imprez za granicą. Największe wyzwanie to uświadomić klientom zależność między czasem a możliwościami. „Później jednak staram się brać cały harmonogram na siebie” – podkreśla Wasielewska. W końcu zakochani czasu nie liczą. Lepiej nie ryzykować.

 

PANI SWOJEGO CZASU

Zawalone deadliny, nieprzespane noce, odkładanie w nieskończoność kontrolnej wizyty u lekarza czy wyjścia do kina z dzieckiem. Brzmi znajomo? Zmaganie się
z czasem to wyzwanie dla większości z nas, nie tylko tych zakochanych. Na początek dobra wiadomość: zmiana jest możliwa! „Mamy różne predyspozycje: jedni z nas szybko biorą się za zadania, inni je odwlekają, ale zarządzanie czasem to umiejętność, której można się nauczyć, tak samo jak jazdy na rowerze, jednym nauka zajmie trzy dni, innym trzy miesiące, ale efekt końcowy będzie ten sam” – przekonuje dr Paulina Sobiczewska, psycholog społeczna z Uniwersytetu SWPS, która jako trener prowadzi szkolenia m.in. z efektywnego wykorzystania czasu. Jej zdaniem nauka zarządzania czasem, ale także energia jest w dzisiejszych czasach koniecznością.

Doskonale o tym wie Ola Budzyńska, autorka bloga, paniswojegoczasu.pl, trenerka prowadząca szkolenia online (grupa jej fanów na Facebooku Panie Swojego
Czasu liczy 27 tys. osób). Przez wiele lat pracowała jako trener w korporacji. „Byłam ciągle na walizkach, synów widywałam tak rzadko, że mówili do mnie tato. Szefostwo wiedziało, że Budzyńska jest dyspozycyjna, nawet w sobotę”. Gdy u jej starszego syna Jaska trzy lata temu wykryto zdiagnozowano cukrzycę typu 1, wzięła dwa miesiące urlopu, by jako rodzina mogli nauczyć się żyć z chorobą. „Wtedy dotarło do mnie, że nie jestem w stanie wrócić do tamtego kieratu, że mam inne priorytety”. Umiejętności trenerskie wykorzystała do założenia bloga, zaczęła szkolić online.

Dziś na jej kursy zgłaszają się dwa typy kobiet: „niezorganizowane”, które nie wiedzą, co chciałyby robić i którym „czas przecieka przez palce” i drugie „nadzorganizowane”, których terminarz wypełniony jest szczelnie, zbyt szczelnie. „Te drugie oczekują, że mój kurs to imadło, dzięki któremu naucza się, jak wciskać do kalendarza jeszcze więcej, tymczasem ja uczę je, jak nie robić wszystkiego, eliminować to, czego na danym etapie nie potrzebują i skupiać na tym, co dla nich naprawdę ważne” – mówi Ola. Poleca, by wyznaczyć sobie codziennie: jedną najważniejszą rzecz, która musi być wykonana i zrobić ją najszybciej, jak się da. W jej przypadku to czas między 8 a 9:30, czyli po odwiezieniu synów do szkoły i przed telefonem do jednego z nich po wyniki pomiaru cukru we krwi.„Gdy są prawidłowe, mogę kontynuować pracę. Gdy jednak są złe, muszę pojechać do szkoły i sprawdzić, co się dzieje. Po takiej akcji często jestem zbyt wyczerpana emocjonalnie, by efektywnie pracować. Ale te najważniejszą rzecz mam zrobioną.

 

KOSZYK ZROBIONYCH RZECZY

GETTING THINGS DONE, czyli zrobić, co jest do zrobienia. David Allen, twórca tej metody, zaleca stworzenie „koszyka”, w którym umieszczamy wszystkie
czekajace nas zadania, takze plany czy pomysły na
przyszłość.