Krystyna Romanowska:  W dzieciństwie babcia mówiła ci: „Nie idź za jezioro, bo tam mieszkają wilki”. A ty kilkanaście lat później napisałaś o nich pracę magisterską, a potem doktorską.

Joanna Harmuszkiewicz:  Tak, byłam Czerwonym Kapturkiem. Kochałam las, ale ostrzegano mnie przed wilkami. Urodziłam się w Augustowie i spędziłam tu całe dzieciństwo. Rodzice byli związani z leśnictwem. Niedaleko domu był stuhektarowy las – nieduży kawałek, mój ulubiony. Po sąsiedzku mieszkali babcia i dziadek, jako małego bąbla zabierali mnie do lasu. Las, las i zawsze las. Czasami babcia szła tam beze mnie, więc biegłam za nią i jej szukałam – jako czterolatka. Żadnego strachu, że coś złego się czai za drzewem. Zbieraliśmy grzyby, jagody, „knebelki” – takie suche drewno, które się dobrze paliło. Potem jako nastolatka, w końcówce podstawówki, też każdą wolną chwilę spędzałam w lesie. Zawsze coś ciekawego można było zobaczyć, np. znaleźć gniazdo gągoła w dziupli. Ale przede wszystkim – ciszę i spokój. Mam naturę odludka – lubię być sama, wtedy lepiej wszystko słyszę. Coś koło mnie zaszeleści – od razu to sprawdzam. Mogłam usłyszeć jakiegoś ptaka, przebiegającą gdzieś wiewiórkę czy łasicę. W lesie, w czasie dwugodzinnej spacerowej pętelki nad jeziorem i przez las, regenerowałam się i zapominałam o kłopotach.

K.R.: Chodziłaś nad jezioro Necko, choć babcia cię ostrzegała?

J.H.: Wiedziałam, że za jeziorem są wilki. Nigdy nie docierałam na drugą stronę. To był tajemniczy brzeg. Wtedy o wilkach wiedziałam tyle, że są groźne i mogą zaatakować, a później zjeść. No i trzeba się ich bać – lepiej unikać spotkania. Wiedziałam, że wilki chodzą w nocy watahami. Podobno zimą przechodziły przez jezioro. Była jeszcze przedwojenna opowieść o tym, że w lasku mieszkał rakarz, który skupował padlinę od okolicznych mieszkańców i zakopywał w lesie. Prawdopodobnie kiedy zimą jezioro zamarzało, wilki przechodziły i wygrzebywały padlinę. Tak można wytłumaczyć ich wędrówkę.

K.R.: Ale w pewnym momencie wyszłaś jednak w stronę wilków.

J.H.: Tak, było to już wtedy, kiedy zaczęłam studiować leśnictwo – wydawało się najbardziej naturalnym wyborem. Ale nie wiedziałam, o czym będę pisać pracę magisterską. Przeszłam więc przez jezioro. Pomyślałam, że pójdę tak, jak mnie uczono: liniami, drogami, aż do momentu, kiedy znajdę trop. Liczyłam, że będę szła 10–15 kilometrów w jedną stronę, zanim cokolwiek zobaczę. Na tropy trafiłam od razu. Jeden wilczy, jeden jeleni i dalej nic. W końcu zobaczyłam kruka na sośnie. Nie zapomnę do końca życia tego wrażenia, pytam go: „I co ty mi dzisiaj powiesz, kruku?”. A on: „kra, kra” i odleciał. Odwracam się, a tam na ziemi jedna wielka jatka. Bieluśki śnieg zakrwawiony i cielak z rozprutym gardłem i wyżartymi szynkami. Jeszcze był miękki, mimo mrozu, kiedy go dotknęłam. Zobaczyłam ślady dwóch wilków. Po tropach widziałam, że poszły w kierunku żeremi bobrowych w zatoczce. Gdzieś mi w tych bagnach zginęły.

K.R.: Kiedy wilki po raz pierwszy zawyły do ciebie?

J.H.: Pamiętam dokładnie: w 2005 roku, już po tym, jak napisałam pracę magisterską. Próbowałam kilka razy do nich wyć, ale bez skutku. Nie odzywały się. Pojechałam któregoś dnia do koleżanki babci, która mieszkała w Czarnym Brodzie. Tam dojechałam rowerem pod ambonę, weszłam na górę, ułożyłam się wygodnie i czekałam. Wyszły jelenie i chrupały, wyszły dziki i mlaskały. Słuchałam ich do rana i kiedy zaczęło świtać, pomyślałam, że zawyję. I usłyszałam odpowiedź. Nie da się tego opisać. Ciarki na plecach, magia, adrenalina. Pamiętam też, jak kilka lat temu pod koniec września pojechałam do lasu na końcówkę rykowiska. Było spokojnie, skończyły się polowania. Słucham: odzywa się jeleń. Więc zaczęłam wyć. I nagle – dosłowie 200 metrów ode mnie odzywa się chór! Ale jaki! Musiało ich być kilka sztuk! Do tego jeszcze pohukiwanie puszczyka i księżyc w pełni. Ryk byka i wycie wilków – czegoś takiego jeszcze nigdy nie udało mi się doświadczyć.