Uczyć się i powtarzać, czyż to nie radosne? – mawiał Konfucjusz, największy filozof starożytnych Chin. Biorąc sobie do serca te słowa, języka chińskiego uczy się obecnie 50 milionów cudzoziemców na świecie. To wprawdzie skromna liczba przy miliardzie osób, które przyswajają angielskiego, ale moda na chiński szybko rośnie.

Z okazji odwiedzin chińskiego przywódcy w USA Barack Obama ogłosił niedawno, że liczba Amerykanów uczących się chińskiego powinna wzrosnąć do miliona w 2020 r. (obecnie sięga 200 tys. uczniów). Przykład idzie z góry. Twórca Facebooka Mark Zuckerberg rok temu zadziwił świat, ucinając sobie po chińsku pogawędkę ze studentami Uniwersytetu Tsinghua w Pekinie. Niedawno poszedł krok dalej i rozmawiał z samym prezydentem Xi Jinpingiem.

Złośliwi wytykają, że Zuckeberg ma z górki, bo poślubił Chinkę. W dodatku jego chiński pozostawia wiele do życzenia, motywacja do nauki zaś jest czysto biznesowa: gdyby udało się wprowadzić Facebooka na chiński rynek, wartość firmy, i tak niemała, wzrosłaby wielokrotnie. Ale czyż w modzie na naukę chińskiego nie chodzi właśnie o biznes?

Językowy zawrót głowy

Chińskie dialekty (języki) dzielą się na dwie grupy: północną i południową. Oficjalnym językiem Chińskiej Republiki Ludowej jest standardowy język mandaryński, opracowany w latach 50., wywodzący się z języków Północy. Tamtejsze dialekty są mniej zróżnicowane, ponieważ tereny północne były częściej najeżdżane  (m.in. przez Mongołów i Mandżurów), a ludy i języki mieszały się jak w kotle. Naturalną barierę stanowiła Jangcy. Chiny na południe od tej rzeki były zawsze bardziej konserwatywne i tradycjonalistyczne. Języki Południa są więc bardziej zróżnicowane i zdarza się – niezrozumiałe w obrębie jednej grupy. Trudno też porozumieć się mieszkańcom odległych krańców Państwa Środka, ponieważ ich języki różnią się bardziej niż polski i rosyjski. Mogą mieć na przykład różną liczbę spółgłosek: w standardowym mandaryńskim nie odróżnia się spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych (np. k i g), ale w językach wu, używanych w dolnym biegu Jangcy – odróżnia jak najbardziej.

Chiński daje pracę

W Polsce aż do końca XX wieku języka chińskiego uczono ledwie na dwóch uniwersytetach – w Warszawie i Poznaniu. Filologia chińska uchodziła za niszowy kierunek, na rok przyjmowano po dziesięciu studentów. Przełom nastąpił w 2010 r., kiedy to z okazji Światowej Wystawy Expo 2010 w Szanghaju Polska dokonała nowego otwarcia w stosunkach z Chinami. Wiele uczelni utworzyło wówczas związane z Państwem Środka kierunki studiów oraz lektoraty języka, a liczba uczących się chińskiego w Polsce skoczyła do kilkunastu tysięcy. Języka Konfucjusza uczą się już nawet polskie przedszkolaki.

Według doradców zawodowych to się opłaca. Połowa osób znających chiński zarabia miesięcznie 5 tys. zł brutto, a jedna czwarta – 10 tys. zł i więcej. Chiński przoduje wśród rzadkich języków, oferując najwyższe zarobki i ciekawe możliwości rozwoju. Szczególnie jeśli łączy się go z kompetencjami w handlu międzynarodowym, dyplomacji czy inżynierii. 

Oczywiście Polska nie jest wyjątkiem, chiński zrobił się modny na całym świecie. Jedno z miast w Portugalii wprowadziło go jako język obowiązkowy w podstawówkach. Podobne plany dyskutowane są w jednej z prowincji Pakistanu, a na skalę całego kraju – w Zimbabwe. Odwiedzając Chiny dwa lata temu premier Wielkiej Brytanii David Cameron zadeklarował: „Brytyjskie dzieci powinny zapomnieć o francuskim czy niemieckim i zacząć uczyć się chińskiego”. Coraz częściej można się spotkać z opinią, że chiński to „nowy angielski”.