Zima 1610 roku była dla nowo przybyłych do Ameryki kolonistów wyjątkowo trudna. Założyciele Jamestown, pierwszej stałej angielskiej osady po drugiej stronie Atlantyku, nie radzili sobie z bezustannie atakującymi Indianami, mrozem i brakiem kontaktu z metropolią. Najgorszy był jednak głód, spowodowany wcześniejszym nieurodzajem (Jamestown założono na terenach bagnistych) i dosłowna izolacja kolonii od świata. Jeden z przywódców osady wspominał szesnaście lat później, że wygłodniali i przerażeni koloniści zmuszeni byli jeść psy, koty, szczury i skórzane obuwie. W końcu jednak i tego zabrakło. Wtedy na stoły miały trafić ludzie ciała.            

Do takich szokujących wniosków doszli archeolodzy, którzy w miejscu, gdzie czterysta lat temu stało Jamestown, wykopali szkielet czternastoletniej dziewczyny. Na czaszce nastolatki odkryto nacięcia na żuchwie oraz kościach skroniowej i ciemieniowej. Z tyłu czaszki badacze odsłonili ślady po ciosach, którymi ktoś próbował rozłupać kość, zapewne w celu dostania się do mózgu. Szczątki dziewczyny wraz z kośćmi koni, psów i innych zwierząt zostały wrzucone do zwykłego dołu i przykryte ziemią.

Antropolodzy, którzy dokładnie zbadali czaszkę, przypuszczają, że „rzeźników” było co najmniej dwóch. Pierwszy, który usuwał mięśnie z twarzy dziewczyny nie był zbyt wprawny w obchodzeniu się z ciałami, podczas gdy drugi, który okrawał z mięsa piszczele dziewczyny, miał znacznie większe umiejętności. Badacze nie znaleźli jednak śladów morderstwa, ofiara najprawdopodobniej została zjedzona po tym, jak zmarła w sposób naturalny. Badania izotopowe tlenu wskazują, że młoda dziewczyna za życia jadła dietę wysokobiałkową. Najpewniej dorastała w zamożnej rodzinie w południowej Anglii, a do amerykańskiej kolonii przypłynęła kilka miesięcy przed śmiercią.

Co złego to nie my

Historia zna więcej przypadków kanibalizmu spowodowanego krańcowym głodem. Ciała towarzyszy jedli rozbitkowie z francuskiego okrętu Méduse w 1816 roku, a także uczestnicy polarnej wyprawy brytyjskiego admirała Johna Franklina. Dwa statki ekspedycji utknęły w 1845 roku w lodach Archipelagu Arktycznego. Ludożerstwo było praktykowane podczas prawie trzyletniego oblężenia przez hitlerowców Leningradu; władze miasta utworzyły nawet specjalny oddział milicji, który miał zapobiegać wzajemnemu zjadaniu się wygłodniałych mieszkańców miasta. Przypadki kanibalizmu znane są z gułagów. Najsłynniejszy jednak akt zbiorowego kanibalizmu ostatnich czasów zdarzył się 13 października 1972. Tego dnia samolot urugwajskich linii lotniczych rozbił się w Andach. Ocaleli przetrwali wyłącznie dlatego, że żywili się ciałami tych, którzy mieli mniej szczęścia.

Trudno powiedzieć, czy do ludożerstwa z konieczności można także zaliczyć straszliwe zdarzenia, jakie działy się podczas pierwszej wyprawy krzyżowej. W roku 1098, po zdobyciu syryjskiego miasta Ma’arrat, krzyżowcy mieli zjadać ciała miejscowych muzułmanów. Średniowieczni kronikarze o zajściu pisali niejednoznacznie. Jedni wzmiankowali o „dzikich” ucztach, wyprawianych przez wygłodniałych rycerzy bez zgody dowódców. Inni utrzymywali, że przywódcy jednak o wszystkim wiedzieli i wykorzystywali praktyki kanibalistyczne w celu zastraszenia muzułmanów. Kronikarze najpewniej niechętnie poruszali temat okrucieństwa krzyżowców, ponieważ ludożerstwo nie bardzo pasowało do wizerunku chrześcijańskiego Europejczyka.

 

Już od czasów starożytnych Greków jedzenie ludzi uznawano za obce cywilizacji europejskiej, a o kanibalizm oskarżano ludy obce i nieznane. Powszechnie wierzono, że na ludożercy żyją na nieodkrytych lądach. Dowodem na to, jak dziewiętnastowieczni Europejczycy byli przesiąknięci lękiem przed obcym-kanibalem jest historia statku wielorybniczego Essex, która Hermana Melville’a zainspirowała do napisania „Moby Dicka”. Staranowany przez wieloryba, Essex zatonął 20 listopada 1820 na południowym Pacyfiku. Ocalałej w trzech niewielkich szalupach załodze, kapitan nakazał płynąć 3 tysięcy mil morskich pod wiatr w kierunku wybrzeża Chile a nie – jak nakazywałaby logika – 1,4 tysiąca mil z wiatrem na Markizy. Dlaczego? Z powodu pogłosek, że na Markizach żyją kanibale. Natura nie znosi jednak próżni – rozbitkowie z Essexa dryfowali po oceanie przez cztery miesiące, aby ostatecznie wzajemnie się pozjadać.

Polowanie na człowieka

Najstarszy znany przypadek kanibalizmu u człowiekowatych został znaleziony w Europie. W hiszpańskiej jaskini Gran Dolina antropolodzy odkryli pochodzące sprzed 800 tysięcy lat kości jedenastu zabitych i poćwiartowych osobników Homo antecessor. Z dalszych badań wynika jednoznacznie, że ludożerstwo praktykowano przez długi okres, może nawet kilkaset lat. Najprawdopodobniej zjadano wrogów, którzy przekroczyli wyznaczone granice. Podobne zwyczaje obserwuje się do dziś wśród szympansów.

Naukowcy dysponują również dowodami, że wzajemnie zjadali się również neandertalczycy. W jaskini Moula-Guercy na południu Francji odkryto liczące ponad 100 tysięcy lat szczątki sześciu przedstawicieli tego gatunku z charakterystycznymi śladami wyciągania szpiku z kości długich i mózgu z czaszki. Równie makabrycznego odkrycia dokonano w hiszpańskiej jaskini El Sidrón, gdzie około 50 tysięcy lat temu dwunastu neandertalskich osobników zostało rozczłonkowanych i zjedzonych przez innych przedstawicieli tego samego gatunku.

Nie wiadomo, czy pierwsi przedstawiciele Homo sapiens praktykowali kanibalizm, lecz nawet jeżeli tak nie było, ludzie współcześni nadrobili to z nawiązką. I to przede wszystkim w Europie, która rzekomo stanowiła cywilizowaną wyspę na oceanie barbarzyńskiego świata.

Sproszkowana czaszka

Terminu „kanibal” w znaczeniu ludożerca po raz pierwszy użył Krzysztof Kolumb. Towarzyszący mu Hiszpanie wierzyli, że karaibscy Indianie (którzy sami siebie nazywali Kanibales lub Karibales) żywią się ludzkim mięsem, wkrótce nazwą ich plemienia zaczęli określać wszystkich ludożerców.   

W czasie kiedy trwał podbój Nowego Świata, a europejscy odkrywcy gorszyli się z powodu rzekomych kanibalistycznych praktyk rdzennych mieszkańców Ameryki, w Europie od dawna jadano ludzkie mięso. I nie robili tego pospolici zwyrodnialcy, lecz królowie, księża i uczeni, a wszystko z powodu wiary w cudowne właściwości człowieczyzny. „Nie zadawano sobie pytania, czy w ogóle należy jeść ludzkie mięso, lecz które jego części spożywać” pisze Richard Sugg, badacz z uniwersytetu w Druham w wydanej dwa lata temu książce „Mummies, Cannibals and Vampires: The History of Corpse Medicine from the Renaissance to the Victorians”.

Z badań Sugga wynika, że jednym z najpopularniejszych medykamentów siedemnastowiecznej Europie były… mumie. A dokładniej tzw. proszek mumiowy, który stanowił podstawowy składnik lekarstw używanych do tamowania wewnętrznych krwotoków. Starożytne egipskie mumie cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że w osmańskim Egipcie powstał cały proceder ich fałszowania, często z wykorzystaniem zwłok zamordowanych w tym celu osób. Jeszcze innym popularnym składnikiem lekarstw były ludzkie czaszki.

 

Thomas Willis, siedemnastowieczny pionier badań nad mózgiem człowieka stosował sproszkowaną czaszkę z dodatkiem czekolady jako niezawodny środek przeciw udarowi mózgu. Król Anglii i Szkocji Karol II Stuart miał w zwyczaju popijać tzw. królewskie kropelki, czyli  przygotowywaną specjalnie dla niego mieszaninę sproszkowanej ludzkiej czaszki z alkoholem. Równie chętnie wykorzystywano nawet mech, którym obrastały czaszki w grobach, uważając go za niezwykle skuteczny lek przeciw epilepsji i krwawieniu z nosa.

Lecznicze właściwości przypisywano także krwi, byle była świeża. Nie tylko hrabina Elżbieta Batory, lecz także siedemnastowieczny szwajcarski medyk Paracelsus uważali, że krew należy pozyskiwać z żyjącego człowieka, bo taka najlepiej zwiększa siły życiowe. W XVII wieku w wielu europejskich miastach powszechny był widok osób ustawiających się pod szafotami z naczyniami do których, za drobną opłatą dla kata, łapano krew skazańców. Ci, którzy brzydzili się surowizną, mogli skorzystać z pochodzącego z 1679 roku przepisu franciszkańskiego aptekarza na marmoladę z ludzkiej krwi.

W XVIII wieku zwyczaj leczniczego spożywania fragmentów ludzkich ciał zaczął w Europie powoli wygasać. Jednakże, jak pisze Richard Sugg, jeszcze w 1847 roku pewien Anglik próbował wyleczyć córkę z epilepsji za pomocą syropu ze sproszkowanej czaszki. Na początku XX wieku mumie ciągle można było znaleźć w niemieckich katalogach lekarstw, a w 1908 roku zarejestrowano w Niemczech ostatnią próbę picia krwi pod szafotem.

Zgadnij, kto będzie na obiad

W dzisiejszych czasach, kiedy kanibalizm wśród wyspiarzy Pacyfiku należy już do rzadkości, większość kanibali to o europejskich korzeniach. Paradoksalnie, ani w większości państw Europy, ani w Stanach Zjednoczonych prawo nie uznaje kanibalizmu za przestępstwo. Kiedy w 1988 roku kanadyjski performer Rick Gibson publicznie zjadł ludzkie migdałki (pobrane od osoby, która ofiarowała swoje ciało po śmierci na ten cel), a rok później męskie jądra, reakcja policjantów ograniczyła się jedynie do konfiskaty posiłku. Zjadacze ludzkich ciał dostają zazwyczaj wyroki za morderstwa, bezczeszczenie zwłok lub nekrofilię. Tak było w przypadku Alberta Fischa, który w latach dwudziestych zabił i zjadł w USA kilkoro dzieci, radzieckiego mordercy-kanibala Andrieja Czikatiło, czy osławionego Eda Geina, farmera z Wisconssin, który zjadł co najmniej 3 osoby, w tym własnego brata.

Prawodawstwo jest jednak bezradne, kiedy główny składnik obiadu sam godzi się nim zostać. W 2001 roku niemiecki informatyk Armin Meiwes ogłosił w internecie, że szuka dobrze zbudowanego mężczyzny, który zgodzi się zostać zabity i zjedzony. Inżyniera z Berlina Bernda Brandesa Meiwes wybrał spośród aż dwustu osób, które pozytywnie odpowiedziały na anons. Mimo, że zbrodnia została zarejestrowana na kamerze wideo, władze miały problem ze skazaniem Meiwesa. Ostatecznie otrzymał wyrok ośmiu lat za asystowanie przy samobójstwie. Dopiero podczas powtórnego procesu Meiwes został skazany na dożywocie na zabójstwo na tle seksualnym.


Czy wszyscy jesteśmy kanibalami?

W 2003 roku w prestiżowym czasopiśmie „Science” pojawił się kontrowersyjny artykuł, którego autorzy sugerowali, że właściwie wszyscy przodkowie człowieka uprawiali kanibalizm. Według nich wielu ludzi na całym świecie jest dziś nosicielami genu, który wyewoluował, aby zapobiegać chorobom mózgu rozprzestrzeniającymi się podczas spożywania ludzkiej tkanki mózgowej. Większość badaczy nie zgadza się jednak z tą tezą i środowisko naukowe pozostaje podzielone.

 

Kanibalizm szkodzi zdrowiu

Ludzkie mięso ci nie zaszkodzi, jeżeli nie tkniesz mózgu. Szczególnie jeżeli jego właściciel będzie zarażony Chorobą Creutzfeldta-Jakoba lub inną chorobą prionową. Przydarzyło się to  niektórym mieszkańcom Papui-Nowej Gwinei w ubiegłym stuleciu. Wśród plemion Fore zamieszkujących górskie regiony i praktykujących zwyczaj rytualnego spożywania ciał zmarłych podczas uroczystości pogrzebowych, wybuchła epidemia zakaźnej encefalopatii gąbczastej, zwanej przez mieszkańców tego regionu „kuru”. Niektóre plemiona całkiem wymarły zanim, w latach pięćdziesiątych władze urzędowo zabroniły kanibalizmu. Choć przypadki zjadania ciał zmarłych nadal się zdarzają w tym regionie, ilość zachorowań na „kuru” znacznie spadła.