Błyskawicznie rozwijające się w okresie prosperity rynki, przede wszystkim finansów, telekomunikacji czy technologii informatycznych, wytwarzały wielkie zapotrzebowanie na specjalistów i menadżerów. Także w Polsce. W ciągu czterech lat bezrobocie spadło z 20 do niecałych 8 procent, a do tego pojawiły się możliwości legalnej pracy w Unii Europejskiej. Rynek pracy stał się rynkiem pracownika, firmy biły się o wykształconych ludzi, windując im płace i nie patrząc na charaktery. W efekcie…

Jedna z firm konsultingowych wpadła w poważne kłopoty po tym, kiedy jej obroty wzrosły o ponad 300 procent. Nagle, z niewiadomych powodów, zaczęły psuć się dobre relacje z klientami i kooperantami. Wynajęty do przeanalizowania tego przypadku konsultant stwierdził, że za sytuację odpowiada kilku nowych pracowników, którzy woleli bardziej mieszać i kombinować, niż podtrzymywać wartości, które leżały u źródeł sukcesu firmy. Okazało się, że w warunkach szybkiego rozwoju spółki w pośpiechu i nie dość uważnie rekrutowano pracowników. W rezultacie „na pokładzie” pojawili się sprytni toksyczni ludzie, przez których firma zaczęła tracić szacunek klientów i partnerów.

Dziś dla „spekulantów” zaczęły się trudne czasy. Gdy trzeba oszczędzać, okazuje się, że wartość pracy wielu z nich trudno nawet wycenić. Korporacyjni gracze, widząc, że szefowie i załoga dobierają się im do skóry, uciekają na zwolnienia i urlopy, pogarszając jeszcze bardziej swoją sytuację. Wychodzi na jaw, że kiedy zarabiający ponad 20 tysięcy menadżer znika z firmy, jego zespół zaczyna nagle świetnie działać.

W jednej z firm prowadzącej call center zarząd postanowił skorzystać z porad psychologa przy ocenie i planowaniu zwolnień ludzi. Konsultant poradził, żeby zamiast dać wypowiedzenia siedmiu dziewczynom obsługujących infolinię, pozbyć się jednego wicedyrektora zarabiającego tyle, ile one wszystkie razem. W rezultacie w call center wydajność pracy nie spadła, poprawiła się natomiast bardzo jej atmosfera. Jednocześnie firma zmniejszyła koszty o 1 punkt procentowy.

Często zdarza się, że zespół nabiera nowej energii, gdy znika człowiek, który tworzył toksyczną atmosferę metodami kija i marchewki, naprzemiennie strasząc i uwodząc swoich pracowników. Jednak i dla takich menadżerów jest szansa, pod warunkiem oczywiście, że sami nie są funkcjonalnymi psychopatami.

Już w 1971 roku psycholog Philip Zimbardo pokazał w swoim słynnym „eksperymencie stanfordzkim”, że sposób zachowania człowieka w dużym stopniu zależy od roli, w której został on obsadzony, i reguł postępowania, które uznał za najbardziej dla siebie korzystne. Zimbardo kazał odgrywać studentom role więźniów oraz strażników i już szóstego dnia musiał przerwać eksperyment z powodu coraz bardziej drastycznych przypadków przemocy i naruszania godności „skazanych”.

Dziś psychologowie biznesu, analizując eksperyment Zimbardo, zauważają, że wiele patologicznych zjawisk w firmach bierze się z niewłaściwie rozumianych ról. Jeśli jednak ego-spekulant zrozumie, że dziś bardziej niż indywidualizm liczy się współpraca, bardziej charakter niż sukces, powściągliwość niż robienie wokół siebie szumu, to ma szansę na powrót do gry. Polscy menadżerowie są bowiem o wiele bardziej reformowalni niż zachodni, gdyż ich patologiczne nawyki liczą sobie dopiero kilka lat.