W jesienne południe 21 listopada 1567 roku wywleczono magistra Franciszka Wolskiego z przenikliwych ciemności panujących w lochach krakowskiego ratusza. „Podstarości dosiadł konia – relacjonuje renesansowa »Kronika mieszczanina Krakowskiego« – objechał kilka razy dookoła ratusza, rozpędził napierającą ciżbę, robiąc swobodnie miejsce dla oprawców, przy czym zawołał do kata, który świadomy niewinności magistra drżał na całym ciele, tak że miecz wypadł mu z rąk: »Hej, dobry bracie, chwyć za miecz i tnij w kark tego niegodziwca!«. Wówczas kat za pierwszym zamachem z góry ciął w głowę stojącego jeszcze Wolskiego. Uderzywszy drugi raz poziomym ruchem trzymającego się jeszcze na kolanach magistra, zranił go lekko w szyję, ale mu głowy nie odciął, a wówczas rozwścieczony podstarości krzyknął na niego: »Rozciągnij go na ziemi, bij, rąb, kopaj, zakłuj, jak umiesz, tak morduj tego łotra, bo nie chce umrzeć!«. A gdy nieszczęsny magister upadł na ziemię, jeden z pachołków przytrzymał jego głowę, a kat nie jednym cięciem miecza, jak to wedle prawa powinno się odbyć, lecz rżnąc jakby piłą zranioną szyję, odciął wreszcie głowę od tułowia i na bok odrzucił, po czym szybko się oddalił...”.

Już z tego słynnego opisu kaźni magistra Wolskiego (ofiary konfliktu z burmistrzem Czeczotką) wynika, że nawet nieczułemu z natury katu mogła zadrżeć ręka przed niesprawiedliwością wyroku. Czy jednak zawodowy oprawca rzeczywiście był człowiekiem współczującym i empatycznym, czy – jak chce część badaczy – władze miejskie zatrudniały na tym stanowisku zwykłych zwyrodnialców? Spróbujmy zrobić coś, co historykom zjeżyć może włosy na głowie. Stwórzmy portret psychologiczny kata.

PARTACZE I ZAWODOWCY


Pierwszy egzekutor kar w dziejach Polski pojawia się w dwunastowiecznej kronice Galla Anonima. Daleko mu jednak jeszcze do profesjonalistów, których znamy z późniejszych okresów. Kara chłosty na dworze Bolesława Chrobrego wygląda niemal na żart: „Po czym prowadzono [winnych] do łaźni królewskiej. Tam ich król Bolesław (...) [ganił ich] mówiąc: »Wam właśnie, wam, potomkom tak znakomitego rodu, nie godziło się popełniać takich występków!« (...) [Następnie] za pośrednictwem innych (...) stosował rózgi”. Nieco więcej zaangażowania widać w działaniu oprawców biskupa Stanisława. Bolesław Śmiały – wedle kroniki Galla – „za zdradę wydał biskupa [krakowskiego] na obcięcie członków”. Wincenty Kadłubek, twórca „Kroniki polskiej”, dodawał zaś: „Poszczególne członki na najdrobniejsze cząstki rozsiekuje, jak gdyby miały ponieść karę poszczególne części członków”.

Bardziej konkretne wiadomości podsuwa nam trzynastowieczna kronika o komesie wrocławskim – Piotrze Włostowicu i najstarszym synu Krzywoustego – księciu Władysławie Wygnańcu. Po wsadzeniu tego pierwszego za wydumane przewiny do celi marszałek dworu zaczął poszukiwać oprawcy, który zechciałby oślepić komesa. Ochotnika znaleziono dopiero pośród innych skazańców. Nieznany z imienia bratobójca zgodził się oślepić oraz uciąć język Włostowicowi w zamian za wypuszczenie na wolność. Wedle legendy, kat spartaczył robotę; kilka lat po okaleczeniu Piotr miał odzyskać wzrok i mowę.

OPRAWCA Z ŁAPANKI


Prawdziwy rozwój krwawej profesji przyszedł wraz z pojawieniem się średniowiecznego prawodawstwa i lokowaniem miast i wsi na prawie niemieckim. Zaczęły się wówczas tworzyć sprawniejsze organa sądowe. Dzięki temu w miejsce dotychczasowego prawa zwyczajowego (rodowego) wprowadzano prawo stanowione. Najistotniejsza zmiana polegała na przydzieleniu określonej kary do popełnionego przestępstwa. Chodziło o to, by za ten sam czyn nie karać całkowicie odmiennie. Jednym z najpopularniejszych zbiorów stały się od lat dwudziestych XIII wieku przepisy prawa niemieckiego, określane zwyczajowo mianem „Zwierciadła Saskiego”, przez kilkaset lat nader popularnego na ziemiach polskich. Przyśpieszyły one znacząco pojawienie się w kolejnych ośrodkach zarówno sędziów, jak i katów.

 

Nie oznacza to, iż szybko zaniechano stosowania prawa polskiego, wedle którego np. w pewnych przypadkach funkcję egzekutora mogła spełnić osoba poszkodowana lub członkowie jej rodziny! Czasem próbowano sobie radzić inaczej i nakazywano przeprowadzić egzekucje wybranym ławnikom, najmłodszym rajcom, ostatniemu z mężczyzn, który otrzymał akt nobilitacji na obywatela, lub więźniom w zamian za darowanie im winy. Rozwiązanie to nie było dobre, albowiem ci z braku doświadczenia lub umiejętności najczęściej partaczyli wyrok. Wyjściem z tej trudnej sytuacji okazało się ustanowienie stałego – zawodowego urzędu kata. Późnośredniowieczny kat – gdy już na stałe trafi ł na listę płac urzędników miejskich – miał pełne ręce roboty. Przede wszystkim dlatego, że prawdziwych profesjonalistów nie było zbyt wielu. Wprawdzie kompletnej listy katów polskich z XV i XVI w. nie da się ustalić, wiadomo jednak, że własnego oprawcę miały na pewno: Ciechanów, Biecz, Gorzów, Kalisz, Kościan, Kraków, Lublin, Łomża, Tenczyn, Płock, Poznań, Sanok, Warszawa, Wyszogród, Zakroczym i Żywiec. Wiele nawet średniej wielkości miast wolało korzystać z uprzejmości zamożniejszych i bardziej operatywnych ośrodków. Wiemy, że w XVI w. aż 33 miejscowości płaciły Poznaniowi podatek zwany „tortoralia” oraz każdorazowo określoną kwotę za pracę „mistrza małodobrego”. Wszystko zależało od taksy ustalonej przez wybrane miasto, posiadające w rzeczywistości monopol na przeprowadzanie w okolicy tortur i egzekucji. Za dodatkowe zajęcia kat otrzymywał osobne wynagrodzenie. W połowie XVII wieku do obowiązków mistrza z Gorzowa należało wyłapywanie bezdomnych psów z całej okolicy, a ponadto ubój zwierząt i ściąganie z nich skór. Od 1791 roku zakres czynności kata z Krakowa poszerzono o wywożenie ścierwa i zakopywanie go pod Rudawą oraz wywóz nieczystości „od obywateli z miejsc sekretnych”, czyli... miejskich latryn. Siedemnasto- i osiemnastowieczny magistrat Kamiennej Góry kazał w podobny sposób usuwać wszystkie zdechłe zwierzęta. Kat z Kalisza w umowie z 1784 roku był zobowiązany do łapania biegających po rynku świń oraz sprzątania padliny. Według instrukcji Lubania z 1714 i 1756 roku przewidywano gratyfikacje finansowe za grzebanie martwych zwierząt, z wyjątkiem darmowego oczyszczania ulic w centrum i na przedmieściach miasta. Najczęściej kat zlecał to zadanie swym uczniom, co nie zawsze wychodziło mu na dobre.

Jesienią 1748 roku właściciele wsi Złotniki złożyli zażalenie na lubańskiego mistrza z powodu zbyt płytkiego zagrzebania padliny. Natychmiast do ratusza wezwano kata Johanna Greulicha, który z obawy przez utratą pracy musiał przekonywać radnych, że 30 sztuk bydła nakazał pogrzebać jak należy, i wina nie leży po jego stronie. Nie można pominąć dochodów kata ze sprzedaży fragmentów ciał wisielców, sznura czy roślin wyrastających na Szubienicznym Wzgórzu, uznawanych za przedmioty przynoszące szczęście, powodzenie, bogactwo, a nawet leczące choroby! Wielokrotnie bywało, iż oprawcom wręczano łapówki za skrócenie mąk podczas egzekucji. Wiosną 1794 roku w Warszawie, zaraz po wybuchu insurekcji kościuszkowskiej, dokonano aresztowań najzagorzalszych targowiczan, dla których wzniesiono naprędce kilka szubienic. Przewodzący akcji Jan Kiliński zapisał w pamiętniku: „Jako trzeciego powieszono przed Ratuszem hetmana Zabiełłę. (...) Gdy kat zapinał na nim szelki, Zabiełło wręczył mu sakiewkę, w której było ponad sto dukatów, i powiedział: »Proszę cię, mój kochany, zadaj mi taką śmierć, abym się długo nie męczył«”.

DOM PUBLICZNY „POD TOPOREM”


Kolejnym obowiązkiem kata, choć nie we wszystkich miastach, było prowadzenie domów publicznych. Wielokrotnie swe uprawnienia przekazywał żonie, która mogła stale nadzorować pracę i dochody miejskich dziwek. Jego pomoc zwykle ograniczała się do poszukiwania nowych pracownic z miejskiego plebsu. W 1581 roku w Poznaniu zatrzymano Annę z Brześcia, której oświadczenie przed ławnikami skrzętnie zanotowano: „Gdy ją kat po karaniu u pręgierza wyprowadzał, tedy ją namawiał na moście, aby do niego przystała i za jego namówieniem przyszła do niego (...) [pracując] przy nierządnicach (...). Uciekła stamtąd, (...) [aż przyparta głodem] wróciła do Poznania (...) [i] poszła podle złego domu...”. Mistrz, zostawiając katową w domu publicznym, miał za zadanie nie tylko doprowadzać nowe „praktykantki”, ale i czuwać, by nie zbiegły.

Ponieważ w Europie Zachodniej przez długie stulecia zatrudniano w większości przedstawicieli wybranych rodzin katowskich, w przypadku łamania przez kata prawa, konsekwencje ponosili i jego krewni. Z obawy przed utratą pracy i życiem w nędzy, już od najmłodszych lat oprawcy uczyli swych uczniów respektowania panujących kodeksów. Tymczasem na ziemiach polskich oprócz oprawców, szkolonych przez kilka lat pod okiem starego kata, zatrudniano ludzi bez doświadczenia, zwykle z marginesu społecznego. Przyczyniała się do tego zarówno mała liczba pojedynczych oprawców, jak i zawyżone cenniki miast wypożyczających własnego mistrza.

POSZKODOWANY WIESZA WŁASNORĘCZNIE


O zwyczajach panujących w ówczesnej Polsce przekonał się Hans Rintfl eich – zamożny i szanowany mieszczanin wrocławski, który w latach 70. XV wieku przybył w interesach do Płocka. Przedstawiający tę historię śląski kronikarz Mikołaj Pol napisał, iż podczas pobytu wrocławianin został okradziony przez właściciela zajazdu, w którym się zatrzymał. Zdenerwowany udał się do sądu, gdzie przedłożył oskarżenie. Podczas procesu karczmarz przyznał się do winy, wobec czego ławnicy wydali wyrok: kara śmierci przez powieszenie z rąk Rintfl eicha! Zszokowany decyzją sądu wrocławski patrycjusz począł błagać o możliwość rezygnacji z pozwu i odszkodowania oraz wyjazdu z miasta. Inaczej okryje się wielką hańbą. Płoccy ławnicy na to nie przystali, wobec czego musiał wykonać egzekucję! Natychmiast po opuszczeniu miasta, oburzony „barbarzyńskim postępowaniem”, udał się do Krakowa w celu złożenia zażalenia królowi polskiemu.

Tam też wystarał się o przygotowanie pisma podpisanego przez monarchę, w którym zaświadczono, iż pogardliwy czyn był przeprowadzony pod przymusem, wobec czego nie może przynosić ujmy na honorze. Ale infamia dotykająca profesję katowską była na Śląsku (podobnie jak na zachodzie Europy) tak wielka, iż jeszcze syn Hansa – Krzysztof Rintfl eich prosił o wydanie dyplomów od radnych płockich (1501) oraz króla czeskiego i węgierskiego Władysława Jagiellończyka (1502) „oczyszczających” go z niesławy. Mimo uzyskania powyższych dokumentów, radni wrocławscy nie zgodzili się na wybranie go w skład ławy miejskiej (1507) – uznając, podobnie jak wrocławski sąd krajowy, pechowca „niegodnym” zasiadania w ich towarzystwie! W wielu miastach (szczególnie w zachodnich regionach) uważano, że pogarda przenosiła się na wszystkich, z którymi kat się stykał, wobec czego kazano mu pracować w rękawiczkach. Infamia spadająca na katowskie rodziny szczególnie dawała się we znaki dzieciom. Z tego właśnie powodu w kronice poznańskiej pod rokiem 1432 r. zanotowano: „Uczciwa dziewica Eliza, córka kata podszedłszy w lata wyrzekła się swego ojca dobrowolnie”. Można tylko sobie wyobrazić jej dramat; rozdarta pomiędzy pozostaniem z ojcem i życiem w pogardzie, a możliwością korzystania ze swobód życia, w końcu dokonała wyboru.

Niejedna kronika miejska zachowała zapiski o tym, jak obywatele: spluwali na widok kata, odwracali głowę, a chleb dlań przeznaczony kładziony był na ławach chlebowych wierzchem do dołu, co miało podkreślić pogardę dla jego zawodu. Nawet w kościele czekało nań oddzielne i często oddalone od pozostałych miejsce. W Chojnicach nie wolno mu było siadać wśród pozostałych wiernych, albowiem specjalne krzesło przygotowano mu w kruchcie. W Toruniu raz w roku wybierano dzień, gdy kościół był niemal pusty, i wówczas dawano oprawcy możliwość wyspowiadania się. Mało tego, przygotowywano dlań mały ołtarzyk, przeznaczony w dni powszednie dla pokutników, a spowiadający go dominikanie mieli tak przytrzymywać swe habity, aby ich kat przypadkiem nie dotknął. Czyżby nie istniała możliwość wyprania szaty?

POWOŁANIE CZY SADYZM?

 


Torturowanie podejrzanych i wykonywanie wyroków od samego początku przysparzało katu licznych wrogów. Publiczna kara bądź egzekucja stawały się w oczach najbliższej rodziny zjawiskiem nader hańbiącym, wobec czego część winy zrzucano automatycznie na oprawcę. Bardzo często uznawano, że członek rodziny wyznał swe czyny jedynie pod wpływem tortur – i nieraz był to słuszny pogląd... Bartłomiej Groicki, prawnik polskiego odrodzenia, negatywne skojarzenia z pracą oprawcy skomentował następująco: „Urząd jego jest tym, aby egzekucyją czynił nad złoczyńcą wedle przewinienia rozmaitym karaniem i rożną śmiercią (...). Ale iż katowie (...) w wielkiej nienawiści i zelżywości u ludzi bywają, to nie przychodzi i przychodzić ma z strony ich urzędu, ale stąd, iż urzędu swego źle używają: nie z miłości bliźniego, nie z żalem, nie z litowaniem, za czym by mogli mieć przyjaźń ludzką, i że się ze złoczyńcami nie inaczej jedno jako z innymi bestyjami obchodzą, bijąc, poszykując, targając nielitościwie, mordując niezwyczajnie, odzierając”. Tak naprawdę często zapominano, iż bez względu na to, czy rzeczywiście oprawcy byli sadystami, czy też jednostkami uodpornionymi (wyszkolonymi) psychicznie na ludzkie cierpienie, działali tylko i wyłącznie w imieniu prawa. Mało tego, ze względu na rodzaj wykonywanej pracy, nie każdy mógł zostać katem.

Dlatego na ziemiach polskich najchętniej szukano kandydatów wśród więźniów lub uczniów, przygotowujących się do zawodu przez długie lata. Pachołkowie mistrza podczas szkolenia uczyli się posługiwania rozmaitymi narzędziami, ich konserwacji i naprawy, trenowali zadawanie bólu i śmierci na zwierzętach i dopiero wówczas mogli pomagać katu podczas prawdziwych egzekucji. Należy pamiętać, iż było w zasadzie kilka powodów wyboru takiego zawodu. Oprócz predyspozycji psychofizycznych, niemałe znaczenie miało położenie materialne przyszłego kandydata. W końcu władze miejskie oferowały mu tygodniową pensję, mieszkanie, fundusze na zakup narzędzi oraz ich konserwację, drewno na opał, świece, czasem określoną ilość zboża, warzyw i owoców. Z drugiej strony zatrudnianie ludzi o podejrzanej przeszłości, przydzielanie siedzib poza obrębem miast oraz wszechpanująca pogarda – doprowadzały do wypaczenia zawodu. Spartaczone egzekucje, alkoholizm, sutenerstwo, złodziejstwo – to chleb powszedni polskich oprawców...

KAT KATU KATEM


Pewien mistrz z Poznania, wkrótce po tym, jak w 1526 r. namówił pensjonariuszki domu publicznego do okradzenia bogatego klienta, został skazany na śmierć. Natomiast w Chwaliszewie ścięto kata Wacława i jego pomocnika Jakuba, ponieważ na pobliskim moście w 1548 r. zamordowali chłopa, który zabrał z domu publicznego swoją siostrę. Złodzieje kazimierscy nie dość, że mieli u kata noclegi, to jeszcze w 1577 r. zostali przez niego... okradzeni! Za co kat zapłacił głową. Z kolei każda sfuszerowana egzekucja mogła szybko obrócić się przeciwko oprawcy. Ból i cierpienia zadane jednemu wywoływały chorobliwą chęć zemsty wśród innych. W Brzegu pod rokiem 1530 zapisano lakoniczne zdanie o „tragicznym zgonie mistrza”. W 1584 r. pewien spokrewniony ze skazańcem szlachcic zranił kata poznańskiego tak mocno, iż nie dało się go utrzymać przy życiu. Ofiarami linczów zostali również dwaj kaci z Lubania; w 1574 r. przy drodze do wsi Olszyny uśmiercono Bartela Seyfferta, a w 1580 r. młody szlachcic zasztyletował mistrza Petera Kunza. Kostucha wyszła także naprzeciw katu z Żywca, gdzie w 1684 r. nie doszło do planowanej egzekucji. Rozczarowani widzowie tak srogo poturbowali kata, iż ten zmarł niebawem w ogromnych boleściach.

Nawet po latach dobrej pracy „mistrz małodobry” nie mógł liczyć na pewny pochówek! Przekonał się o tym kat z Bolkowa Józef Jausch, który z początkiem 1788 roku stawił się przed magistratem ze skargą na niemożność zapewnienia należytego pochówku swemu ojcu, byłemu katu z Paczkowa. Poprosił rajców, aby pomogli mu wpłynąć na miejskich przedstawicieli cechów, z których nikt (z powodu wielkiej infamii) nie chciał podjąć się niesienia trumny na cmentarz. Bolkowski mistrz dał tym samym do zrozumienia, że podobna sytuacja może powtórzyć się po jego śmierci lub członków jego rodziny. Burmistrz miasta przypomniał rzemieślnikom, że zmarły oprawca był pełnoprawnym obywatelem i tym samym miał wraz z rodziną prawo do godnego pochówku, zgodnego z tradycjami wiary. Słowa te nie przekonały mieszczan i cały spór rozgorzał na nowo. W końcu, po półrocznych przepychankach (!), latem 1788 roku zobowiązano miejscowe cechy do wybrania drogą losowania osób mających nieść trumnę. Ostatecznie wzbraniający się rzemieślnicy pochowali w trumnie poważnie rozłożone ciało kata...

Szymon Wrzesiński