Nie ma chyba wątpliwości, że skarbem polskiej kuchni są kiszonki, wśród których niekwestionowanymi królami są ogórki. Na naszych stołach goszczą zwłaszcza jesienią i zimą, w sezonach, kiedy ich właściwości zdrowotne okazują się na wagę złota. Witaminy K, E, A oraz te z grupy B, do tego magnez, fosfor, potas. A na dokładkę szczególnie ważna witamina C, która wspomaga układ odpornościowy. I jakby tego było mało, sprzyjają lepszej pracy jelit, a zawarty w nich kwas mlekowy, powstały w czasie fermentacji, reguluje florę bakteryjną. Nietrudno się więc przekonać, że kiszonki warto jeść. Ostatnio okazuje się jednak, że sfermentowana żywność cuda może zdziałać nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz naszego organizmu.

Najnowszy trend przywędrował do Europy z Azji, a ściślej mówiąc, z Korei. Kiszonki zresztą są tym, co łączy nasze skądinąd odległe geograficznie kuchnie. Korzystanie z dobrodziejstw fermentacji było dawniej najskuteczniejszym – i najbezpieczniejszym – sposobem na przechowywanie żywności, zaraz obok solenia i suszenia. Dawała też duże pole do manewru – bo fermentacji poddać można tak naprawdę wszystko, otrzymując w jej wyniku tak uwielbiane produkty, jak sery, jogurty czy wino.

W kosmetologii zaś umożliwia otrzymanie nowatorskich składników aktywnych. Sfermentowana woda ryżowa zwiększy produkcję kolagenu, przywracając tym samym skórze elastyczność. Tymczasem rzodkiewka ma działanie antyseptyczne, soja intensywnie nawilży skórę, a gruszka znormalizuje wydzielanie sebum.

Szczególnie ciekawym przykładem jest sfermentowane mleko sojowe. Jak dowodzą badania japońskich naukowców z Yakult Central Institute for Microbiological Research, mleko sojowe sfermentowane z udziałem bakterii Bifidobacterium znacząco przyspiesza produkcję kwasu hialuronowego (testy przeprowadzono zarówno w warunkach in vitro, jak i in vivo). A dzięki zawartych w nim daidzeinie i genisteinie poprawia elastyczność skóry. 

Na czym dokładnie polega więc fermentacja – inaczej nazywana oddychaniem beztlenowym? Mówiąc językiem naukowców, to proces przemiany kwasu pirogronowego w kwas mlekowy (bądź inny kwas organiczny) albo w alkohol etylowy. A przekładając to na prostszą do zrozumienia rzeczywistość – fermentacja to proces rozkładu, w którym główną rolę odgrywają mikroorganizmy (np. bakterie, drożdże albo grzyby). Wydzielane przez nie enzymy pomagają rozbić związki organiczne na mniej skomplikowane i tym samym lepiej przyswajalne przez organizm.

Zmianie „na lepsze” ulega struktura składników odżywczych. Finalnym efektem fermentacji są zaś aminokwasy (m.in. cysteina, czyli aminokwas, który zapewnia lepszą jędrność skóry, a przy tym wykazuje działanie utleniające), witaminy, przeciwutleniacze oraz wspomniane kwasy organiczne. Zapewniają one nowe biologiczne właściwości i zwiększają siłę działania dotychczasowych związków aktywnych. W dietetyce oznacza to świetną kurację dla naszych jelit. W kosmetologii – szansę na stworzenie super-skutecznych produktów. 

Jak jednak podkreśla dr Michele Wong (prowadząca stronę Lab Muffin), pozyskiwane w procesie fermentacji składniki nie są niczym zaskakującym w chemii. Kwasy AHA czy aminokwasy mogłyby bezpośrednio zostać dodane do produktów, a ich stężenie byłoby wówczas łatwiejsze do skontrolowania.

Nie wyobrażajcie sobie jednak, że „kiszonki” nakładamy na twarz „ot tak”! Pozyskane w procesie fermentacji składniki stają się pierwszoplanowymi bohaterami kremów, esencji i toników. W Korei po takie rozwiązania sięga już większość marek, m.in. popularne za granicą i w Polsce Missha, Goodal, SU:M37.

To jednak nie pierwszy raz w historii kiedy zachwycamy się sianiem fermentu w naszych kosmetykach! W starożytnych Chinach sfermentowanej wody ryżowej używano m.in. do pielęgnacji włosów. Od tamtego czasu branża kosmetyczna „zaliczyła” spory przeskok (technologiczny i finansowy; mówi się, że dziś warta jest dziś około 532 mld dolarów!).  Nie przeszkadza jej to jednak sięgać po sprawdzone od wieków rozwiązania. Ba, wprost przeciwnie! Wszystkie wartościowe substancje są zaś lepiej przyswajalne przez skórę, która pozostaje lepiej nawilżona i odżywiona.

Sfermentowane kosmetyki zaleca się nawet i skórom wrażliwym – ryzyko wystąpienia podrażnień czy alergii, właśnie ze względu na ich podobne do ludzkich komórek funkcjonowanie, jest znikome. Może więc oprócz delektowania się kiszonymi ogórkami warto zaopatrzyć się w sfermentowany krem?