Focus Historia (Michał Wójcik): Istnieje duża szansa, aby za zgodą władz Rzeczypospolitej i Krakowskiej Kurii Metropolitalnej doszło do otwarcia grobowca generała Sikorskiego na Wawelu. Co – Pana zdaniem – wyjaśni dokładna sekcja zwłok czy nawet badanie tomografem komputerowym?

Tadeusz A. Kisielewski: Takie dokładne badania szczątków generała mogą ujawnić bardzo wiele. Ja tylko przypomnę, że według 5 świadków, którzy zaraz po śmierci generała wypowiadali się na temat obrażeń, jakie odniósł, na głowie Naczelnego Wodza znajdowały się obrażenia, które potem – a dokładnie w ciągu około 20 godzin po zamachu – znikały w tajemniczych okolicznościach. Podobno wskutek zabiegów kosmetycznych, jak to ujmuje jeden z brytyjskich dokumentów. Ja z kolei uważam, że ktoś celowo poprawił wygląd generała po śmierci, aby zatuszować ślady zbrodni. Przypomnijmy: mjr lek. Daniel Canning, główny oficer medyczny stacji RAF w Gibraltarze, zeznał 19 lipca 1943 roku, że „generał miał długą, głęboką ranę w okolicy przedczołowej głowy”. Ludwik Łubieński z kolei zeznał 7 lipca 1943 r., że „Naczelny Wódz miał zniesioną prawą część czoła i kawałek czaszki, prawdopodobnie wskutek uderzenia o kant obramowania kabiny”. 20 lipca dodał, że „Sikorski miał wielką ranę prawej skroni, oka i nosa a ze skroni sterczały drewniane drzazgi”. Mjr Anthony Quayle, który zidentyfikował generała po wypadku, wyraźnie powiedział, że generał miał „czysty otwór wywiercony przez jakiś ostry przedmiot w kąciku jednego oka, chociaż samo oko zupełnie nie było uszkodzone”. Płk Ludwik Martel, zresztą wyśmienity pilot, który miał widzieć ciało generała, też dostrzegł „okrągły otwór na czole”. Tymczasem już kilkanaście dni później w Londynie, gdzie odkryto w celu identyfikacji twarz generała w trumnie, świadkowie stwierdzili, że nie ma na niej żadnych obrażeń. To zdumiewające. A przypomnę jeszcze, że wiele lat później – w nocy z 13 na 14 września 1993 r. – w związku z porozumieniem brytyjsko-polskim o przeniesieniu zwłok generała do Polski, odbyła się na cmentarzu w Newark ponowna identyfikacja szczątków. Dr Tadeusz Szumowski, świadek tej ceremonii, powiedział mi, że dokonano wówczas oględzin czaszki i żadnych oznak nagłej „niewypadkowej” śmierci nie znaleziono. Cały korpus miał być w idealnym porządku, a przecież wiemy, że – choć to zabrzmi makabrycznie – ciało generała wskutek nagromadzenia się gazów pośmiertnych i wysokiej temperatury w Gibraltarze eskplodowało kilka dni po wypadku. Coś tu zatem jest nie tak! Badania tomograficzne powinny wyjaśnić wszystkie wątpliwości.

Michał Wójcik: Pytanie tylko, czy po 65 latach da się odróżnić ślady wypadku od śladów domniemanego zamachu?

Tadeusz A. Kisielewski: To będzie bardzo trudne. Ale nie wiem, czy niemożliwe. Jako osoba, która udowodniła, że gen. Sikorski nie zginął w wyniku wypadku, liczę, że takie badanie dostarczy nam dowodów na bezpośrednią przyczynę jego śmierci. Spróbujmy bowiem zrekonstruować gibraltarską katastrofę. Samolot wystartował, po czym zaczął tracić wysokość, by ostatecznie po 16 sekundach z jakichś 2–3 metrów spaść do wody jak kamień. Właśnie to uderzenie miało spowodować tak koszmarne obrażenia na ciałach wszystkich uczestników wypadku. Moim zdaniem – a ustaliłem to w ciągu kilkuletnich badań – sposób opadnięcia samolotu na wodę nie dawał jednak zamachowcom gwarancji, że generał nie przeżyje. Zresztą, nie mylili się. Przecież jeden z pasażerów zmarł dopiero w łodzi po wyłowieniu go z wody. A zatem należało generała zabić przed katastrofą, by mieć absolutną pewność, że plan zamachowców się powiedzie. Szukamy właśnie tych śladów. Bo to, że generał zginął w zamachu, zostało już udowodnione ze stuprocentową pewnością. Świadczy o tym dogłębna analiza dokumentów, zeznania świadków, opinie brytyjskich ekspertów, symulacja komputerowa lotu liberatora. Wszystkie konkluzje sprowadzają się do jednego stwierdzenia: samolot był do samego końca w pełni sterowny: stery, silniki i układ zasilania paliwem nie były uszkodzone, czyli poddane sabotażowi. Teza o naturalnym wypadku stoi w sprzeczności z prawami fizyki, regułami pilotażu i cechami konstrukcyjnymi samolotu...

Michał Wójcik: Ale to w dalszym ciągu za mało, aby stwierdzić, komu zależało na śmierci generała i miał tyle determinacji, by ten zamach przeprowadzić. Przecież nawet jeśli zostanie znaleziony dowód zbrodni, nadal nie będziemy wiedzieli, kto zamach przeprowadził.

Tadeusz A. Kisielewski: Przecież to nas przybliży do poznania prawdy. Możemy znaleźć ślady, które wyjaśnią, co było bezpośrednią przyczyną zgonu. Na pewno po tylu latach nie znajdziemy śladów substancji toksycznych. Kontaktowałem się z fachowcami w tej materii i wiem, że po 65 latach jest po prostu za późno.

Michał Wójcik: Zresztą teoria o „zagazowaniu” pasażerów już dawno upadła. Zamachowcy nie mieliby jak wtaszczyć na pokład butli z trującym gazem i nie mieliby pewności, że gaz zatruje wszystkich w tym samym czasie...

Tadeusz A. Kisielewski: W tym wypadku chodziło, moim zdaniem, o truciznę w sprayu. W dodatku zamachowiec czy zamachowcy nie rozpylali go w samolocie, tak jakby chcieli wytruć komary, ale śmiertelny strumień skierowany został bezpośrednio w stronę generała. Reszta pasażerów została sterroryzowana. Podstawowa zagadka to liczba osób na pokładzie. Oficjalnie było ich 17. Nieoficjalnie mówi się o 20, 22, a nawet 24. Ponieważ 17 osób to bezpośrednie otoczenie generała plus piloci, zatem cała reszta to potencjalne zagrożenie. W pierwszej fazie zamachu brało udział tylko dwóch zamachowców. Jeden z nich to drugi pilot Liberatora AL 523 „Świr” Johnson, a drugi to ktoś, kto wszedł z członkami delegacji, w otoczeniu generała do środka maszyny. To właśnie on otworzył właz wejściowy dla reszty zamachowców, gdy była ku temu sposobna chwila.

Michał Wójcik: Kim jest „Świr” Johnson? Przecież nie ma go na liście ofiar wypadku samolotu. Oficjalnie zresztą w ogóle go nie ma.

Tadeusz A. Kisielewski: Po opublikowaniu „Zamachu” skontaktował się ze mną pan X. Nie mogę publicznie ujawnić, kim jest, ale na jego prośbę zdradziłem jego tożsamość jednemu z ważnych polskich polityków, z którym zresztą zna się od kilku lat. 15 grudnia 2005 r. pan X zrelacjonował mi rozmowę, jaką odbył z niejakim Jimem Leachem w 1979 r. podczas jego pobytu w Polsce. Otóż gdy konwersacja zeszła na czasy wojenne, pan Leach spontanicznie powiedział, że w czasie wojny był w Bomber Command i wie, że generał nie zginął w wypadku, ale w zamachu. „Poproszono mnie, żebym zgłosił się na ochotnika do tej roboty” – wspominał rozmowę z czasów wojny i przyznał, że pilotów takich jak on, których próbowano zwerbować, było jeszcze pięciu czy sześciu. Werbowanie szło opornie, bo projekt początkowo miał być misją samobójczą. Ostatecznie zgłosił się do tej misji właśnie Nowozelandczyk lub Kanadyjczyk, znany jako kpt. „Świr” Johnson. Potem zginął zestrzelony gdzieś nad Niemcami. Werbownik miał mu powiedzieć, że generał Sikorski musi być usunięty, bo przeszkadza w wysiłku wojennym i odmówił porozumienia z marszałkiem Stalinem. Za tę misję ochotnik miał być awansowany aż o dwa stopnie. Tak też się stało. Do lotu z generałem Sikorskim Johnson wystartował jako podpułkownik.

Michał Wójcik: Pana zdaniem „Świr” Johnson należał do większej grupy zamachowców. Miał być odpowiedzialny tylko za tuszowanie śladów zbrodni. Zwodował samolot tak, by wyglądało to na wypadek. A co z resztą zamachowców?

Tadeusz A. Kisielewski: Ci weszli do samolotu na początku pasa startowego, gdy maszyna tam zakołowała i czekała na pozwolenie startu. Wtedy był najlepszy moment. Zgodnie z regulaminem światła na lotnisku zostały wygaszone: jest ciemno i samej maszyny po prostu nie widać. Pamiętajmy, że jest kilka minut przed godziną jedenastą wieczorem. Piloci rozpoczęli ostatnią próbę czterech silników liberatora i zapanował potworny hałas. Nawet jakby eksplodował granat w samolocie, nie byłoby tego słychać. W tym momencie ktoś wpuszcza ekipę zamachowców tylnym włazem do środka. I wtedy następuje masakra. Czy strzelają, czy trują – nie wiemy. Być może poszło im to dość łatwo, bo przecież wszyscy pasażerowie byli zmęczeni, sam generał, który tego dnia czuł się źle, właśnie kładł się spać, był w górze od piżamy. Następnie zamachowcy rozmieszczają w samolocie ładunek wybuchowy. Po skończeniu roboty wychodzą tylnym włazem i znikają w ciemnościach. Samolot wystartował i rozbił się po 16 sekundach. Istnieje również inna wersja śmierci gen. Sikorskiego. Publicysta Dariusz Baliszewski jest zwolennikiem teorii, że generał zginął po południu 4 lipca w pałacu gubernatora, a do samolotu wszedł jego sobowtór razem z trzema innymi podstawionymi aktorami, którzy następnie zostali zamordowani. Moim zdaniem łatwo tą wersję zweryfikować, odnajdując w którymś z teatrów Wielkiej Brytanii informację o tragicznej śmierci czterech aktorów w lipcu 1943 r. Ja tę teorię na razie odrzucam.

Michał Wójcik: Ale nie odrzuca Pan hipotezy o oporze, jaki stawili pasażerowie samolotu?

Tadeusz A. Kisielewski: Rzeczywiście, istnieje poszlaka, która skłania do takiego wniosku. Na płycie lotniska znaleziono zwłoki prawdziwego kuriera AK Jana Gralewskiego, który wyruszył z Warszawy w lutym, a pod którego podszyło się prawdopodobnie aż czterech zamachowców. Może Gralewski walczył, może uciekał? A może jego zwłoki zostały pozostawione celowo? Informacja o tym, że znaleziono je na płycie, miała pochodzić od płk. Michała Protasewicza, szefa VI Oddziału sztabu Naczelnego Wodza, odpowiedzialnego za łączność z krajem. A zatem, gdy samolot oderwał się od pasa startowego, generał nie żył. Po krótkim locie maszyna spadła do wody, a po kilku minutach zatonęła, odwracając się kołami do góry. Dopiero wtedy nastąpiła eksplozja. Świadczy o tym rozerwana na strzępy dolna część kadłuba.

Michał Wójcik: Po co zamachowcy mieliby celowo zostawić zwłoki Gralewskiego na lotnisku?

Tadeusz A. Kisielewski: Niekoniecznie celowo – po prostu trudno im było wpakować zwłoki do wysoko położonego luku, a może musieli się spieszyć. Oprócz zwłok Gralewskiego jest mnóstwo innych śladów zamachu. Być może celowo zostawionych. Generalnie bowiem ślady zbrodni zostają z dwóch powodów. Bo ktoś spartaczył robotę albo – bo zostawia się je w jakimś celu. W tym przypadku uważam, że autorowi zamachu zależało, aby od razu wiele osób wiedziało, że to nie wypadek. Żeby dla nikogo nie było żadnych wątpliwości. Zresztą nie było. Piloci, którzy latali na liberatorach i znali konstrukcję tego samolotu, już w 1943 r. twierdzili, że ta katastrofa nie mogła być wypadkiem. Tymczasem cała praca komisji, powołanej przez Brytyjczyków do zbadania okoliczności tragedii, była jedną wielką kompromitacją. Mogę nawet powiedzieć, że była wręcz sabotażem, również wobec zdrowego rozsądku.

Michał Wójcik: Kim był werbownik, który namówił „Świra” Johnsona do udziału w zamachu?

Tadeusz A. Kisielewski: Wszystko, co o nim wiemy, to spekulacje. Skoro prowadził rozmowy werbownicze, możemy się domyślić, że czuł się w miarę bezpiecznie. Raczej nie prowadził tych rozmów w jednostkach pilotów, ale gdzieś „na mieście”. Możemy również wywnioskować, że nie był lotnikiem i nie znał się na pilotowaniu. Prosił bowiem ochotników o coś absurdalnego. O misję, która miała się skończyć ich śmiercią. „Świr” Johnson się zgodził, ale – wszystko na to wskazuje – postawił warunek, że przeprowadzi operację według własnego planu. Czyli, że on sam wyjdzie z katastrofy cało, a samolot spadnie niedaleko od brzegu, aby mógł się bezpiecznie ewakuować. Uważam, że werbownik był oficerem brytyjskiego kontrwywiadu. Wiedział bowiem, do kogo się zwrócić, wiedział, kto jest na tyle dobry, by przeprowadzić taką operację, znał „dossier” kandydatów na zamachowców. Poza tym mógł powołać się na – prawdziwy lub rzekomy – rozkaz zwierzchników i liczyć na ich protekcję. Miał również gwarancję, że jego rozmówcy będą trzymali język za zębami. Kontrwywiad dysponuje narzędziami, które pozwalają zniszczyć nielojalnego współpracownika.

Michał Wójcik: Na czyje zlecenie działał werbownik? Premiera Winstona Churchilla? Co jakiś czas pojawiają się teorie obciążające tego wybitnego męża stanu.

Tadeusz A. Kisielewski: Moim zdaniem nie. Generał Sikorski i premier Wielkiej Brytanii jechali na tym samym wózku. Winston Churchill wielokrotnie dawał do zrozumienia, że generał to jedyny polityk wśród polskich aliantów, z którym można się dogadać. Jedyny również, który poszedł tak daleko na współpracę ze Stalinem, co Wielka Brytania nie tyle akceptowała, co inspirowała jako własną rację stanu. Przecież to nikt inny, tylko sekretarz stanu Cordell Hull napisał, że Sikorski był prawdopodobnie jedynym członkiem polskiego rządu zdolnym do osiągnięcia porozumienia z Rosją. Zresztą pamiętajmy o tym, że Churchill ostrzegał gen. Sikorskiego przed zamachem. Bardzo usilnie, dwukrotnie namawiał jego córkę, Zofię Leśniowską, aby ta nie leciała z ojcem na Bliski Wschód. Ponadto służby mu podlegle trzykrotnie starały się udaremnić zamach na generała Sikorskiego: przed jego odlotem z Kairu, następnie podczas lotu do Gibraltaru, zmieniając port międzylądowania, aby uniknąć Algieru, w którym czekali na niego zamachowcy z osławionej polskiej dwójki, czyli wywiadu wojskowego, a wreszcie w samym Gibraltarze, stawiając wzmocnione warty, które uniemożliwiły dokonanie sabotażu samolotu podczas jego postoju. Moim zdaniem werbownik działał pod wpływem kogoś bardzo wysoko postanowionego w otoczeniu Churchilla. Jakiegoś sowieckiego kreta. Dziś wiemy, że ktoś taki rzeczywiście był tam ulokowany, jednak jego nazwiska prawdopodobnie nie znają nawet sami Brytyjczycy.

Michał Wójcik: W swojej najnowszej książce „Gibraltar ’43” ujawnia Pan, że na dwa dni przed zamachem w Gibraltarze miał miejsce zamach na Winstona Churchilla w Londynie. Ktoś przy Downing Street strzelił do niego, a następnie rzucił w niego granatem. Czy te dwa zamachy można jakoś powiązać?

Tadeusz A. Kisielewski: Nie. Bo Churchilla chciała zlikwidować wewnętrzna opozycja. Ci, którzy chcieli doprowadzić do odwrócenia sojuszy: aby Anglia razem z Niemcami ruszyła na Związek Radziecki. Churchill był temu przeciwny. Chciał za wszelką cenę pobić Niemcy. A kto zlikwidował gen. Sikorskiego? Moim zdaniem generalissimus Józef Stalin. Zrobił to rękoma brytyjskiego kontrwywiadu i przy pomocy własnych ludzi, prawdopodobnie Polaków, tych „fałszywych Gralewskich”. I tylko z tego powodu Brytyjczykom, a ściślej brytyjskim władzom, chodziło o zatuszowanie śladów zbrodni. Nie dlatego, że sami byli winni, ale dlatego, że wszystkie okoliczności wskazywały na nich. Zamach bowiem został tak przeprowadzony, aby cała odpowiedzialność spadła właśnie na Brytyjczyków. Ujawnienie zamachu byłoby wielką kompromitacją Zjednoczonego Królestwa. Dlatego, że ten odbył się na terytorium brytyjskim, w brytyjskim samolocie pilotowanym przez brytyjskiego pilota, pod okiem brytyjskiego gubernatora Gibraltaru i na dodatek został przeprowadzony brytyjskimi rękoma. Pod tym względem był to sowiecki majstersztyk. Stalin zamordował Sikorskiego – bądź co bądź swojego sojusznika – bo potrzebował ohydnej zbrodni, zdolnej odwrócić uwagę aliantów od innej ohydnej zbrodni: zbrodni katyńskiej. Dzięki temu mógł w każdej chwili szantażować Zachód ujawnieniem szczegółów, gdyż Brytyjczycy nie mają dowodów ani na winę Sowietów, ani na swoją niewinność. Z politycznego punktu widzenia zamach na generała był czymś znacznie poważniejszym niż zamordowanie 22 tysięcy polskich oficerów. Zamach na premiera i Naczelnego Wodza jest zamachem na majestat Rzeczypospolitej.

Michał Wójcik: Sugeruje Pan również, że przygotowania do zamachu były tajemnicą poliszynela. Np. Hans Lazar, radca prasowy ambasady Trzeciej Rzeszy w Madrycie, poinformował ppłk. Kowalewskiego, polskiego agenta w Lizbonie, że w lipcu 1943 r. jest planowana „zmiana” w polskim rządzie, która polega na wyeliminowaniu generała. Innym świadectwem jest zachowanie dr. Józefa Hieronima Retingera, doradcy politycznego generała, a jednocześnie współpracownika brytyjskiego wywiadu. O ile Retinger towarzyszył generałowi we wszystkich podróżach, o tyle z udziału w wyprawie na Bliski Wschód zrezygnował. Poza tym i Stanisław Mikołajczyk, i Karol Popiel, i Marian Kukiel odbierali wcześniej telefony o planowanym zamachu. Czy Sikorski wiedział co się święci?

Tadeusz A. Kisielewski: Moim zdaniem wiedział. Obawiał się, że zamach planują jego polscy przeciwnicy polityczni. Wydaje mi się jednak, że generał, wchodząc na pokład liberatora w Gibraltarze, był przekonany, że jeszcze raz mu się udało. Że przeżył wizytę na Bliskim Wschodzie, gdzie przecież miał odbyć się zamach stanu. Tymczasem zabawne jest zachowanie licznych polskich oficerów w Algierze, którzy na wieść, że generał zmienił trasę przelotu z Kairu do Gibraltaru i miał międzylądowanie w Libii, na łeb na szyję polecieli właśnie do Gibraltaru. Po co? Aby tam przeprowadzić zamach. Na generała w lipcu roku 1943 czekały co najmniej dwie niezależne od siebie ekipy zamachowców, w tym – tak, tak, to prawda – jedna polska. Tak czy siak musiał zginąć, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jeden z wysokich polskich oficerów zaraz po zamachu przyznał, że bardzo cieszy się z tego, co się stało, i żałuje, że nie zrobił tego własnymi rękami.

Michał Wójcik: Na koniec wróćmy do planów otwarcia grobowca generała na Wawelu. Jakie mogą być konsekwencje polityczne przeprowadzenia takich badań i ewentualnego ujawnienia materialnych dowodów na zamach? Ja tylko przypomnę, że Anglicy – przekazując trumnę generała stronie polskiej w 1993 r. – postawili jeden warunek: absolutnie zakazali jej otwierania.

Tadeusz A. Kisielewski: Nie spodziewam się żadnych konsekwencji politycznych. Od tamtych wydarzeń minęło już zbyt wiele czasu. Nasze sojusze w NATO czy Unii Europejskiej nie zostaną nadszarpnięte. Przecież polska opinia publiczna nie ma złudzeń co do przyczyn zgonu generała. Mało tego. To być może wynika z mojego cynizmu, ale uważam, że nawet opublikowanie słynnej „teczki generała”, która notabene jest własnością polskich władz, a którą do dziś przechowują Brytyjczycy, czy najtajniejszych dokumentów przechowywanych w Londynie w sprawie zamachu, niczego nie zmieni. Byłoby to po prostu zastąpienie kilkudziesięciu poszlak wskazujących na sprawstwo Stalina jakimś jednym dowodem, w rodzaju tego, który ostatecznie przekonał niedowiarków w kwestii, kto zlecił zamach na papieża Jana Pawła II. Dowodem, który przecież także można obalić. Niektórzy dowiedzieliby się więcej o stosunku Sowietów do Polski, to wszystko. Jeśli zaś chodzi o Wielką Brytanię, to wewnętrzne konsekwencje polityczne i negatywny wpływ na międzynarodowy wizerunek Londynu byłyby porównywalne do trzęsienia ziemi. Ale to nie moje zmartwienie. W gruncie rzeczy liczę jedynie na duże konsekwencje dla polskiej i europejskiej nauki w odniesieniu do historii drugiej wojny światowej. Tyle i aż tyle.