Bohatera tego tekstu, Polaka o cudzoziemskim nazwisku, „ścigałem” w archiwach trzech krajów 10 lat. Sławiący w wielotomowej sadze Kozietulskiego i szwoleżerów Marian Brandys nie mógł się nadziwić, że jeden z „chartów Napoleona” został po jego upadku pierwszym „uchem” Królestwa Polskiego: „Jeszcze teraz trudno mi skojarzyć »poczciwego Vandernoota«, stale zajętego świadczeniem kolegom usług handlowych, pożyczającego sobie od nich pieniądze i pisującego do nich wzruszające listy, z potężnym naczelnikiem policji wielkiego księcia. Ale ze źródeł historycznych wynika niezbicie, że chodzi o jedną i tę samą osobę…”. W tzw. kontroli (rejestrze) pułkowej mistrz „historycznego reportażu” odkrył, że Vandernoot nosił mundur w latach 1809–1814 jako oficer szwoleżerów, potem eklererów. A że przyjęto go z poręki generała Savary’ego, przyszłego ministra policji Napoleona, „zdaje się nie ulegać wątpliwości, że Konstanty Vandernoot po odbyciu dwuletniego przeszkolenia pod okiem księcia Rovigo [Savary’ego – A.N.] przybył w 1809 r. do pułku Szwoleżerów Gwardii już jako konfident tajnej policji francuskiej”. 

Twardy ten wyrok zapadł też pod wpływem Szymona Askenazego, który pół wieku przed Brandysem ujrzał w Vandernoocie „człeka przemyślnego, imającego się różnych sposobów zarobkowania, byłego żołnierza napoleońskiego i sprawnego wywiadowcę w armii Księstwa, następnie majora dyżurstwa sztabu głównego i dowódcę eskorty przybocznej w. ks. Konstantego”. Gdyby złożyć obie oceny, powstanie portret cwaniaka i konfidenta, który wpierw szpiegował towarzyszy broni dla Francuzów, a potem rodaków – dla Rosjan. Z niejasnymi interesami w tle. Trafiając na dokumenty dotyczące Vandernoota, pytałem sam siebie: skąd skromnego polskiego kapitana znało kilku francuskich ministrów i dlaczego rozkazy o jego przeniesieniu czy urlopie podpisywał sam Napoleon? No i ten niezwykły awans, przyjęty w 1815 r. z wielkoksiążęcej ręki rosyjskiego imiennika… 

Młodzik specjalnego znaczenia

Ta niezwykła historia zaczyna się w należącym do hrabiów Tarnowskich Dzikowie, gdzie w 1787 roku z lotaryńskiego imigranta Pierre’a Vandernoota i Polki Marianny urodził się Konstanty. Ojciec, choć cudzoziemiec, dosłużył się w Rzeczypospolitej kapitańskich szlifów, a po jej upadku ruszył śladem Dąbrowskiego do Włoch. W Legionach dostał rosyjską kulę pod Novi (1799) i zrobiono zeń kwatermistrza. Po likwidacji Legionów nie popłynął na San Domingo, zdobywając (inteligentnie!)  przydział do włoskiego Korpusu Weteranów w Mediolanie. Wojaczka ojca naznaczyła synów – Konstantego i Tadeusza. Drugi, młodszy, zostanie w 1815 r. oficerem w Królestwie Polskim, starszy zaś jako 17-latek wstąpił wiosną 1804 r. do pułku ułanów (wcześniej Legii Naddunajskiej) w służbie włoskiej.

Po 2 latach w życiu młodzieńca nastąpił punkt zwrotny, a narodziła się zagadka. Jesienią 1806 r. trafił bowiem (jak?) do generała Savary’ego, zaufanego adiutanta Napoleona odpowiedzialnego za tajną agenturę, której  używano w latach 1805–1806 przeciw Austrii i Prusom. „Cieniem” generała był Alzatczyk „Monsieur Charles” Schulmeister, który zasłynął w 1805 r. jako szpieg i dezinformator Austriaków, zmuszonych przy jego udziale do kapitulacji w twierdzy Ulm.

Po rozbiciu Prusaków 14 października 1806 r. pod Jeną i Auerstedt, Savary (z Schulmeisterem u boku) kierował biurem wywiadu, a zarazem grupą pościgową, która rozbijała pruskich maruderów. Pościg na krótko przerwało organizowanie ochrony Napoleona w stolicy pokonanych Prus. I właśnie na dwa dni przed przybyciem cesarza, 25 października, Schulmeister posłał z Poczdamu do zajętego już Berlina… Konstantego Vandernoota. Po co? Nie wiemy. Pewne jest tylko to, że aż do… następnej jesieni młodzik wciąż figurować będzie w wykazach ułańskiego pułku, a 8 października 1807 r. zostanie wachmistrzem! Stan służby potwierdza zresztą milcząco „transfer”, zaliczając mu w 1806 roku kampanię neapolitańską (jeszcze w siodle) oraz działania w Niemczech. A tam ułanów Rożnieckiego nie było!

Na czas kampanii polskiej 1807 r. Vandernoot zapada w archiwalny niebyt. Najpewniej służył 16 lutego pod Ostrołęką bijącemu Rosjan z V korpusem Savary’emu. Pewnie był z nim też pod Lidzbarkiem (Heilsbergiem) i Frydlandem… Trafił też chyba w czerwcu do okupowanego Królewca, z którego generał zarządzać miał częścią Prus Wschodnich. Gdybamy, znamy bowiem tylko jeden, marcowy raport, w którym Vandernoot robi to, co już umie: śledzi (za liniami wroga) ruchy pobitego pod Ostrołęką korpusu Essena. 

To rozdwojenie bytu myliło historyków. Publikując biogramy szwoleżerskich oficerów, Michał Karpowicz poprawił – zgodnie z oficjalnym stanem wiedzy – paryski rejestr, przyznając młodzieńcowi „Śląsk” zamiast „kampanii w Prusach”. Na Śląsk trafili bowiem w 1807 r. ułani Legii Polsko-Włoskiej oraz pułkowe papiery. Tyle że podoficer Konstanty Vandernoot był już dawno gdzie indziej.

Złe tłumaczenie pozwoliło historykom mianować jesienią 1807 r. Vandernoota „oficerem w sztabie generała Savary’ego”. Jednak w oryginale przeniesiono go „jako oficera do otoczenia [aupres – A.N.] generała dywizji Savary’ego, księcia Rovigo”. Słowo „sztab” nie padło, gdyż po miesięcznym ledwie pobycie w Królewcu, 23 lipca 1807 r., Savary zameldował się w Petersburgu jako nadzwyczajny wysłannik Napoleona. Dopiero w końcu grudnia zastąpi go pełnomocny ambasador – generał Caulaincourt. Arystokracja rosyjska i część dyplomacji (nie mówiąc o licznych francuskich emigrantach) Savary’ego bojkotowała lub okazywała mu wrogość. On zaś (co za przypadek!) wraz z dyplomatami zabrał nad Newę przyszłego szefa wywiadu – Lelorgne’a d’Ideville oraz… Vandernoota jako kuriera.

 

Ruchliwość Polaka nie uszła uwadze Rosjan, więc gdy wrócił do Petersburga z pocztą w 1808 r., Caulaincourt zaprotestował u ministra Champagny’ego: „Pan Vandernootte [sic! – A.N.], którego Wasza Ekscelencja wysłała mi jako kuriera 19 lutego, przybył tu 7 marca. Generał Savary, który zabiegał u Waszej Ekscelencji o jego wysłanie, powinien był jednak pamiętać, że człowieka tego uważano tu za szpiega i to tak ewidentnego, że się go pozbył, odsyłając go podczas swego pobytu. Wasza Ekscelencja może sobie wyobrazić, jaki efekt – mimo zachowania wszelkich konwenansów – wywołuje przybycie takiej postaci jako nosiciela depesz Cesarza i Waszej Ekscelencji. I może zrozumieć też pozycję ambasadora zmuszonego do przyjęcia pod dach i ochrony coram populo [przed ludem – A.N.] człowieka tak publicznie znanego jako agent policji. Już nazajutrz po jego przyjeździe car żartował sobie z niego przy mnie. Głośno nazywa się go moim ministrem policji”. 

Vandernoot nad Newą nie pozostał, jednak minister (a po prawdzie Napoleon) ostro zbeształ dyplomatę, przypominając mu, kto prowadzi w państwie politykę kadrową.  

Szwoleżerski epizod

Kariera tajnego agenta w Rosji załamała się, nim się zaczęła. Czas było wracać do jawnej służby. W wykazie widzimy wpis „Hiszpania 1808”, co oznacza, że trwał przy Savarym, dowodzącym piechotą gwardii pod Sepulvedą. I że 2 dni później pod Somosierrą podziwiał szarżę polskich szwoleżerów. To spotkanie sprawi, że już 10 marca 1809 r. podporucznik Vandernoot będzie figurować w szwoleżerskich rejestrach. Dodajmy, że nie ma cienia dowodu, że nakazano mu inwigilację rodaków. Polski pułk uznawano za bezwzględnie wierny, a Napoleon nie ścierpiałby działań policyjnych w gwardii. 

„Spalony” w Rosji Polak stał się mniej przydatny, a gwardyjska służba opłacała jego zasługi. Przyjęto go wszak bez sprawdzania, czy spełnia warunek bycia „właścicielem lub synem właściciela”. Wystarczyło szlachectwo i mocne rekomendacje.

Stan służby Vandernoota wymienia kampanię austriacką 1809 r. (ale czy szarżował pod Wagram?), jest też na liście oficerów posłanych do Hiszpanii w styczniu 1810 r., gdzie chyba jednak nie dotarł. Czy awanturniczy duch polubił podparyskie koszary? Tak czy siak wyrwała go z nich rysująca się perspektywa nowej wojny na wschodzie.

Cel- Rosja!

W styczniu 1811 r. Napoleon (osobiście!) posłał młodzieńca do Warszawy, by wsparł francuskiego rezydenta w budowie wywiadu w Rosji. Vandernoot nie przekroczył jednak granicy, gdyż jakaś paryska „życzliwa  dusza” ostrzegła Rosjan. Ich tajna policja przestrzegła władze przed „porucznikiem cesarskiej gwardii w wieku 23–25 lat, niewysokim brunetem. Jest bardzo zręczny, wielokrotnie jeździł do Petersburga; wyjechał do Warszawy, a to w celu dalszej podróży wywiadowczej w pobliże armii walczącej z Turkami. Mówi kilkoma językami. Granicę przejdzie prawdopodobnie w pobliżu Kamieńca Podolskiego. To człowiek zdolny do wykonania misji, ale niegroźny. Zatrudnia go minister policji”. Spalony oficer pozostał w Księstwie, którego policjantów ocenił miażdżąco: „Warszawa pełna jest rosyjskich szpiegów i agentów. Mówiłem im o tym, ale nie wierzę, że złapią choć jednego ze stu. Co do policji miejskiej i wewnątrz kraju, działa ona znośnie”.  Po kilku miesiącach wrócił do pułku. 

Rok później (styczeń 1812 r.) nowy szef dyplomacji Maret znów rekomendował Vandernoota rezydentowi Bignonowi. Choć nie uważał go za wybitną postać, wierzył w „inteligentnego, aktywnego i oddanego młodego człowieka, znającego dobrze rosyjski, niemiecki oraz  polski, i który ma do tego przydatne znajomości w dawnej południowej Polsce”. Porucznik obserwować miał tereny naddniestrzańskie (w tym wojska rosyjskie idące do Mołdawii), a potem i  Wołyń. Organizację wołyńskiej siatki wywiadu rozpoczął z austriackiego Lwowa, a meldunki posłał już w połowie lutego. Ruszyła zabawa w chowanego z policją rosyjską i pilnującymi neutralności Austriakami. Ci w kwietniu mieli Vandernoota dość i go deportowali. Po najeździe na  Rosję podjął wywiadowczą służbę u znajomka znad Newy – Lelorgne’a, a po klęsce, aż do bitwy lipskiej, obaj wysyłać będą agentów do zajętego przez Rosjan Księstwa. W końcu 1813 r. Vandernoot wróci do gwardii i w siodle, już jako kapitan, doczeka abdykacji Napoleona.

Powrót do kraju to koniec podwójnego żywota szwoleżera, lecz i początek największej zagadki. Jak zasłużony dla wywiadu przeciw Rosji oficer zasłużył na łaski wielkiego księcia Konstantego? Co sprawiło, że został szefem wyższej tajnej policji? Może nowy mocodawca liczył, że pociągnie on (i ujawni) dawnych współpracowników? Odpowiedzi leżą być może w moskiewskich archiwach.

Askenazy lekceważył „sprytnego  Vandernoota”, „podrzędną figurę”, która „przy całej gorliwości w sztuce szpiegowskiej nie dorastała swojej funkcji” i która już za rosyjskiej okupacji (1813–1814) snuć miała ciemne interesy oraz „tresować” agenta i aferzystę Józefa Mateusza (Joela Mojżesza) Birnbauma. Mylił się co do faktów: w 1813 r. w Warszawie „figury” nie było, a poruszający list do Kozietulskiego (27 września 1817 r.) dowodzi, że chory kapitan nie dorobił się na „szpiegowaniu”, skoro prosił dawnego dowódcę o pożyczkę. Z drugiej strony to on wyszukać miał tak szkodliwych policyjnych agentów jak Mateusz Schley [eksżołnierz Księstwa Warszawskiego, donosiciel – przyp. red.]. 

Gardząc ludźmi wywiadu, od których wymagał zresztą szybkich efektów, Napoleon mawiał, że Legię Honorową ma dla żołnierzy, dla szpiegów zaś tylko złoto. Zasłużony dla Francuzów i dla ojczyzny  Konstanty Vandernoot nie dosłużył się zaś ani krzyży, ani pieniędzy. Zmarł w 1818 r. w wieku 31 lat, kończąc krótki okres „bezpartyjnych fachowców” w tajnej policji Królestwa. Kolejni szefowie będą już Rosjanami, a władze zawieszą wkrótce swobody zagwarantowane przez cara w konstytucji. To, że Vandernoot zmarł, nim współtworzony przezeń aparat zwrócił się przeciw rodakom, nazwać można szczęściem. Bodaj jedynym w krótkim, choć barwnym, podwójnym życiu.