Nieznajomy otworzył bębenek i wysypał na dłoń cztery kule, a piątą zostawił. Z ciekawością obserwowałem jego poczynania. Mocno zakręcił bębenkiem, po czym nagle przytknął sobie lufę do skroni i nacisnął spust. Iglica głośno szczęknęła o puste gniazdo, a na twarzy niezwykłego jegomościa nie drgnął żaden mięsień. »Czy teraz będzie pan ze mną rozmawiać serio?« - zapytał. Milczałem, z lekka oszołomiony tym spektaklem. Wtedy on znów zakręcił bębenkiem i znów dotknął lufą skroni. Chciałem go powstrzymać, ale nie zdążyłem - znów szczęknął spust. I znów mu się udało!".

Popularny autor historycznych kryminałów Boris Akunin kilkakrotnie wspominał o rosyjskiej ruletce, m.in. w zacytowanym fragmencie „Kochanki śmierci". Nic dziwnego, bo jego powieści traktują o przygodach XIX-wiecznego detektywa z Moskwy Erasta Fandorina, a rosyjska dusza podobno sprzyja wymyślaniu ekstremalnych wyczynów. Nieprzypadkowo funkcjonuje dziś określenie „możliwe tylko w Rosji", wskazujące że postrzegamy Rosjan jako ludzi nieobliczalnych czy wręcz niespełna rozumu, a w wersji nieco przyjaźniejszej - szalonych i romantycznych. Współczesny historyk Jurij Piwowarow dopatruje się w tym uproszczenia i stereotypowego postrzegania zróżnicowanego narodu. Ale nie sposób odmówić racji także Nikołajowi Bierdiajewowi. Ten filozof żyjący na przełomie XIX i XX w. przedstawił rosyjską duszę jako serdeczną, towarzyską, gościnną i uczuciową, ale zarazem dającą prymat sercu nad rozumem. Zwracał uwagę na charakterystyczną dla niej bezkompromisowość, straceńczą odwagę, pogardę dla pragmatyzmu i chłodnej kalkulacji oraz skłonność do odczuwania skrajnych emocji.

Stwarzało to idealne warunki dla spopularyzowania w carskim imperium śmiercionośnej ruletki. Tylko jak i kiedy się to zaczęło?

KAPITAN WULICZ KONTRA PRZEZNACZENIE

Tak jak Rosja nader ochoczo angażowała się w międzynarodowe konflikty, tak Rosjanie wdawali się we wszelkiego rodzaju pojedynki. Nie zważali nawet na to, że oficjalnie aż do 1894 r. były one w imperium zabronione. Oficerowie i arystokraci łatwo unosili się honorem i bronili go, sięgając po pistolet. Z polskiego punktu widzenia szczególnie interesujący był pojedynek z 1861 r. między wojskowym generał-gubernatorem warszawskim Aleksandrem Gerstenzweigiem i namiestnikiem Kongresówki hr. Karolem Lambertem, rozstrzygnięty na sposób „amerykański" (patrz ramka na stronie obok). Obaj dygnitarze pokłócili się o politykę wobec Polaków. Okoliczności ich kompetencyjnego sporu oraz śmierci generał-gubernatora Gerstenzweiga opisał m.in. historyk Nikołaj Berg w wydanych kilkanaście lat później „Zapiskach o polskich spiskach i powstaniach".

W pojedynkach ponieśli także śmierć Aleksander Puszkin i Michaił Lermontow - dwaj najwybitniejsi przedstawiciele rosyjskiego romantyzmu. Ten drugi zdążył utrwalić w 1840 r. na kartach powieści „Bohater naszych czasów" (rozdział „Fatalista") zdarzenie, które można byłoby uznać za pierwowzór rosyjskiej ruletki. Oto niejaki kapitan Wulicz rzuca wyzwanie Przeznaczeniu: przystawia do własnej głowy pistolet, nie wiedząc, czy jest naładowany, i pociąga za spust. Strzał nie pada, bo - jak tłumaczy autor - ówczesne pistolety z zamkiem skałkowym były bardzo zawodne (w tym przypadku zapewne proch spalił na panewce).

Lermontow, sympatyk dekabrystów i buntownik, odbywał w tym czasie karną służbę w carskiej armii na Kaukazie za nielegalny pojedynek z synem francuskiego ambasadora. Z podobnymi sobie desperatami brał udział w walkach m.in. w Czeczenii i Dagestanie. Można więc podejrzewać, że incydent z kapitanem Wuliczem nie był tylko jego wymysłem. Co zastanawiające, innych podobnych opisów ryzykownych zabaw z bronią, przypominających rosyjską ruletkę, w literaturze z czasów carskich nie ma. Pochodzący z Rostowa nad Donem amerykański historyk Albert Parry (1901-1992), który do czasu emigracji w 1921 r. pływał w rosyjskiej marynarce handlowej, twierdził jednak, że „Fatalista" był bardzo popularny wśród XIX-wiecznych oficerów, a przedstawiony w nim trik - często sprawdzany w ramach swoistej rozrywki.

 

ŚLAD WIODĄCY DO OSSENDOWSKIEGO

Podobnych „zabaw" strzeleckich, nie- mających już z honorem nic wspólnego, było w carskiej armii więcej. Polski globtroter Antoni Ferdynand Ossendowski w zbiorze felietonów podróżniczo-politycznych „Cień ponurego Wschodu" (1923) opisuje „Stowarzyszenie Łancepupów" funkcjonujące na początku XX w. w zapomnianym przez świat Władywostoku. Należący do tej grupy znudzeni desperaci mieli zwyczaj wypijać morze alkoholu, a potem organizować ryzykowne rozrywki, np. grę w „tygrysa". Wszyscy zebrani usadawiali się na drabinach lub szafach, a na ziemi pozostawali jedynie dwaj uczestnicy zabawy: dzierżący nabity rewolwer „myśliwy" i wyposażony w dzwonek „tygrys". Po zgaszeniu wszystkich świateł przemieszczający się po sali „tygrys" cichutko pobrzękiwał, a „myśliwy" miał za zadanie zlokalizowanie go i trafienie jednym strzałem. Rannych odwożono do szpitala, zabitych - wyrzucano na brzeg morza.

Bliźniaczo podobną grę, także z czasów carskich, opisał zafascynowany przygodami Ossendowskiego i podążający jego śladami Witold Michałowski (w książce „Testament barona” z 1972 r.). Jak się dowiedział, znudzeni monotonią życia nad brzegiem dalekowschodniego Amuru, upojeni alkoholem oficerowie mieli gromadzić się w stodole i losować spośród siebie „kukułkę”. Po zgaszeniu świateł pechowiec zaczynał kukać, a pozostali panowie próbowali go ustrzelić. Michałowski pisze: „Trafić nie było łatwo - nocą w stodole ciemno, że oko wykol, a w dodatku »kukułka« miała prawo po kuknięciu odskoczyć w bok. No i alkohol robił swoje. Trafiano jednak często. W »kukułkę« lub w pozostałych uczestników zabawy. Trupy chowano nazajutrz z honorami wojskowymi. W raportach dla Petersburga figurowali jako polegli na polu chwały - skrytobójczo zamordowani przez przewrotnych »kitajców«”.

Również pod wpływem opowieści Ossendowskiego przygodę z rosyjską ruletką zaliczył w młodości sławny angielski pisarz Graham Greene (1904-1991). Stwierdził on wprawdzie, że nie była bardziej ekscytująca od brania aspiryny na ból głowy, ale jego przykład dowodzi, że wieści o „zabawach” carskich oficerów trafiały na Zachodzie na bardzo podatny grunt.

IGRASZKI Z NUDÓW

W świetle przytaczanych faktów wydawałoby się oczywiste, że rosyjska ruletka musi być XIX-wiecznym produktem made in Russia. Jeśli jednak polegać na najstarszych pisemnych świadectwach ryzykownych igraszek z pistoletem, to pierwszeństwo trzeba przyznać... rodakom Grahama Greene’a! I to nie byle komu, bo lordowi George’owi Byronowi.

W swoim dzienniku („Ravenna Journal”) w styczniu 1821 r. poeta wspomina Edwarda Noela Longa, przyjaciela i współlokatora ze studiów w Cambridge. Zwierzył się on Byronowi, że pewnej nocy przystawił sobie do skroni pistolet i - nie sprawdziwszy, czy broń jest naładowana - nacisnął spust. Wspomniany amerykański badacz Albert Parry uważał, że właśnie ten opis zainspirował Lermontowa do stworzenia „Fatalisty”.

 

To możliwe, ponieważ Lermontow był miłośnikiem i tłumaczem dzieł Byrona. Łączyła ich sztuka, bunt i skłonność do ryzyka. Ponadto popularność pojedynków w Rosji wiązała się - jak zauważa Bartosz Działoszyński z Ośrodka Badań Filozoficznych (autor eseju „Filozofia pojedynku: Hercen, Puszkin, Lermontow”) - z XIX-wiecznym dandyzmem, ekstrawagancką filozofią życia, której hołdował Byron. Dandyzm wynikał z buntu i potrzeby wzmożenia doznań do maksimum. O ile jednak w Anglii owym maksymalnym, wręcz ostatecznym efektem okazywały się najczęściej samobójstwa, o tyle w Rosji wybierano właśnie pojedynki. Nie chodziło tylko o zwalczenie nudy i rozczarowania miałkością życia. Kolejną przyczyną popularności pojedynków i innych ekscesów z użyciem broni była chęć rzucenia wyzwania Przypadkowi i Przeznaczeniu, jak w wypadku kapitana Wulicza.

Zaznaczmy jednak, że Byron czy Lermontow pisali o strzelaniu z pistoletów. Do prawdziwej rosyjskiej ruletki trzeba zaś rewolweru z jego obrotowym bębenkiem. Taka broń upowszechniła się dopiero dzięki Samuelowi Coltowi w połowie XIX w. Wówczas to igranie ze śmiercią zaczęło faktycznie przypominać ruletkę.

AMERYKAŃSKI POJEDYNEK

Pojedynki, zakazane przez rosyjskie władze, wymagały od uczestników dodatkowych zabiegów kamuflujących całą sprawę, by uczestnicy i świadkowie nie ponieśli konsekwencji. Stąd, być może, popularność tzw. pojedynku amerykańskiego, polegającego na losowaniu, która ze zwaśnionych osób ma strzelić sobie w głowę. Pojedynek amerykański wzbudzał spore kontrowersje. Z jednej strony wymagał honorowego zachowania pechowca, z drugiej jednak z honorem nie miał wiele wspólnego. Wprawdzie w carskiej Rosji nie istniały pisane kodeksy honorowe (pierwszy, autorstwa księcia Durasowa, powstał dopiero u schyłku tej epoki, w roku 1912), warto jednak odnotować stanowisko w tej sprawie Polaka Władysława Boziewicza (1886-1946).

W Polskim Kodeksie Honorowym z 1919 r. ów wojskowy z Galicji pisze: „»Pojedynki amerykańskie« (w których o przewadze jednej ze stron decyduje los - przyp. aut.) są aktem niehonorowym, nie mającym nic wspólnego z odwiecznymi zasadami honoru i ściągają niehonorowość na wszystkie osoby biorące w nich udział”.

Sama nazwa owego pojedynku jest myląca, identycznie jak rosyjskiej ruletki. Nie ma dowodów, że zwyczaj losowania osoby mającej popełnić samobójstwo pochodzi z Ameryki. Pomysł ten pojawił się raczej w naszej części świata, być może nawet wśród Polaków. Prof. Bartłomiej Szyndler w książce „Pojedynki” opisał kłótnię dwóch żołnierzy Legionów Dąbrowskiego, którzy trafili na przełomie XVIII i XIX w. do austriackiej niewoli. Ciągnęli słomki - ten, który wybrał krótszą, musiał (z braku dostępu do broni) skoczyć z mostu do rzeki i utopić się. Rzecz jasna, upozorowano przy tym zwyczajną, acz pechową kąpiel przegranego.

 

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE

Okazuje się, że po raz pierwszy sformułowanie rosyjska ruletka pojawiło się dopiero w 1937 r. w tytule opowiadania Georges’a Surdeza, opublikowanego na łamach magazynu „Collier’s Weekly”. Oficer Legii Cudzoziemskiej nazwiskiem Burkowski wspominał w nim wydarzenia z 1917 r. z Rumunii (czyli z czasów I wojny światowej). Opisywał, że carscy oficerowie byli tak zdruzgotani wieściami o rewolucyjnej zawierusze w ojczystym kraju, że grając w rosyjską ruletkę i okazując pogardę śmierci, chcieli się dowartościować i zaimponować sojusznikom.

Surdez to nowojorczyk, emigrant ze Szwajcarii, wychowany na romantycznych opowieściach o Legii Cudzoziemskiej i mający w młodości do czynienia z legionistami. Nigdy nie wyjaśnił, czy termin „rosyjska ruletka” wymyślił sam, czy gdzieś go zasłyszał. Jednak to on go wypromował w USA. Biografowie pisarza stwierdzili, że tylko w roku 1949, w którym Surdez zmarł, zginęło podczas gry w rosyjską ruletkę 22 Amerykanów.

To także w Ameryce próbowano „naukowo” rozgryźć, jak w rosyjską ruletkę wygrywać. Istnieje mit, jakoby przed strzałem można było wyczuć, czy komora jest pusta, czy pełna. Z tą zagadką wiąże się postać Johnny’ego Ace’a. Ten bluesman, popularny na początku lat 50. ubiegłego wieku, zginął w wyniku postrzału w przerwie bożonarodzeniowego koncertu w Houston. Nieliczni świadkowie podawali różne wersje wydarzeń w garderobie muzyka. Niewykluczone, że wszyscy grali w rosyjską ruletkę, aż broń ostatecznie wypaliła w głowę Ace’a. Tak czy inaczej bohater wieczoru, mający już doświadczenie w takich zabawach, padł prawdopodobnie ofiarą własnej pomyłki. Albo nie spodziewał się, że rewolwer jest naładowany, albo mylnie „zlokalizował” feralną kulę. Jak bowiem wynika z późniejszych analiz, Ace zwykł kalkulować, gdzie znajduje się nabój. Było to możliwe dzięki konstrukcji rewolweru, w którym widoczne były dwie z siedmiu komór. Nie dawało to wprawdzie pewności wygranej, ale ułatwiało podjęcie decyzji o ewentualnym wycofaniu się z gry. Tym razem Ace - być może z powodu spożytego alkoholu - źle ocenił sytuację...

Nie tylko Johnny Ace próbował ograniczać ryzyko przegranej. Inni gracze też starali się panować nad sposobem kręcenia bębenkiem. Amerykański dziennikarz Ralph Matthews w tygodniku „Cleveland Call and Post” twierdził, że odpowiednio działający i precyzyjnie uruchomiony mechanizm zawsze pozwoli na umieszczenie komory zawierającej nabój w dolnej, bezpiecznej z punktu widzenia gracza, części rewolweru. Załadowana komora jest po prostu cięższa od pozostałych.

Być może o powyższej zasadzie wiedział przywódca czarnych Amerykanów Malcolm X. Z jego autobiografii wynika, że w latach 40. - gdy nie zajmował się jeszcze polityką, lecz działał w przestępczym półświatku - przyłożył nabity pojedynczą kulą rewolwer do głowy i trzykrotnie pociągał za spust, aby przekonać wspólników o swej determinacji i odwadze. Być może sprytnie oszukał kompanów. Na pewno igrał ze śmiercią zamachowiec John Hinckley - szaleniec, który planował zamach na prezydenta Cartera, a potem próbował zabić Reagana (a wszystko z obsesyjnej miłości do Jodie Foster i filmu „Taksówkarz”). Psychiatrzy podczas obserwacji Hinckleya w szpitalu dowiedzieli się od niego, że dwukrotnie grał w rosyjską ruletkę.

 

ROSYJSKIE DZIEDZICTWO

Natomiast w Rosji z nastaniem władzy radzieckiej legendy o „zabawach” z rewolwerem właściwie wygasły. Wyjątek stanowi śmierć Włodzimierza Majakowskiego. Burzliwe życie tego kontrowersyjnego poety zakończyło się w 1930 r. w niewyjaśnionych okolicznościach. Władze oficjalnie podały do wiadomości, że przyczyną śmierci było samobójstwo, wynikające z miłosnych perypetii. Podejrzewano jednak, że krnąbrnego wobec radzieckiej władzy Majakowskiego zamordowała tajna policja (popularny był ponury żart przytaczający rzekome ostatnie słowa pisarza przed „samobójstwem”: „Towarzysze, nie strzelajcie!”). Istnieje też hipoteza, że poeta zginął, grając w rosyjską ruletkę - albo miał pecha, albo postanowił strzelać do skutku.

Biorąc pod uwagę inwencję i bezwzględność funkcjonariuszy NKWD, można nawet wysunąć hipotezę, że rosyjska ruletka była elementem tortur, jakim poddano pisarza. Jak miałby wyglądać taki proceder, możemy sobie wyobrazić dzięki filmowi „Łowca jeleni”, w którym Wietnamczycy zmuszają do zabójczej gry amerykańskich jeńców. Dodajmy jednak, że trudno dziś stwierdzić, czy Wietkong faktycznie stosował takie metody. Nie ma natomiast wątpliwości, że w latach 70. i 80. ubiegłego wieku chicagowscy policjanci właśnie w ten sposób wymuszali zeznania od czarnoskórych podejrzanych. Zatem metoda ta na pewno nie była i nie jest obca służbom policyjnym na świecie.

Dziś wielu Rosjan nawet nie kojarzy terminu rosyjska ruletka, zna ją bowiem raczej jako ruletkę huzarską. A młodzi mają zamiast niej inne głupie rozrywki, np. jeżdżenie na dachach rozpędzonych pociągów. Podróżujący w ten sposób rosyjscy „zaceperzy” często kończą tak samo marnie jak Johnny Ace, ale ich wyczyny, sfilmowane przez kolegów, mogą potem podziwiać miliony użytkowników internetu. Zabawy są zatem inne, ale mentalność „ruletkowiczów” pozostała. Korespondent „Gazety Wyborczej” Wacław Radziwinowicz przytacza dwa powiedzenia mające obrazować różnicę w podejściu Polaków i Rosjan do hazardu. U nas, zachowawczo i w ramach przestrogi, mówi się, że „kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi”. Wschodni sąsiedzi wolą powiedzieć: „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Rosyjska dusza. Rosyjska ruletka. Szampan dla tych, którzy przeżyją!