TAŚMA PIERWSZA

Oława, 12 lipca 1997 roku, rano

- Panie, to już się nagrywa? Więc nim Heniek zobaczył Matkę Boską, miał sen o pszczołach. Był ranek, gdy mi o tym opowiedział. Pamiętam. Ja pamięć mam lepszą niż słoń. Czekałem na śniadanie i czytałem w „Polityce”, jak Rakowski tłumaczy się z cen umownych. Danka gotowała jajka i parówki i smarowała chleb margaryną, a dzieci kotłowały się pod stołem. Kuba okładał Adasia gumowym smokiem chińskim i śmiał się okropnie, Adaś wrzeszczał, Danka darła się na nich obu, ja uciszałem ich wszystkich i próbowałem czytać tego Rakowskiego. Słowem, był pierdolnik jak to zawsze u nas o siódmej rano.

Na to wszystko przyszedł Henio, ubrany, jak to on, w spodnie podciągnięte na szelkach po piersi i sprany lejbiczek. Usiadł, sięgnął po nożyk i zaczął sobie obierać jabłko. Właśnie taki był. Zdzierał też skórkę z chleba, a rybę jadł pół dnia, bo w nieskończoność wygrzebywał ości. Odkąd zachorował, zaczął łysieć i nie zakrywał już uszu włosami. Uszy miał brzydkie fest, do tego białe i miękkie jak lane kluski czy coś takiego.

– Śniły mi się pszczoły, braciszku – powiedział, obierając to jabłko. – Takie, no tysiące czy miliony pszczół i one weszły we mnie, i zaczęły brzęczeć w brzuchu. – Odłożył nóż, żeby pokazać mi dokładnie gdzie. – Łaskotały mnie tam w środku, tak że ten, skrzydełkami swoimi łaskotały.

– To piękny sen. A co było dalej?

Odłożyłem gazetę. Danka podała chleb i jajka na miękko. Chłopcy usiedli. Kuba balansował chińskim smokiem na krawędzi stołu, a Adaś patrzył na niego ponuro spod grzywki. Henio wrócił do obierania jabłka. Zawsze pilnował, by skórkę usunąć w jednej spiralnej wstędze, i smutniał, gdy mu to nie wychodziło.

– Te pszczoły wyszły mi z ust, tylko były już inne, takie złote, większe i piękne jak broszki. Nie mogłem się na nie napatrzeć, braciszku, i teraz tylko się zastanawiam, co to może znaczyć, bo chyba coś dobrego, też tak myślisz? Taki piękny sen. Będę miał jakąś przygodę, no bo jak? Będę miał przygodę, prawda?

Przekroił jabłko na cztery części i z każdej wyciął środek. Przyglądałem się, jak spycha pestki na środek talerzyka, myślałem o tych pieprzonych pszczołach, o czekającej operacji i rosła we mnie potrzeba powiedzenia czegoś nieprzyjemnego. Czasem tak właśnie jest. Musimy zrobić przykrość komuś bezbronnemu, właśnie dlatego, że jest bezbronny.

– No dobrze, Heniu – powiedziałem. – Jeśli dobrze rozumiem, pszczoły wyleciały ci z ust. A którędy, którym otworem w ciebie weszły, powiesz mi? Henio zamarł nad jabłkiem. Nóż zaczął chodzić mu w palcach, uszy zrobiły się purpurowe. Tak miał, kiedy się peszył albo denerwował. Zerknął nerwowo na dzieci i wymamrotał:

– Ja tego słowa nie powiem.

Wrócił do jedzenia jabłka i tego ranka już się nie odezwał. Po śniadaniu w łazience długo lał na siebie wodę. Był z niego czyścioszek nawet jak na takiego borsuka. Danka zapytała, czemu znowu byłem dla niego niemiły. Zdziwiłem się, bo przecież nie znosiła Heńka i wściekała się o to, że z nami mieszka.

– Nie wiem właściwie – odpowiedziałem. – W swojej sytuacji mógłby pomyśleć o czymś innym niż sny. Heniek zniknął na chwilę u siebie. Wiedziałem, że się modli przed jednym z tych swoich obrazków albo świętych figurek. Zabrał chlebak i się pożegnał. Przez okno widziałem, jak odpina swój czarny rower od stojaka, wsiada, rusza wolno, chwiejnie, wężykiem jak dziecko, wreszcie odzyskuje równowagę, przyśpiesza i zasuwa na działki.

☼ ☼ ☼

Nie wiem, kiedy Henio się zepsuł, i nie rozumiem, czemu właściwie ludzie się psują. Dlaczego jednego dnia taki czy owaki jest zupełnie normalny, a drugiego już nie. Ma rodzinę, pracę, przyjaciół, interesuje się czymś, coś tam lubi, i nagle widzimy go bez tego wszystkiego. Zostają mu gołe dni bez żadnego sensu i żadnej miłości. Tak też podziało się z Heńkiem. Za młodu był zupełnie normalny, a ja nie potrafę wskazać momentu, kiedy mu się spieprzyło. Na początku nie mieszkaliśmy jeszcze w Oławie, tylko w Jaczkowicach, tuż obok, gdzie tatul dostał piętro w poniemieckim folwarku. W piwnicach zalegały tysiące słoików. Wychodziło się wprost na podwórko z kurnikiem, stodołą i zrujnowanym wielkim budynkiem, gdzie jeszcze przed wojną trzymano maszyny gospodarcze.