Kilka tysięcy ludzi nagle ruszyło, uciekając na wszystkie strony. Niektórzy wpadali na siebie, inni taranowali metalowe barierki. Część osób przewróciła się, nieliczni uparcie stali. Tłum biegł dalej, potrącając ich, tratując, łamiąc kości. – Panikę wywołała jedna niezrównoważona osoba, która nagle zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Nie było po temu żadnego racjonalnego powodu. Nic złego się nie działo. A jednak tłum, zgromadzony w maju 2010 roku na uroczystościach ku czci ofiar wojny na amsterdamskim placu Dam, przestraszył się i rzucił do ucieczki – opowiada dr hab. Ewelina Knapska z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN w Warszawie.

W swoim laboratorium prowadzi ona badania takiej reakcji. Próbuje dociec, gdzie w mózgu powstają różnego rodzaju lęki i czy da się nad nimi zapanować. Ma nadzieję, że dzięki temu będzie można opracować terapie, które pozwolą wygasić uporczywe lęki i fobie prześladujące wiele osób. Ze względów etycznych i praktycznych dr hab. Knapska nie prowadzi jednak badań na tłumach rozhisteryzowanych ludzi, lecz na szczurach i myszach. Trzyma je w wygodnych klatkach, gdzie gryzonie mogą otrzymywać nagrody lub kary. – Nagrodą jest słodzona woda lub chrupki czekoladowe, które gryzonie bardzo lubią. Jako karę stosujemy dmuchnięcie sprężonego powietrza albo słaby i krótki szok elektryczny. To jest nieprzyjemne, ale niezbyt bolesne – opowiada uczona. – Strach u szczura pojawia się nie z powodu bólu, lecz braku możliwości ucieczki.

Kaczki, nie patrzcie na mnie!

Gdy tak potraktowane zwierzę się przestraszy, to najpierw skacze, jakby szukając wyjścia z klatki, a gdy go nie znajduje, zamiera w bezruchu. Im bardziej jest przerażone, tym dłużej się nie rusza. Dla badaczy to wygodne. Mierząc bowiem, jak długo szczur siedzi w bezruchu po szoku, mogą określić stopień jego przestrachu.

Do tego szoku badaczka często dodaje krótki dźwięk, który rozlega się w klatce tuż przed nieprzyjemną reakcją. Z czasem szczur już na sam dźwięk zamiera w bezruchu. Nie trzeba żadnego szoku elektrycznego ani dmuchnięcia sprężonym powietrzem. Naukowo mówi się, że gryzoń został uwarunkowany.

To, że u ludzi działa podobny mechanizm, udowodnili w okrutnym eksperymencie psycholog James Watson i jego asystentka Rosalie Rayner. W 1920 r. wybrali do badań spokojne, zrównoważone niemowlę w wieku dziewięciu miesięcy. Za głową Alberta, jak nazywano to dziecko w opracowaniach naukowych, Watson umieszczał stalowy pręt, w który uderzał młotkiem. Dźwięk był tak nieprzyjemny, że chłopiec zaczynał dygotać i płakać. Potem psycholodzy wypuszczali na kołderkę Alberta szczura i znów uderzali młotkiem w pręt. Niemowlę, które początkowo nie bało się gryzonia, z czasem zaczynało wrzeszczeć na sam jego widok. Ba, reagowało strachem nie tylko na szczury, ale na wszystko, co miało sierść: królika, futro z fok, watę czy maskę św. Mikołaja. W publikacji, w której Watson opisywał ten eksperyment, bez ogródek przyznał, że „reakcje te najprawdopodobniej utrzymają się na zawsze, o ile przypadkiem nie znajdzie się sposobu na ich wyeliminowanie”.

Takie dane sugerują, że lęki i fobie u dorosłych mogą mieć źródło w dzieciństwie. – Objaw jest sam w sobie zachowaniem nawykowym, uwarunkowanym, i mógł powstać, kiedy dwa różne bodźce połączyły się w sytuacji zagrożenia – mówi „Focusowi” dr Elżbieta Galińska, psychoterapeutka i muzykoterapeutka z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Gdy przeżywamy lęk, warunkujemy się szybciej. Odnalezienie potem sytuacji, w której nastąpiło takie uwarunkowanie, może nie być łatwe.