Ludzie uważają, że na weselach nie wypada rozmawiać o statystyce, że to wstrętne – przyznaje prof. Jonathan Koehler z University of Texas na łamach książki „Kanon” autorstwa Natalie Angier. „Pytają mnie, jak w ogóle mogę mówić coś takiego. »Przecież nic o tej parze nie wiesz! Patrz, jacy są szczęśliwi i zakochani; zobacz, jak cieszą się ich rodziny«. Owszem, to prawda, znam jednak statystykę rozwodów. I wiem, że każda para bierze ślub wśród pocałunków, toastów i wielkich nadziei, więc takie szczegóły nie powinny zaciemniać probabilistycznego (opartego na statystyce – red.) opisu zjawiska.

Dopóki nie wiem o czymś, co wykracza poza normę, o jakimś diagnostyczym czynniku, który ma stwierdzony wpływ na prawdopodobieństwo rozwodu, to zakładam, że mamy do czynienia z normalnym, statystycznym ryzykiem” – wyjaśnia uczony, zajmujący się mechanizmami podejmowania decyzji przez ludzi. To normalne ryzyko w USA czy krajach Unii Europejskiej od lat wynosi ok. 50 proc. Polsce trochę jeszcze brakuje do tego poziomu, ale w ostatnich latach szybko nadrabia „zaległości”.

Przyczyn rozwodów jest z pewnością wiele, ale jedno nie ulega wątpliwości. Mimo ludowych mądrości, dziesięcioleci doświadczeń, mnóstwa artykułów w prasie i poradników w księgarniach, nadal nie stosujemy w praktyce wiedzy o tym, co tak naprawdę decyduje o szczęściu małżeńskim. A korzenie problemów często sięgają nawet etapu zalotów.

 

 

BŁYSKAWICZNE BŁĘDY

Ewolucja ukształtowała nas tak, byśmy szukali przede wszystkim partnerów gwarantujących przedłużenie gatunku – a więc zdrowe i liczne potomstwo. Możemy temu zaprzeczać i podawać inne, bardziej racjonalne powody, ale eksperymenty psychologów nie pozostawiają złudzeń. Szczególnie dobitnym przykładem są tzw. błyskawiczne randki, czyli serie kilkuminutowych rozmów z kilkudziesięcioma potencjalnymi partnerami.

Analizy wykazały, że w takich sytuacjach ludzie kierują się przede wszystkim cechami wyglądu zewnętrznego, świadczącymi o dobrej kondycji i potencjale genetycznym partnera: panowie preferują szczupłe panie, kobiety z kolei zwracają uwagę przede wszystkim na wzrost mężczyzny i regularność rysów jego twarzy. To pierwsze wrażenie jest punktem zwrotnym. Jeśli ktoś nie przypadnie nam do gustu w ciągu zaledwie paru minut (!), nie będziemy tracić czasu na dalsze zapoznawanie się. Natomiast wyraziste „atrybuty ewolucyjne” – zwłaszcza że coraz częściej nieco podretuszowane dzięki ubraniom, kosmetykom czy chirurgii plastycznej – potrafią przysłonić nam inne, znacznie ważniejsze cechy.

„O tym, czy małżeństwo będzie trwałe i szczęśliwe, decyduje przede wszystkim podobieństwo osobowości. Cała reszta praktycznie się nie liczy” – uważa dr Eva Klohnen z University of Iowa. Szczęście małżeńskie zapewnia zbliżony poziom ugodowości, otwartości, podatności na zdenerwowanie oraz potrzeb emocjonalnych, a także zgodność w ocenie charakteru partnera. Niestety, podobieństwa w tym zakresie – lub ich brak – zaczynają wychodzić na jaw dopiero na późniejszym etapie znajomości.

 

PARY POD LUPĄ

Jednak nie oznacza to, że wszystko jest już stracone. Jeśli problemy zostaną odpowiednio wcześnie wykryte, można zastosować terapię małżeńską, której skuteczność sięga 75 proc. A jak je wykryć?

Ratujmy, póki się da: Siedem sposobów wzmacniania związku polecanych przez profesora Gottmana:

  1. Szukaj wsparcia. Większość par zgłasza się do terapeutów tak późno, że często ich związku nie da się już uratować.
  2. Gryź się w język. Nadmierna szczerość w czasie kłótni to zły pomysł, zwłaszcza gdy chodzi o negatywne sformułowania.
  3. Nie zaczynaj od najgorszego. Rozpoczynanie dyskusji od argumentów najcięższego kalibru to prawie pewny przepis na katastrofę.
  4. Ustępuj. Ta rada dotyczy zwłaszcza mężczyzn, z natury mniej skłonnych do kompromisów.
  5. Wymagaj od siebie i partnera. Jeśli będziesz tolerować nieprzyjemne zachowania, nie wyjdzie ci to na dobre.
  6. Naucz się godzić. Każdy spór można pokojowo zakończyć, np. dzięki poczuciu humoru, zmianie tematu lub ustępstwom.
  7. Skup się na plusach. Im więcej relacji pozytywnych między partnerami, tym większe szanse ma ich związek.

 

 

Okazuje się, że może to być proces równie błyskawiczny jak wspomniane pierwsze wrażenie przy poznaniu nowej osoby.

Takimi analizami od ponad 30 lat zajmuje się prof. John Gottman, amerykański psycholog i terapeuta. Kieruje on założonym przez siebie Instytutem Badania Związków (Relationship Research Institute), znanym nieoficjalnie jako „Laboratorium Miłości” (Love Lab). Oto jak proces diagnozowania par w tej instytucji opisuje Malcom Gladwell w książce „Błysk!”: „Zaprowadzono ich do niewielkiego pomieszczenia na pierwszym piętrze nijakiego budynku, w którym mieści się instytut Gottmana. Posadzono ich na biurowych krzesłach ustawionych na platformach w odległości około półtora metra od siebie, a do uszu i palców u rąk przypięto im elektrody i czujniki, które mierzyły ich tętno, potliwość, temperaturę skóry i tym podobne. Aparaty umocowane na platformach pod krzesłami badały liczbę i częstość ich poruszeń, wszystko zaś nagrywały dwie kamery wideo, po jednej na osobę. Później pozostawiono ich samych na piętnaście minut, polecając, żeby rozmawiali na jakiś sporny temat dotyczący ich małżeństwa”.

Potem badacze drobiazgowo analizują zachowanie pary podczas rozmowy, dzieląc ją na poszczególne sekundy i kodując zaobserwowane emocje za pomocą systemu liczb. Następnie wprowadzają je do skomplikowanego wzoru matematycznego, tworząc coś, co prof. Gottman nazywa „DNA małżeństwa” – charakterystyczy wzorzec interakcji. Efektem analiz jest prognoza trwałości związku, która sprawdza się z dokładnością przekraczającą 90 procent!

Tak drobiazgowa analiza potrafi wykazać zachowania, które na pierwszy rzut oka są niewidoczne. Pod pozorami dowcipu i luzu mogą kryć się otwarte konflikty, a zgodne na oko pary nierzadko są o krok od rozwodu. Praktyka w odczytywaniu takich sygnałów czyni mistrza – prof. Gottman chwali się, że wystarczy mu przypadkowo podsłuchana rozmowa np. w restauracji, by stwierdzić, czy małżeństwo jest w dobrej kondycji.

 

CHROŃ MNIE OD POGARDY

Metoda prof. Gottmana jest skomplikowana, ale dzięki niej uczonemu udało się dojść do bardziej ogólnych wniosków, które znacznie łatwiej jest zastosować w praktyce. Kluczowe znaczenie dla kondycji związku ma pojawienie się w nim czterech negatywnych czynników: postawy obronnej, blokowania, krytyki i pogardy.

„Można pomyśleć, że najgorsza jest krytyka, bo to całościowe potępienie czyjegoś charakteru. Ale pogarda różni się od krytyki jakościowo. Krytykując, zarzucam żonie: »Nigdy nie słuchasz, co do ciebie mówię, jesteś potworną egoistką I żona reaguje defensywnie. Nie jest to najlepszy sposób rozwiązywania problemów i pielęgnowania wzajemnych relacji. Ale jeśli przemawiam z wysokości, powoduję poważniejsze szkody, a pogarda jest właśnie wypowiadaniem się z wysoka. Zwykle wyraża się w obelgach: »Ty krowo. Ty łajdaku«. Jest próbą zepchnięcia partnera na niższy poziom. Próbą hierarchizacji” – wyjaśnia prof. Gottman w rozmowie z Gladwellem. Objawy mogą być jednak bardziej subtelne – przewracanie oczami w czasie rozmowy, krótkotrwałe grymasy, protekcjonalny ton.

Jeśli w małżeństwie dochodzi do takich tarć, jego los może być już przesądzony. Większość par nie potrafi wyjść poza krąg negatywnych reakcji bez wsparcia terapeuty. Zdaniem uczonych wszelkie inne „tradycyjne” powody rozpadu związków – np. zdrada jednego z małżonków – są tylko konsekwencją wcześniejszego niedopasowania osobowości albo „wypalenia się” związku po wielu latach zaniedbań.

 

 

SYN NA KOCIĄ ŁAPĘ

Na szczęście badania psychologów wskazują także na pozytywne zjawiska, zwiększające trwałość związku. Prof. Jonathan Koehler podaje jeden przykład – wiek obojga małżonków powyżej 35. roku życia w chwili zawarcia ślubu. Z kolei Gary Becker, laureat ekonomicznej Nagrody Nobla z 1992 r., zwrócił uwagę na to, że mężczyźni z reguły wiążą się z partnerkami, które mają nieco niższy od nich status majątkowy i społeczny. Dlatego kobiety sukcesu często są samotne.

Pojawienie się dzieci może nadwerężyć związek, w którym źle się dzieje, ale w pozostałych przypadkach jest to zjawisko zdecydowanie pozytywne. Szczególnie mocno ten efekt zaznacza się w przypadku chłopców – ich ojcowie rzadziej się rozwodzą, intensywniej pracują i więcej wydają na zaspokajanie rodzinnych potrzeb, a niezamężna matka łatwiej znajdzie męża, jeśli ma syna. „Dla części mężczyzn biologiczny syn jest sposobem na swego rodzaju nieśmiertelność” – twierdzi prof. Elaina Rose, ekonomistka z University of Washington.

Najbardziej jednak zaskakujący wniosek płynie z badań prof. Gottmana: „Pary, które nie wzięły ślubu, dłużej trzymają się pozytywnych wartości z okresu narzeczeństwa. W małżeństwie szybko ulegają one erozji”. Innymi słowy, związek nieformalny może być trwalszy niż ten obwarowany zobowiązaniami prawnymi czy religijnymi – o ile tylko „chemia” i psychologia mają się dobrze.

Ścieżki rozwoju: