Macierzyństwo jest kosztowne, wymaga wyrzeczeń i ogromnego wysiłku. Ojcostwo – już niekoniecznie. Wystarczy wyprodukować nieco nasienia i znaleźć chętną do jego przyjęcia, a potem można szukać następnej albo się obijać. O dzieci i tak musi zadbać ich matka. Nic więc dziwnego, że kiedy spotkają się dwa obojnaki – które mogą wybrać, jaką rolę będą pełnić – każdy woli zostać ojcem. O to, by wrobić partnera w wychowanie własnych dzieci, ale samemu nie dać się zapłodnić, niektóre toczą nawet walki.

Robią tak zwiewne i delikatne tropikalne wirki – kolorowe kilkucentymetrowe robaki płaskie grubości milimetra, wyposażone w sztylety, w jakie przekształciły się ich penisy. Jeśli przypadną sobie do gustu, zaczynają tańczyć. Ich delikatne ciała falują, jakby pieściły i obejmowały partnera, ale jeśli przyjrzeć im się dokładniej, można zobaczyć podwójne ostrza. To penisy, którymi jeden partner próbuje ugodzić drugiego, ale równocześnie uniknąć ciosu.

Naukowcy policzyli, że w czasie 39 pojedynków partnerzy z gatunku Pseudoceros bifurcus zranili się 287 razy! Starcie może trwać nawet godzinę. Kończy się w momencie, kiedy jeden z wirków zostaje nafaszerowany plemnikami. Zapłodniony wirek matka musi wygoić rany i znaleźć bezpieczne miejsce do złożenia jaj, z których rozwinie się potomstwo. To proces ryzykowny i kosztowny energetycznie. Tymczasem wirek ojciec, który wygrał pojedynek, od razu może przystąpić do kolejnych zalotów. Zostanie matką dopiero wtedy, gdy przegra.

Być może właśnie po to, żeby uniknąć tak brutalnych rozgrywek, natura zdecydowała się na rozdzielenie płci męskiej i żeńskiej, przez co większość gatunków zwierząt przychodzi na świat ze z góry zdefiniowaną rolą. Samiec jest przyszłym ojcem, samica – przyszłą matką. Proporcje płci w populacji najczęściej wynoszą 1:1. Połowa goryli, chrząszczy, łososi, mew i innych zwierząt bierze więc na siebie trudy wychowania potomstwa. Ich poświęcenie nie jest jednak bezwarunkowe. Przeciwnie – rządzą losem swoich pociech od chwili poczęcia po dorosłość według zasady „płacę, więc wymagam”. Matki decydują przecież o genach dzieci, starannie wybierając ich ojca. A potem nie zawsze biernie czekają na efekt, lecz przystępują do drugiej rundy. Bezpośrednio wpływają na płeć potomstwa, jego wygląd, charakter, a nawet pozycję społeczną. Słowem – mamuśki rządzą. Ich celem nie jest opieka sama w sobie, ale konkretny efekt ewolucyjny, jakim jest propagowanie własnych genów.

 

Syn wynika ze wzoru

Osiągnięcie tego celu u jeleni zapewnia atrakcyjny syn. Już od siódmego roku życia może on zacząć zdobywać haremy i w ciągu kolejnych lat spłodzić ponad pół setki dzieci. Córka nie ma żadnych szans wygrać w tej rywalizacji – w ciągu życia nie urodzi więcej niż tuzin malców. Dlaczego więc nie wszystkie matki decydują się na syna? Bo co trzeci byk umiera bezpotomnie. Szanse w walce o harem mają tylko najsilniejsze jelenie, a więc te, które od poczęcia są świetnie karmione – najpierw w łonie matki, potem mlekiem. Najlepsze warunki mogą zapewnić samice dominujące w stadzie. O 7 proc. cięższe od podwładnych, nawet w razie głodu wygrają pojedynek z sąsiadką o zieleńszy fragment lasu. Dlatego wiosną to one częściej rodzą przyszłych zwycięzców, a podporządkowane koleżanki i kuzynki ze stada – samiczki. Zgadza się to z teoretyczną strategią, jaką powinny stosować matki w różnej kondycji, decydując o płci potomstwa

Zaproponował ją w 1979 r. George C. Williams – ten sam, którego prace stały się dla Richarda Dawkinsa podstawą sformułowania teorii samolubnego genu. Williams doszedł do wniosku, że najsłabsze samice mają interes inwestować w córkę (C), na którą zawsze znajdzie się amator, silniejsze w syna (S). Jeśli mogą sobie pozwolić na więcej dzieci naraz, to te słabsze powinny mieć dwie córki (CC), silniejsze córkę i syna (CS), a potem wraz z rosnącą kondycją matki płeć jej dzieci powinna się układać wg wzoru: SS.

Na córce można oszczędzić

Badania suhaków żyjących w stadach na stepach Azji niemal doskonale wpisują się we wzór Williamsa. Samice rodzą od jednego do trzech cieląt, których wspólna waga może osiągać jedną piątą wagi matki. Żaden inny ssak kopytny nie wydaje na świat tak ciężkich młodych, co oznacza, że samice naprawdę muszą rozważnie lokować nakłady. I rzeczywiście – z badań międzynarodowego zespołu pod kierunkiem Aline Kühl z londyńskiego Imperial College wynika, że najmłodsze samice rodzą jedną córkę, te w lepszej kondycji syna, te w jeszcze lepszej – córkę i syna, a te w najlepszej – trzech synów. Ale robią jeszcze coś więcej. Matki, których potomstwo ma mieszaną płeć, już w ciąży dbają o lepsze dostawy energii dla synka, a po porodzie częściej go karmią!

Są jednak sytuacje, w których gorzej odżywione mamuśki nie muszą rezygnować z potomka płci męskiej. Głuptaki niebieskonogie w trudniejszych warunkach oszczędzają na córkach, ale synom nadal zapewniają dobrobyt. Mogą sobie na to pozwolić, bo u tego gatunku samce – o jedną trzecią lżejsze od samic – wymagają mniejszych nakładów. Różnice w traktowaniu piskląt głuptaków sprawdził eksperymentalnie hiszpański ornitolog Alberto Velando. Niektórym matkom przycinał lotki, co utrudniało im latanie – a więc dostęp do pokarmu, bo niebieskonogie pary zakładają gniazda na lądzie, lecz młode karmią rybami łowionymi w przybrzeżnych morzach.

 

Potem porównał wagę i długość skrzydeł (co jest miarą wielkości) piskląt matek w świetnej kondycji i tych eksperymentalnie upośledzonych. Córki matek mających trudności z lataniem były o 8 proc. lżejsze i mniejsze, ale synowie byli równie dobrze rozwinięci w obu grupach. Co więcej, matki z przyciętymi lotkami częściej decydowały się na synów, którzy w tej sytuacji okazali się łatwiejsi do wychowania. Podobny eksperyment przeprowadzono też z australijskimi agamami Amphibolurus muricatus. Tam matki hodowane w laboratorium dostawały pokarm gorszej i lepszej jakości. Te na mniej kalorycznej diecie inwestowały w mniejszą liczbę jaj, za to dwukrotnie większych, i z tych większych wykluwali się głównie synowie.

To szaleństwo wokół synów ma oczywiście miejsce wówczas, kiedy muszą oni walczyć o względy partnerek albo o pozycję w stadzie. Wśród hien dominującą płcią są samice i to w nie matki inwestują intensywniej nie tylko w czasie ciąży i karmienia, ale także później, gdy już przedstawią szczeniaki w stadzie. Z badań zespołu naukowców pod kierunkiem Marion L. East z niemieckiego Leibniz Institute for Zoo and Wildlife Research wynika, że hieny z Serengeti zapewniają córkom taką pozycję socjalną w stadzie, jaką same zajmują.

Agresja zaczyna się w domu

Żeby sprawdzić, czy decydują o tym geny, czy znów matczyna manipulacja, badacze podmieniali matkom córki i czekali na efekty. Gdyby pozycja zależała od tego, że dzieci dziedziczą zestaw genów, który daje im potencjał podobny do matczynego, adoptowane hieny niekoniecznie powinny zajmować tę samą pozycję, co opiekunka. Gdyby jednak matka wymuszała na podwładnych szacunek wobec własnych dzieci – adoptowane córki powinny budzić taki sam respekt jak adopcyjna matka. I budziły.

Podobnie jak młode zebry, myszy czy pawianice. Pozycja tych ostatnich – jak się okazało w badaniach zespołu Patricka Ogola Onyango pracującego równocześnie na uniwersytetach w Pinceton i Nairobi – ma dodatkowo długotrwały wpływ na stres synów. Uczeni mierzyli poziom glikokortykoidów (hormonów stresu) u młodocianych samców w czasie, gdy jeszcze byli pod opieką matki, i 4–6 lat później, a więc już po tym, jak uniezależnili się od niej, a nawet po jej śmierci. Okazało się, że synowie wychowywani przez podporządkowane samice mają wyższy poziom hormonów stresu (i w dzieciństwie, i później) niż zrelaksowani koledzy – synowie matek dominujących, którym nigdy niczego nie brakowało. Biolodzy byli zdumieni, że ten wpływ utrzymuje się tak długo.

 

Matka więc kształtuje nie tylko płeć czy wygląd, ale i charakter. Także wśród ptaków, np. błękitników meksykańskich zakładających gniazda w dziuplach. W naturalnym lesie dziupli jest zawsze ograniczona liczba. O dostęp do nich trzeba walczyć, do walki zaś trzeba mieć zacięcie. Takie, jak się okazuje, mają synowie błękitników wykluci z pierwszych jajek w lęgu. Są agresywni i mają skłonność do wędrówek. Gdy dorosną, walczą o gniazda daleko od ojczystych stron. Ci zaś, którzy mają starsze siostry, a sami wykluwają się z ostatnich jaj złożonych w danym lęgu, są łagodnymi domatorami.

W przyszłości osiedlają się w pobliżu rodziców, a jak nie ma wolnych dziupli, to spokojnie rezygnują z rozmnażania i pomagają wychować młodsze rodzeństwo, czekając cierpliwie na okazję w następnym roku. Renee Duckworth z University of Arizona manipulowała liczbą dziupli, wieszając dodatkowe skrzynki na terytorium błękitników. Jak na to reagowały matki? Tam gdzie dziupli było mniej, najpierw składały męskie jaja, potem żeńskie, wychowywały więc więcej agresywnych synów – takich, którzy się wyniosą. Widząc zaś obfitość budek, inwestowały najpierw w córki, a potem w synów domatorów, którzy może nawet pomogą w przyszłym roku i dadzą im wytchnienie. Z badań innych błękitnych ptaków, australijskich chwostek szafirowych, wiadomo bowiem, że matki, które mają pomoc, nie karmią potomstwa z taką samą intensywnością jak matki bez pomocników, ale nieco sobie odpuszczają, gromadząc energię na następny lęg.

Matriarchat służy ewolucji

To mądra inwestycja, bo kondycja matek wpływa na wielkość potomstwa, a w przypadku kijanek amerykańskich ropuch, łopatonogów meksykańskich, przekłada się to na upodobania kulinarne. Ryan A. Martin i David W. Pfennig z University of North Carolina opublikowali wyniki eksperymentu, który tego dowodzi. Małe matki wśród łopatonogów składają małe jaja, z których wylęgają się drobne kijanki żywiące się wodnymi roślinami. Z kolei duże żeńskie łopatonogi składają duże jaja, z których wylęgają się drapieżne kijanki polujące na wodne skorupiaki, a czasem nawet na własne rodzeństwo. Dieta staje się tradycją rodzinną, bo z mięsożerców wykluwają się duże ropuchy, a z „wegetarian” – małe.

 



Przemożny wpływ matki wykraczający daleko poza jej wkład w geny naukowcy nazwali „efektem matczynym” i stwierdzili, że przynosi on korzystne ewolucyjnie skutki. Różnicując przyzwyczajenia, zachowania, strategie i potrzeby potomstwa, często niezależnie od jego DNA, matki zapewniają większą różnorodność w populacji. Dzięki temu staje się ona jeszcze bardziej odporna na niespodziewane zmiany środowiska. A co do dzieci, to czy czują się one mniej zadbane? Raczej nie. Matczyne manipulacje wykrywa się dzięki zastosowaniu statystyki, a ta, jak wiemy, nie mówi o jednostkowych poświęceniach, czułości i trosce. Nawet więc jeśli mamuśki rządzą, to przecież jest to monarchia oświecona.