Podróże pozaziemskie i obcych z kosmosu wyobrażali sobie już starożytni. Na przykład satyryk z czasów świetności Imperium Rzymskiego Lukian z Samosat. Około 170 r. n.e. napisał on „Prawdziwą historię” – zmyśloną, wbrew tytułowi, opowiastkę o perypetiach żeglarzy porwanych na Księżyc i zmuszonych borykać się z kosmitami, których same nazwy przyprawiały o ból głowy: Wróblożołędzianie, Koniożurawianie, Prosobije czy Czosnkoboje.

Prawdziwy boom na kosmitów nastąpił jednak wraz nowożytną z rewolucją technologiczną. Już nie pisarze fantaści lecz naukowcy opisywali obce planety i kwitnące tam życie. I tak w roku 1877 włoski astronom Giovanni Schiaparelli obwieścił, że zaobserwował na powierzchni Marsa regularne linie. Przekonany, że to dzieło istot rozumnych, amerykański badacz planet Percival Lowell rozrysował mapy Czerwonej Planety poprzecinanej przez Marsjan owymi „kanałami”. Kim są ci sąsiedzi Ziemian, trudno było stwierdzić.

W 1898 r. angielski pisarz Herbert George Wells jednoznacznie zasugerował jednak, że powinniśmy ich się bać. Opublikował słynną powieść „Wojny światów”, w której Ziemia najechana została przez dysponujących kosmicznymi technologiami okrutnych Marsjan. Kiedy rozrywki czytelnicze zaczęło wypierać kino, pomysły stały się jeszcze bardziej niesamowite. Filmowcy zaczęli kreować wizję Marsjan – zwykle albo będących dla nas zagrożeniem, albo dostarczającym przestrogi.

Od wegetarian do latających talerzy

Paradoksalnie jednak w pierwszym długometrażowym filmie o podróży na Marsa, duńskim „Himmelskibet” z 1918 r., sytuacja jest odwrócona. Uzbrojeni po zęby przybysze z Ziemi zastają na Czerwonej Planecie kwitnącą cywilizację pacyfistów i wegetarian, na dodatek wyglądających jak ludzie. Najwyraźniej miał to być artystyczny komentarz do wydarzeń z naszego świata: właśnie kończyła się potworna I wojna światowa. Ludzkość potrzebowała nadziei, nie kolejnej tragedii.

Polityczna agendę miał również powstały sześć lat później słynny radziecki film „Aelita”. Tytułowa bohaterka to atrakcyjna marsjańska królowa, która staje naprzeciw... robotniczej rewolucji na swej planecie. Jej losy łączą się z przystojnym radzieckim inżynierem ściągniętym z Ziemi, a całość jest krytyką kapitalizmu, ale też braku realizmu wśród młodego pokolenia.   

Kiedy w latach 50. i 60. ekrany zalały amerykańskie filmy SF, Czerwona Planeta jawiła się na nich zazwyczaj jako miejsce niebezpieczne, zagrażające Ziemi lub czekające na podbój. Wiele mówiły już same tytuły, np. „To! Terror z kosmosu” czy „Zła Czerwona Planeta”. Doczekaliśmy się nawet „Robinsona Crusoe na Marsie” (1964), walczącego z latającymi spodkami.

Kosmiczne problemy

Gdy kolejne odkrycia naukowe wskazywały, że na Czerwonej Planecie nie kwitnie (już) żadna cywilizacja i nie ma się czego bać – zapoczątkowało to nurt fantazji o kolonizowaniu Marsa przez Ziemian. Hitem roku 1990 była „Pamieć absolutna” z Arnoldem Schwarzeneggerem jako marsjańskim robotnikiem zamieszanym w tajemniczą szpiegowską aferę i antykorporacyjny spisek (ta luźna adaptacja opowiadania mistrza s-f Philipa K. Dicka „Przypomnimy to panu hurtowo” doczekała się zresztą remake'u w roku 2012 z Colinem Farrellem w roli głównej).

Okazuje się jednak, że nawet kolonizowany i terraformowany Mars pozostawał groźny. Gdzieś tam w piaskach mogły tkwić resztki po Marsjanach. A poza tym to miejsce tak odległe, że próżno wyglądać szybkiej pomocy z Ziemi. Stąd mniej lub bardziej udane (raczej to drugie) horrory, takie jak „Duchy Marsa” (2001) czy inspirowany komputerową strzelanką „Doom” (2005). 

Praktycznie trzeba było czekać aż do „Marsjanina” z 2015 r., aby zobaczyć bardziej realną wizję osadnictwa na Czerwonej Planecie. A ogromny sukces tego filmu może spowodować, że wizje obcych z Marsa w latających spodkach będą już tylko domeną komedii. Chociaż pewnie zawsze znajdą się amatorzy wielkiej eskapistycznej marsjańskiej przygody z potworami i obcymi. Mogą sięgnąć po „Johna Cartera” (2012) na podstawie ponadstuletniej powieści Edgara Rice Burroughsa (twórcy Tarzana) o żołnierzu z czasów wojny secesyjnej przeniesionym na Czerwoną Planetę i zmuszonym do wzięcia udziału w zbrojnym konflikcie. A może jednak sadzenie ziemniaków na Marsie jest ciekawsze?