Nakaz odpoczywania

„Droga Adelo, przytyłem już 5 kilogramów”, „Przekaż rodzicom, że jestem w raju” – pisali kuracjusze na odwrotach pocztówek słanych z brandenburskiego Beelitz. To tam, ponad 100 lat temu powstał słynny szpital dla gruźlików.

Uzdrowisko stworzono z myślą o robotnikach III Rzeszy. Nie z miłości, ale z czysto praktycznych względów: zapotrzebowanie na siłę roboczą w momencie,  gdy gruźlica zbierała największe żniwo. Dzięki dekretowi Bismarcka ubezpieczeniem zdrowotnym zostali objęci nawet najbiedniejsi obywatele. To był ich bilet do raju, jakim miało być uzdrowisko Beelitz-Heilstätten - piękne niczym pałace budynki położone w rozległym lesie mieszanym, gdzie pacjentów leczono świeżym powietrzem i dobrym jedzeniem. 

Był więc pieczony królik, kąpiele w borowinie i długie godziny na słońcu. Podobno każdy chciał tu być. Miesięczny pobyt  jednego pacjenta to był koszt ok. 300 marek (tj. 1800 euro!), mało tego - rodzina czynnego zawodowo kuracjusza otrzymywała w czasie jego pobytu w szpitalu równowartość normalnej pensji.

Ale szpital w Beelitz to też sztywne zasady. Na terenie zakładu obowiązywał bezwzględny nakaz… odpoczywania. Śniadanie, leżenie, obiad, leżenie, kolacja, leżenie… Łącznie 6 godzin przymusowego nicnierobienia. Istna tortura dla pruskiej, pracowitej duszy!  Do tego podział na część damską i męską i zakaz kontaktowania się między nimi (a ponieważ nic nie leczy skuteczniej niż miłość, wiadomo o szpitalnym podziemiu randkowym, potajemnych schadzkach, a nawet sanatoryjnych potomkach).

 

Imperium gruźlików

Obiekt w latach swojej świetności rozrósł się do samowystarczalnego kompleksu 60 budynków rozłożonych na obszarze 140 hektarów. Dzięki temu był w stanie przyjąć nawet 1500 pacjentów. Gdy przygotowywano posiłki – ziemniaki liczono w tonach, a prosiaki w tysiącach. Takie zapotrzebowanie wymagało opracowania nowych technologii, dlatego szpital w Beelitz doczekał się jednej z pierwszych zmywarek do naczyń, miał własną elektrownię, czy system rur, które jednocześnie podgrzewały drogi tak, by nie trzeba ich odśnieżać zimą.

Jak przy takich tłumach nie tylko powstrzymać wybuch epidemii, ale jeszcze leczyć powikłania? Na to pytanie Niemcy odpowiedzieli: „higiena” i znaleźli kilka prostych sposobów. Pierwszy z nich to Heinrich – mała niebieska buteleczka, którą otrzymywał każdy z kuracjuszy, by nie spluwać na podłogę. Przed wejściem do wspólnych pomieszczeń znajdowały się specjalne gabloty do dezynfekcji butelek, a sale zaprojektowano tak, by jak najłatwiej można je wyczyścić – żadnych rogów, kątów, zagięć, w których mógłby gromadzić się kurz,  odsuwane kaloryfery, ściany wyłożone kafelkami w obłych kształtach.

W czasie I wojny światowej słynne uzdrowisko zamieniło się w szpital wojskowy i w 1916 roku gościło pod swoim dachem rannego w bitwie pod Sommą szeregowca… Adolfa Hitlera. Czy gdyby nie leczono tu tak skutecznie, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej? Jedno jest pewne: po II wojnie światowej to miejsce nie zaznało spokoju. Szpital został przejęty przez Rosjan, następnie oddany w prywatne ręce, by ostatecznie obrócić się w kompletną ruinę.  Miasto duchów.

 

Melancholia ruin i triumf natury

Dziś kompleks w Beelitz to obraz zapomnienia. Tych architektonicznych perełek nie nadgryzł ząb czasu, on je po prostu pożarł. Potłuczone szkło, łuszcząca się farba, zerwane podłogi... Wszystko to „ozdobione” napisami w cyrylicy i całkiem współczesnym graffiti, przypomina o upływie czasu.

Jest coś fascynującego w opuszczonych miejscach, jakaś magia która uruchamia wyobraźnię i wyświetla z tyłu głowy stary film. Jak to było, zanim to miejsce opuściło życie? Słyszysz echo pokasływań gruźlików, a w dawnej jadalni szczęk sztućców. Dorysowujesz elementy wyposażenia, podciągasz kolory, szyby wypełniasz szkłem, odkurzasz podłogi… Powidok dawnej codzienności nakładasz na zdewastowaną rzeczywistość. W głowie pojawia się pytanie: czy tak będzie wyglądał świat, jeśli nagle znikniemy?

W tej melancholii ruin jednocześnie triumfuje natura. Zieleń odbiera swój teren i wdziera się, gdzie to możliwe – okupuje opuszczone balkony, wystaje z okien, porasta dachy. Dopiero  z góry, z 30-metrowej wieży i platformy widokowej (Baum und Zeit) poprowadzonej wśród koron drzew, widać że to miejsce naprawdę należy do natury. Gdzie nie spojrzysz, nawet na najdalszym planie, rozpościera się las.

Opuszczony kompleks to dziś wyjątkowa atrakcja na mapie Brandenburgii, dostępna dla zwiedzających od 2,5 roku. Leży ok. 30 km od Poczdamu i ok. 50 km od Berlina (można dojechać pociągiem regionalnym RB7). Obiekt otwarty jest codziennie od godz. 10 do 19 (poza sezonem: w soboty i niedziele do 16). Bilet wstępu to koszt 9,5 euro. Możliwe jest zwiedzane z polskojęzycznym przewodnikiem.

Dziś na pocztówkach z Beelitz nie ma już pozdrowień z raju. Chyba że fotograficznego.